Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

Czarny blog prezentuje:

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POMOCE / REKWIZYTY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POMOCE / REKWIZYTY. Pokaż wszystkie posty

Rzemieślnicy, cechy, gildie… Dziś będzie o tym. Możecie spytać po co, wszak to wyłącznie jakieś tło światów fantasy i to nie wszystkich, raczej tylko tych quazi historycznych, pseudośredniowiecznych? Tło jakby mało istotne, po pozbawione emocji: lochów, smoków, zabijania, czarowania i nieumarłych. A jednak…

Rzemieślnicy – czyli najliczniejsza, choć bardzo zróżnicowana grupa mieszkańców miast, często mieszczan, wiec tych, którzy mieli obywatelstwo i cechy - najważniejsza forma organizacji pracy w średniowieczu, stowarzyszenia zawodowe znacznie szersze niż tylko rzemieślnicze. Zgoda, wszystko to jest mało „sexy” w kontekście sesji fantasy, chyba że zrozumiemy, że w takim Warhammerze czy Warlocku poszukiwacze przygód nader często z jakichś cechów, zwłaszcza rzemieślniczych, się wywodzą, są to ich profesje startowe, ich przeszłość, tożsamość, doświadczenie, wiec może Gracze powinni na ten temat cokolwiek wiedzieć?

Po drugie kiedy bohater gracza rusza dziarsko do płatnerza, krawca, balwierza, felczera, flisaka czy dokera a nawet bankiera czy kupca, to trafia na przedstawiciela cechu, jeśli nawet nie rzemieślnika, to osobę, która w bardzo podobny sposób, na podobnych prawach, w podobnym wzorze osadzona jest w społeczeństwie. Wiedza o tym osadzeniu i zależnościach, znajomość kontekstu, przynajmniej powierzchowna, przyda się jak mniemam każdemu graczowi i macherowi gry, tak do rozumienia fikcji, kreowania żywego świata jak i inspiracji w budowaniu wątków fabularnych. Cechy i rzemieślnicy to niezłe źródło pomysłów na przygody, podam na końcu przykłady.

I właśnie dlatego dziś omawiamy, oczywiście w uproszczeniu, cechy, rzemieślników i tematy pochodne. To tylko fragment życia średniowiecznego miasta, przypominam, że na blogu są już materiały dotyczące przekrojowego funkcjonowania metropolii w mrocznych wiekach i realiach fantasy.

            Rzemieślnicy, od nich zacznijmy. Stanowili najliczniejszą, być może najważniejszą obok kupców/handlarzy grupę mieszkańców miast, tworzyli coś, co dziś nazwalibyśmy klasą średnią, wówczas zaliczani byli do pospólstwa, razem z drobnymi kupcami i kramarzami. Mieli prawa miejskie ale o udział we władzach musieli walczyć z patrycjatem. Do rzemieślników należeli między innymi: piekarze, rzeźnicy, kuśnierze, murarze, młynarze, szewcy, garncarze, snycerze, tkacze, piwowarzy. Większość towarów była wytwarzana w małych warsztatach i w niewielkich ilościach. Sześciu na dziesięciu miejscowych spotkanych przypadkowo w odwiedzanym grodzie czy karczmie to pewnie jacyś rzemieślnicy lub osoby z nimi związane (rodzina, pomocnicy), zorganizowani w cechy czyli zawodowe bractwa / stowarzyszenia, fachowe korporacje /  gildie. To ostatnie sformułowanie zwykle kojarzy się z cechem kupieckim czy bankierskim (a w rpg z konfraternią magów) ale de facto jest synonimem cechu.

Wiecie kto z całą pewnością nigdy nie miał swego cechu? Kaci, ludzie niezbędni ale wyklęci, i to tylko dlatego bezcechowi (lub specyficznie cechowi) bo pojedynczy w mieście. Gdyby było ich kilku na pewno skrzyknęli by się w stowarzyszenie, choćby korespondencyjnie ;-) . Poza nimi swoje organizacje, mniej lub bardziej oficjalne, co nie znaczy że mniej sprawne, posiadały często prostytutki, żebracy, złodzieje, grabarze, śmieciarze, szczurołapi, wszyscy. Cech jako zawodowe stowarzyszenie było pewnym wzorem, matrycą w bardzo uporządkowanym, hierarchicznym, stałym a wiec bezpiecznym świecie, gdzie znało się swoje miejsce i obdarzało wielką nieufnością, ba niechęcią, ludzi „luźnych”, nie podlegających żadnym strukturom, i nie mówimy tu o wyjętych spod prawa banitach ale niewiele lepszych od nich… poszukiwaczach przygód, awanturnikach a wiec bohaterach graczy: włóczęgach, włóczykijach, wagabundach. Oni też, jak kaci, nie mają swojego cechu, przynajmniej w większości uniwersów fantasy… Tak, w ponurych światach niebezpiecznych przygód postacie graczy to "zło konieczne", wynajmowani do przykrych spraw i szybko, oschle żegnani [Trochę inaczej ma się to w waniliowych, antyhistorycznych fantasy, gdzie awanturnicy mogą mieć swoje fandomy i status celebrytów, rankingi i cechy właśnie ;-)  ]

          Cech był mniejszym odbiciem większego porządku świata, który obowiązywał tak dziada jak i wnuka, dotyczył wszystkich pokoleń, nic się tu nie zmieniało – ład zapewniał bezpieczeństwo, jasne zasady życia, zwłaszcza, że zawody były najczęściej dziedziczone z ojca na syna i kontynuowane w tym samym mieście lub najbliższej okolicy. Można było co prawda spróbować swego szczęścia gdzie indziej, w innym grodzie, ale zaczynając od zera i przełamując lokalne układy było to bardzo trudne, choć nie niemożliwe.

                   Jak wyglądała kariera rzemieślnika? Najpierw był termin. Przez kilka, zwykle 4-6 lat, czasem dłużej, miało się status ucznia, młodocianego praktykanta na terminie (terminatora), przyuczającego się zawodu w jakimś warsztacie, pod opieką pełnoprawnego rzemieślnika-majstra w grupie sobie podobnych. Uczeń nie zarabiał za swoją pracę, opiekun nie musiał go utrzymywać tylko kształcić. Promocja ucznia na czeladnika, czyli stopień wyższy i faktyczne formalne włączenie do cechu, odbywało się przed starszyzną bractwa. Mentor ucznia, jego nauczyciel-rzemieślnik czyli mistrz, zaświadczał o gotowości podopiecznego, opanowaniu fachu tak teoretycznie jak i praktycznie, potwierdzał dobre prowadzenie się terminatora. Egzamin czeladniczy nazywano „wyzwoleniem”. Uczeń musiał zaprezentować swoje rzemieślnicze dokonania, przykłady pracy swych rąk a do tego wpłacić obowiązkową sumę „wpisowego” do cechu. Bez tego nie mógł zostać czeladnikiem. A jak już nim został, to najczęściej do końca życia... Choć czeladnik mógł wybrać zakład, w którym dalej zamierzał praktykować i uzyskiwał prawo do otrzymywania zapłaty za swoją pracę to zwykle nie był w stanie prowadzić czy utrzymać własnego zakładu. Czeladnik był więc rzemieślnikiem ale bez własnego warsztatu.  Wciąż pracował u jakiegoś majstra – mistrza cechowego, będącego wyżej w hierarchii. Mógł przy okazji przyuczać terminatorów, choć oficjalnym mentorem uczniów był majster. Czeladnicy często organizowali się we własne bractwo, będące częścią cechu lub czymś obok – stowarzyszeniem będącym przejawem sprzeciwu wobec obowiązków nakładanych przez gildię, na przykład wysokie opłaty wpisowe, obowiązkowe wędrówki czeladnicze (co dotyczyło niektórych zawodów), czy utrudnianie promocji mistrzowskiej.

Bo aby zostać majstrem, sięgnąć szczytu hierarchii, trzeba było zdać kolejny egzamin, egzamin mistrzowski. Znów zapłacić, odznaczać się dobrą opinią, ale przede wszystkim zaprezentować starszyźnie cechu, najwyższym majstrom, swój idealny, wzorcowy wyrób, tak zwany majstersztyk. Jeśli spełnił on wysokie wymagania danego rzemiosła i najwyższe władze cechu nie miały nic przeciwko nowemu majstrowi – zostawało się mistrzem. 
Czeladnik, by mieć szansę na majstrowanie, powinien nie tylko zgromadzić (niemałe) pieniądze na egzamin ale i być ustatkowany a więc mieć "przyzwoitą" rodzinę, najlepiej również dzieci...   

Cechy odpowiadały więc za oświatę, przyuczanie swych członków do zawodu i swoistą socjalizację, za wdrażanie zasad etyki zawodowej, miały monopol na produkcję / wytwarzanie danego rodzaju asortymentu czy usługi w danym mieście lub większym obszarze, kontrolowały ceny wyrobów i osoby, które wschodziły w ich szeregi. Mogły wykluczyć ze stowarzyszenia jednostki źle się prowadzące, kompromitujące cech lub łamiące jego przepisy. Gildie odpowiadały za obronność miasta – każdy cech miał przydzielony konkretny odcinek umocnień do obrony, do czego musiał zgromadzić oręż we własnym zakresie, często łożyć też na utrzymanie fragmentu murów w dobrym stanie. Cechy reprezentowały również interes swoich członków wobec organów władzy czy sądów. 

Gildie bywały bardzo potężne i wpływowe, mogły łączyć się w ponad miejskie a nawet ponad narodowe gremia cechowe / bractwa czy związki kupieckie (patrz Hanza: Liga Hanzeatycka), mieć własne oddziały zbrojne, itd. i wpływać na politykę innych regionów czy krajów. W ten sposób np. przez długi czas niderlandzkie kompanie kupieckie, wielkie  korporacje  kupiecko-armatorskie blokowały na różne sposoby rozwój floty handlowej i wojennej Rzeczypospolitej w XVI i XVII wieku...

              Większość gildii miało na terenie miasta swoja siedzibę – miejsce zebrań, egzaminów, wewnętrznych rozpraw sądowych i spotkań zarządu. Taki budynek również potocznie nazywano „cechem”. 

Nie wszyscy rzemieślnicy należeli do cechów. Ci, którzy się wyłamywali zwani byli partaczami czy szturarzami. Choć pracowali w mieście lub w jego pobliżu, gdzie cech danej specjalności istniał, starali się (najczęściej nie mając wyboru) być niezależni. Oczywiście stowarzyszenia rzemieślnicze zwalczały partaczy zagrażających monopolowi cechów. Partacze zaś nie włączali się do cechów bo na przykład nie było ich stać na opłacanie egzaminów, nie prowadzili się "odpowiednio" albo narazili się komuś ze starszyzny bractwa... Wbrew współczesnemu rozumieniu tego pojęcia, wyroby partaczy wcale nie musiały być gorsze niż wyroby rzemieślników cechowych, wręcz przeciwnie, a dodatkowo mogły być przy tym wyraźnie tańsze. Partacze często pracowali i żyli na terenie podmiejskich klasztorów, folwarków czy dworów szlacheckich, gdzie znajdywali schronienie i opiekę przed cechami. Życie partacza w mieście, tuż pod bokiem cechu, było pomysłem bardzo ryzykownym...

             Wzór cechu był bardzo rozpowszechniony. Ich odbiciem są wszelkie gildie magiczne czy alchemiczne, bractwa zakonne, które często przypominały bardziej cechy niż stowarzyszenia mnisie. Wszelkie kulty, konfratenie, zbory, jak np. wolnomularzy to też formy cechów, ze stopniami wtajemniczenia, przepisami, czasem terminowania, mistrzami, adeptami i uczniami.

Dotyczy to również bractw przestępczych. Egzamin czeladniczy na rzezimieszka może polegać na umiejętnym wydobyciu kilku sakiewek z kukły obwieszonej dzwoneczkami - podczas sprawdzianu żaden nie może zadzwonić. Egzamin na doliniarza (kieszonkowca) zdawać można również „w terenie” czyli „praktycznie”: mistrz złodziejski wskazuje cel a egzaminowany musi wskazanego człowieka szybko pozbawić sakiewki i to w sposób niewykrywalny oczywiście.

Czeladnicy cechów magicznych czy alchemicznych mogą mieć wymóg rocznej wędrówki i zdobywania doświadczenia „w świecie” (stąd profesja wędrownego czarodzieja!) jako pozycję obowiązkową do awansu w hierarchii, konieczną by zdobyć trwałą, pełną licencję na uprawianie magii.
Magiczny majstersztyk, czyli ekstraordynaryjne dzieło czarodziejskie, dzięki któremu mag staje się Magistrem - mistrzem swej specjalizacji / aspektu, to zwykle jakiś niepowtarzalny, nowatorski rytuał o efektownym zwieńczeniu, oceniany przez radę starszych adeptów magii. Być może bohaterowie graczy będą do takiego rytuału potrzebni? Ich zniknięcie przecież nikt nie zauważy, prawda?

Rzemieślnicze egzaminy, terminologia i etapy kariery mogą mieć analogiczne odpowiedniki w fachach czysto fantastycznych.

                   Wracając jeszcze do mistrzów niektórych rzemiosł – wielu z nich oznaczało swoje wyroby budując sobie swoistą markę / reputację na szerokim rynku. Te oznaczenia zwane były gmerkami czy gemerkami i miały formę stylizowanych kresek, run, glifów. Wyciskanych, wypalanych, grawerowanych czy haftowanych na wyrobach. Gmerk był sygnaturą konkretnego mistrza, np. kamieniarskiego, nie zaś całego cechu, który mógł mieć swoje znaki ale innego rodzaju, oznaczenia w formie szyldów (kutych lub malowanych, oznaczających też zlokalizowanie konkretnych warsztatów!) czy godeł na pieczęciach i proporcach.
Szyld (lub szyldy) często wieszano przy ulicy miasta, której całą (lub znaczną) długość zajmowały warsztaty jednego cechu lub było ich tu wyraźne zagęszczenie (stąd nazwy ulic, jak Szewska). Warsztaty, pracownie czy kantory kupców (a rzemieślnik był również handlarzem swych wyrobów!) znajdowały się na parterze, otwarte na klientów. Na piętrze często były izby mieszkalne rzemieślników i ich rodzin.

Sława najlepszych rzemieślniczych majstrów sięgała daleko poza miasto, prowincję czy nawet kraj. Do renomowanego mistrza przybywali po naukę / na termin, ludzie z dalekich stron a jego wyroby (czy też wyroby rzemieślników z jego warsztatu) osiągały niezwykle wysokie ceny.

W ramach niektórych cechów, zwłaszcza sukienniczych, papierniczych czy drukarskich rozwija się system nakładczy albo nieco bardziej zaawansowana manufaktura, czyli kilkuetapowa produkcja masowa wyrobów, które dotychczas od początku do końca wytwarzała jedna osoba. W manufakturach (upraszczając) poszczególne etapy produkcji obsługuje osobna grupa wyspecjalizowanych wyłącznie w tym etapie czeladników przekazująca potem półprodukt dalej, do dalszej obróbki kolejnej grupie. Tacy pracownicy nie mają umiejętności całościowych a jedynie cząstkowe, są znacznie mniej wykwalifikowani ale i tańsi...

            Dobrze, omówiliśmy pokrótce rzemieślników i cechy, zatem jak wykorzystać tą wiedzę na naszych sesjach?

Otóż pamiętajcie, że pracodawcami klasycznych drużyn awanturników, poza zakapturzonymi nieznajomymi, zdesperowanymi szlachciankami bądź kupcami mogą być także … cechy.  Gildie kupców, bractwa rzemieślnicze to najlepszy zleceniodawca, wypłacalny, poważny i mający sporo problemów tak zewnętrznych jak i wewnętrznych. Problemów, które trzeba zamieść pod dywan albo rozwiązać rękami przybłędów, czytaj: bohaterów graczy.

Cech, choć jest stowarzyszeniem, możecie traktować w szukaniu inspiracji analogicznie do  firmy / przedsiębiorstwa – łatwiej będzie wtedy czerpać pomysły ze współczesnych filmów sensacyjnych czy kryminalnych gdzie przeróżne korporacje tuszują łamanie przez siebie prawa, walczą ze sobą lub ścigają „sygnalistów” – osoby z wewnątrz, które postanawiają nagłośnić jakieś nikczemności. I dla przykładu: jeden z członków wybitnego cechu, świeży czeladnik, może zacząć podejrzewać, że rada majstrów uczestniczy w mrocznym kulcie i tych uczniów, którzy nie przejdą egzaminu czeladniczego poświęca w ofierze demonowi, który odwdzięcza się mocą zapewniającą wyrobom tego cechu niezwykłą wytrzymałość. Może to dotyczyć np. broni czy pancerzy.
Czeladnik taki nie wie komu może zaufać, na pewno nie zwróci się do nikogo z własnego cechu. Ludzie z zewnątrz, bohaterowie graczy, będą idealnym wyborem, zwłaszcza jeśli jeden z nich jest znajomym czy kuzynem czeladnika. Jeśli o śledztwie dowiedzą się lokalne władze, okaże się, że one nie chcą ukrócenia kultu, ba, może zdają sobie sprawę z tego procederu, ale dla tak zwanego wyższego dobra, czyli bogacenia się miasta, chwały oręża tutejszego lorda i jego pozycji w królestwie, nie są zainteresowane likwidacją ofiar. Bo ktoś dostaje łapówkę, bo zabijani są określani jako „nieprzydatni i głupi”. Drużyna jest zdana na siebie. 

               Cech będzie najmował do ewentualnej mokrej roboty osoby spoza swego bractwa, spoza miasta, takie, które szybko znikną a w razie kłopotów będzie można się od nich odciąć. Włóczęgom nikt nie da wiary, nawet jeśli złapani na przestępstwie będą zeznawać, że pracują na zlecenie jakiejś gildii. Słowo łazęgi przeciw słowu cechu. Postacie są bez szans.   

                Zewnętrzne problemy cechu, dla których rozwiązania może najmować drużynę, to na przykład wspomniani partacze. Któryś z nich może zajść zawodowemu bractwu za skórę zwiększając dzięki systemowi nakładczemu produkcję, zaniżając ceny i ogólnie wystawiając na pośmiewisko powagę cechu, który określi to jako „podważanie ładu”, czyli po współczesnemu „psucie rynku”. Partacz niestety jest chroniony przez lokalnego władykę czy opata i klasyczne metody nacisku cechu (pobicia, dewastacje warsztatu, zabór narzędzi) nie dadzą rezultatu, to wszystko mają zrobić bohaterowie a w przypadku wpadki cech oczywiście się od wszystkiego odetnie.

Może BG mają porwać partacza i pod osłoną nocy dostarczyć go przedstawicielowi cechu gdzieś poza miasto, na rozmowę i złożenie „propozycji nie do odrzucenia”. Nikt nie ma zginąć. Ale traf chce, że zjawiają się bandyci, zwierzoludzie lub inne szurołaki, reprezentant gildii ginie, partacz również, postacie uchodzą z życiem, ale wkrótce zaczynają być oskarżani i ścigani jako zabójcy czy porywacze, tak przez cech jak i rodzinę oraz protektora partacza. Ot, kolejny pomysł na start prostej, jednosesyjnej przygody. 

Drużyna może zostać najęta do wykradzenia z innego miasta, z siedziby cechu tego samego rzemiosła co bractwo zleceniodawcze, sekretnej receptury, patentu, przepisu czy składnika. Może bohaterowie postanowią zostać pomocnikami rzemieślnika, żeby zbliżyć się do cechu, który mają zinwigilować? Może skorzystają z okazji jaką będzie wielkie weselisko organizowane przez gildię z okazji ślubu dzieci dwóch cechowych mistrzów?  

Może skarbiec cechu został ogołocony jednej nocy i nie ma śladów po włamaniu? Bractwo nie może pozwolić sobie na kompromitację przed innymi rzemiosłami i mieszczanami, zwłaszcza jeśli tydzień wcześniej zakupiło lub samo wyprodukowało skarbiec „nie do otwarcia” i chwaliło się tym wszem i wobec. Kto wówczas może zająć się dyskretnie całą sprawą? Oczywiście drużyna bohaterów.

Czeladnicy kilkunastu cechów rzemieślniczych w danym mieście mogą wznieść bunt, domagając się dla siebie większych praw rozpocząć regularne zamieszki, nieprzesadnie niebezpieczne ale robiące dobre tło pod przygodę miejską, komplikując, w dobrym tego słowa znaczeniu, działania drużyny bohaterów. Zacząć się może niepozornie – kilku podpitych czeladników i terminatorów wszczyna burdę i zostaje zatrzymanych przez straż, trafiają do aresztu. Reszta czeladników wykorzystuje to jako pretekst do zamieszek, których odgłosy obudzą bohaterów. Sytuacja w mieście nagle się zmienia. Rozruchy czeladników są lepsze niż ruchawki żaków, bo nie wszędzie mamy uniwersytety ale mogą być równie doskwierające. Czeladnicy demolują izby gospody, przeszkadzają bohaterom graczy i jeśli będą chcieli kogoś pobić (wcześniej pewnie podchmieliwszy sobie), to prawdopodobnym celem będą BG – osoby z zewnątrz, obcy w mieście, niezabezpieczeni statusem, nie przypisani do żadnego cechu...

Co jada się w realiach Cienia Władcy Demonów czy w Królestwie Warlocka, co i gdzie konsumuje w Starym Świecie albo na Wybrzeżu Mieczy? Dziś kilka słów o kulinariach w (niekoniecznie ponurych ale smacznych) światach fantasy, coś o diecie, karczmach, strawie i napitkach, może przy okazji wpadnie jakiś pomysł na przygodę?

Warstwy biedniejsze w fantasy, jak w naszej historii: zadowalają się najczęściej dwoma posiłkami dziennie: obiadem koło południa i lekką kolacją pod wieczór, czyli wieczerzą. Bogatsi i dysponujący większą ilością czasu mogą pozwolić sobie na trzy posiłki, większe i dłuższe: poza obiadem i wieczerzą zwykle spożywają również śniadanie. Za posiłek mam tu na myśli spokojną konsumpcję przy własnym stole. Poranne przekąski zdarzają się u ludzi wykonujących ciężkie prace fizyczne, ale to raczej przegryzienie warzywa w drodze, kupienie podpłomyka czy pieczonego gołębia w ulicznej jadłodajni albo dojedzenie resztek z wczorajszej kolacji ewentualnie wypicie jakiejś lekkiej zupy w rodzaju polewki. Bogaci oczywiście jadają więcej, dłużej i drożej, są to posiłki bardziej zróżnicowane, urozmaicone; biedniejsi - szybciej i skromniej. Najbiedniejsi nie mają w swych izdebkach nawet piecyka do podgrzania posiłku, nie mówiąc o piecu; co najwyżej małe palenisko, ale to na prowincji a nie w miejskich czynszówkach, gdzie tego typu ognia zabrania zwykle prawo.

Krasnoludy uważają śniadanie za bardzo ważny jeśli nie najważniejszy posiłek dnia, ale tylko kiedy są pod własnym dachem, w podróży przestaje mieć to takie znacznie, z kolei półelfy czy elfy lubią siadać tylko do jednego posiłku, obiadu, najlepiej bezmięsnego, w samo południe i pod gołym niebem, za co często podjadają coś przez cały dzień, zwłaszcza owoce, winogrona, maliny, jagody. Oczywiście to halflingi mają posiłków najwięcej, bo minimum pięć a w niektórych regionach  aż siedem, co uświęca tradycja. Różnicują je smakowo, są biegli w wymyślnym przyprawianiu i nie bez kozery uznawani są za niedoścignionych kucharzy, co oczywiście jest stereotypem i nie dotyczy wszystkich przedstawicieli tej rasy.

Gobliny czy orki jedzą nieregularnie, korzystają z okazji zawsze gdy się da, pochłaniając wszystko, jak najszybciej i bez specjalnej etykiety. Nie wybrzydzają i nieco spleśniała czy lekko nadgniła żywność nie jest dla nich problemem. Obiadem lub „szamankiem” nazywają każdy akt jedzenia, czy raczej pożerania,a bez względu na porę dnia.  

Co do napitków to elfy piwem się nie skalają, chyba że przymuszone okolicznościami. Preferują esencjonalne wina i owocowe likiery. Krasnoludzi  wręcz przeciwnie, może z przekory, wino, nawet dobre mają za płyn niewiele lepszy od brudnej wody (mówią na nie owocowe szczyny) za to lubują się w piwie i mocnych trunkach. Wbrew pozorom mają wysokie wymagania co do browaru. Khazadzi preferują ale („ejl”) – piwo o bardziej złożonym smaku i aromacie niż lagery. Jeśli nie ma go pod ręką, to najchętniej sięgną po ciemne piwo lub cydr czyli alkoholowy jabłecznik. Do wieczerzy zaś zamówią gorzałkę, czyli okowitę - wódkę czystą lub smakową produkowaną ze zboża. Ewentualnie przystaną na winiak zwany też wypalanką, czyli brandy – gorzałkę winną.

Halflingi, podobnie jak ludzie, gobliny czy orki pija chętnie wszystko, od kwasu chlebowego, przez podpiwki, maślankę, piwa, wina, owocowe kompoty, cydry, brandy i oczywiście szczególnie ulubione przez siebie miody pitne. Tak, poza fajkowym zielem (i kilkoma innymi używkami, gdzieniegdzie zakazanymi) oraz zbożami to właśnie miody pitne są jednym z głównych towarów eksportowych niziołczych krain. Miody pitne zwane też sytnymi uzyskiwane są w tajemniczym procesie fermentacji miodu i dzielą się na najmocniejsze półtoraki, dwójniaki, trójniaki i słabe czwórniaki, gdzie proporcji miodu do wody jest najmniej.

Orki z Orczej Ordy najbardziej cenią swój tradycyjny alkohol zwany Archą, powstający z destylacji innego przysmaku: kumysu, czyli sfermentowanego mleka  klaczy, również owczego, oślego a nawet wilczego. Odmówić z nimi łyku archy, łyku oznaczającego przymierze, to jedna z najgorszych potwarzy a smak tego jest paskudny, wymaga testu, mówię wam!

Jeśli chodzi o piwa największe browary Imperium to Krolling, Ottweiser, Grolsh, Burgman, Altlager. W zachodnich górach na zamku Karmaniak znajduje się przednia pędzalnia koniaku. W regionach centralnych kontynentu z win najpopularniejszy jest reikling (biały gatunek winogron), ale najwyżej ceniony jest czerwony stirling.

Wino i piwo nie są uznawane za alkohol, piją je, często mocno rozwodnione, wszyscy, tak starcy jak i dzieci. Robi się z nich (z piwa, nie z dzieci) polewki, zupki, dodaje do przeróżnych dań. Woda jest dobra dla zwierząt i pustelników, najczęściej cuchnie i drażni kiszki. No, chyba że jest się czarodziejem, zaklinaczem. Niektóre bractwa magów preferują jako napitek wyłącznie wodę, specjalnie magicznie destylowaną i pewnie wzmacnianą. Wodą, ale źródlaną albo rosą, nie wzgardzą też leśne elfy.

Automatony wiadomo – płyną nie przyjmują poza comiesięczna dawka oleju w intymne miejsca.

Tam gdzie winogrona są masowo produkowane wino jest tańsze. W chłodniejszych regionach północnych wino jest droższe, powszechnie pija się za to wszelkie piwa i gorzałkę. Najmocniejszym alkoholem jest słynny spirytus krasnoludzki, który nie da się pić bez rozcieńczania. Południowe kraje piją bardzo mocne wina, niektóre zakątki  gustują w słodkich syropach, likierach i owocowych sorbetach, stamtąd pochodzi słodkie i ciemne wino zwane małmazją. Zwyczaje są bardzo różne, istoty magiczne na przykład,  jak fey czy odmieńcy,  spijają chętnie słone łzy i dziecięcy pot, ale kto wie, czy to prawda?

W czym trzyma się napitek? Najpierw mamy wielkie beczki i kadzie. Antałek to mała beczułka na piwo lub wino. Gąsior to inaczej butla, baniak, duże naczynie ze szkła zamykane korkiem, zabezpieczone przed stłuczeniem dopasowanym wiklinowym lub konopnym koszem czy siatką. Flaszka to mniejsza butelka, flakon na trunek.  Dzban czy garniec to naczynie gliniane, z niego napitek rozlewa się do mniejszych kubków z gliny czy drewna, rogów, miedzianych kufli czy pucharów, szklanic albo kielichów. Bukłak to podróżny worek ze skóry lub skórzane naczynie służące do przenoszenia płynów, taki się nie zbije.

No, dość o napitkach i trunkach, przejdźmy do jadła czyli strawy.

Ludzie w Imperium / Królestwie podobnie jak krasnoludy czy orki jadają tak tłusto jak się da, co nie jest łatwe ani tanie. Niziołki, choć jadają dużo, to unikają słoniny i boczku w nadmiarze, przepadają za to za wszelkimi kiszonkami. Niektóre elfy nie wezmą do ust mięsa.  Na starym kontynencie podstawą całej diety jest kasza i chleb, czyli produkty z powszechnie uprawianych zbóż, z których najpopularniejsze to pszenica, żyta, jęczmień, owiec. Ziemniaki, o ile nie są importowane, nie goszczą na stołach. Dominuje kasza i mąka. Z mąki nie trzeba od razu robić kołacza czy bochenków, prostsze i szybsze są placki, podpłomyki, do których można dodać cokolwiek albo zjeść na sucho.

Do wszechobecnej kaszy i pieczywa  dochodzą warzywa i rośliny strączkowe, w osadach nadrzecznych popularne są ryby. Mięsiwa są droższe, przoduje drób i wieprzowina, ale za kilka srebrników znajdzie się i dziczyzna – lasy są niebezpieczne, owszem, ale szlachta nie ma już wyłączności (przynajmniej obecnie) na polowanie w kniei.  Więc pasztet z zająca czy dzika może się spokojnie pojawić w przydrożnym zajeździe, czyli traktierni. Jada się w różnej formie, choćby na surowo, jaja, pieczone pulardy (czyli młode tuczone kury, najlepiej z majerankiem), kapłony (wykastrowane tuczone koguty) kuropatwy albo przepiórki, również sery kozie, krowie i owcze, w zależności od regionu. Najbiedniejsi, poza kaszą mogą pozwolić sobie na tani groch z kapustą, rzepę, brukiew rzadziej cebulę, miskę soczewicy czy piwną polewkę z obierkami a od święta na pajdę chleba ze smalcem lub mamałygę - papkowate gotowane ciasto z kaszy grycznej, dobre na śniadanie lub wieczerzę. Po wyschnięciu mamałyga nada się na prowiant. Można dodać do niej warzywa, ser, cebulę lub czosnek. Z zup pija się najczęściej owsiankę z mlekiem, rosoły, buliony i krupniki. Jeśli ktoś mieszka bliżej lasu to pewnie spożywa również zupy grzybowe i flaczki.

Co różni stoły szlachty i bogatych kupców od biedniejszych jadalni? Nie tylko ilość, różnorodność i jakość serwowanego jedzenia ale również obecność w nich drogich egzotycznych przypraw (takich jak szafran, pieprz, cynamon, kminek, imbir, goździki) oraz słodkości: desery, ciasta i torty, mączne lub jajeczne, budyniowe, ogólnie nazywane leguminą. Do Imperium te słodycze przywędrowały z południa i szybko rozpowszechniły się u arystokracji, podobnie jak dworskie tańce czy klawikord. Na stołach bogaczy pojawiają się więc egzotyczne zioła, unikatowe alchemiczne dodatki, wymyślne przybrania, słodycze i magicznie podkręcone zapachy a czasem czarodziejskie bądź alchemiczne efekty specjalne: poruszające się i śpiewające dania. Cukier przez wielu traktowany jest jak lek, podobnie jak zioła i przyprawy kupuje się  w aptekarniach.

Rzadkie przyprawy lub unikatowe przepisy są na tyle wartościowe, że ich ochrona lub wykradnięcie może być dobrym materiałem na przygodę. Zwłaszcza halflingi traktują tego typu sprawy nader poważnie.

Ludzka kuchnia miejska to potrawy tłuste i pożywne, niektóre pochodzące wprost z tradycji krasnoludzkich z odrobiną kulinarnej finezji niziołków. Jej podstawą są kasze i kapusta, duża ilość czosnku i cebuli.  

W grodach centralnego Imperium za przysmak uchodzą knedle ( kulki z ciasta mącznego nadziewane mięsem ze śliwkami) oraz golonka (mięso na fragmencie nogi wieprza) podawana z kapustą. Do tego wino białe typu reikling, aromatyczne, wytrawne lub półsłodkie.
W Nuln czy Nessus serwuje się białą kiełbasę (weiswurst) z chrzanem, oraz zupę z węgorza na rosole wołowym z kluskami. Rozwija się tam również  cukiernictwo, to stamtąd pochodzą precle z makiem, pierniki czy słodki krem „Emmanuell” na bazie jaj.
Północno wschodnie regiony słyną z zapiekanego pasztetu wątrobianego a  gdzie niegdzie przysmakiem są rolady z boczku i tak zwany wilczy sznycel z cielęciny. W Averheim popularna jest kaszanka i gulasz strigański podawany z tokajem. Suflet czosnkowy i zupy jarzynowe to przysmaki z prowincji południowo-zachodnich.

Jeśli chodzi o specyfikę Starego Świata, to w Marienburgu je się skromnie i pożywnie. Zupa grochowa z kiełbaskami, bulion rybny, śledzie oraz małże - omułki. Bretonia ma kuchnię dziwną, żeby nie powiedzieć obrzydliwą, wieśniacy jadają tam ponoć korę, płazy i robactwo, zepsute, dotknięte przez Nurgla sery, zwykle zielone, żółte lub fioletowe. Z dań bardziej przystępnych wypada wspomnieć o zupie cebulowej podawanej z grzankami i o pasztecie z kaczych wątróbek.

PROWIANT, racje żywnościowe na podróż, nie mogą łatwo się psuć. Konserwacja mięsa możliwa jest, w ograniczonym zakresie, tylko dzięki soli chyba że ktoś ma dostęp do magii i nie ma oporów do stosowania czarów na swej żywności. Najczęściej na prowiant zabiera się rzeczy suche: placki, suchary, suszone i wędzone mięso, suszone i świeże owoce, orzechy, pestki. Pęto kiełbasy, suchary do moczenia w winie, cebula i kilka jabłek - to najczęściej zabiera się w podróż.  

Gusta kulinarne są bardzo różne. Słyszałem, że w Lesie Cieni jest społeczność mutantów pragnących na powrót stać się ludźmi. Przy tej nadziej trzyma ich charyzmatyczny przywódca znający sposób na cofnięcie deformacji chaosu. Otóż by nie zatracić resztek ludzkich cech i mieć szansę na wyzdrowienie należy… jeść ludzkie mięso, najlepiej zdrowe, świeże i surowe.

No ale dość tych ponurych rzeczy. Na rubieżach kulinariów są także różne specjalne alchemiczne, ziołowe i magiczne dodatki do jedzenia i trunków. Kordiały, czarodziejskie nalewki i eliksiry. Na potencję sproszkowany róg jednorożca, proszek ze szponów gryfa to niezawodny afrodyzjak, skrzydła mantikory dodawane do kolacji zwalczają jaskrę, białko z jaj harpii jest pewnym środkiem antykoncepcyjnym, może również wywołać poronienie. Perła z żołądka bazyliszka gwarantuje szczęście w grach losowych, o ile trzyma się ją w ciemności, w woreczku blisko serca.

Na zakończenie kilka słów o przybytkach, gdzie można zjeść i się napić, czyli o karczmach.

Gospoda czy oberża to miejsce oznaczające poza jedzeniem możliwość wygodnego snu i najczęściej stajnię. Traktiernia to ogólna nazwa karczmy usytuowanej przy trakcie, gościńcu, czyli zajazdu, w Imperium zawsze dla bezpieczeństwa ogrodzonego.

Szynk to pijalnia, daje możliwość wyłącznie picia, często tylko na stojąco, to knajpa gdzie nie podaje się jadła. Miano tawern noszą karczmy na południu kontynentu, w Imperium tak nazywa się też szynki portowe, gdzie serwuje się grog czy rum. Są też noclegownie przyświątynne, na przykład Domy Noclegowe Nowego Boga lub Shallyi, które starają się zapewnić wszystkim potrzebującym suchy kąt, choć często nie da się tam już wcisnąć igły. Jeśli izby gościnne karczmy są zajęte (a śpi się po dwie, trzy osoby w łóżku, nawet sobie obce) to taniej można przespać się na ławie czy podłodze w jadalni czy w stajni na sianie.

W gospodach karczmarz nie zawsze jest właścicielem lokalu, czasem tylko nim zarządza czy dzierżawi. Najczęściej są to interesy rodzinne, jak w wielu innych profesjach. Posługaczami i służkami są dzieci czy kuzyni, kucharzy ktoś doświadczony kierując kuchtami, czyli pomagierami w przygotowaniu posiłków. Większe karczmy mają ochmistrza, który kieruje całą wielką kuchnią i gromadą parobków. Zwykle jest też gdzieś miejsce dla wykidajły, ochroniarza lokalu i jednego lub dwóch stajennych.

Karczmy są w budowie przeróżne. Szynk to czasem miejsce bez zadaszenia, z szynkwasem (kontuarem / ladą) jeno, beczką na koźle i kubkami. Lepsze lokale mają dach, miejsce by usiąść, ławy, czasem i zydle, klepisko pokryte jest piaskiem bądź sitowiem. Poza kontuarem – ladą, jest jakaś kuchnia i spiżarnia, plus sypialnie gospodarzy na zapleczu oraz własna studnia. Większe gospody i zajazdy, często będące zajezdniami dyliżansów, maja poza stajniami wozownię i kuźnię - warsztat kowalski jak również wiaty dla automatonów. Plus oczywiście budowle gospodarcze, takie jak obora, kurnik, chlewik. Czasem jest to cały folwark – niezależne, samowystarczalne gospodarstwo. Bogate karczmy mają poza stryszkami i ciasnymi izbami na piętrze, większe komnaty sypialne, a także alkowy zapewniające przy posiłku intymność oraz... łaźnie, czasem zwane "baniami". W ramach usług, poza kąpielą i praniem jest strzyżenie i cerowanie, naprawa ekwipunku. O zamożności lokalu świadczy wystrój: boazeria, klepki na podłodze, kotary, obrusy i krzesła zamiast ław z nieokorowanego drewna, krzywych blatów na chybotliwych kozłach i sitowia na klepisku…  

Karczmarz podlicza/rozlicza klientów najczęściej wieczorem. Za poranny posiłek dolicza się dużo, śniadania nie są zbyt popularne i wielu podróżnych rusza na czczo. Poza opłatami dobrze widziane są napiwki dla gospodarza i służby. Gospodarz nie zawsze ma wydać ze złotych monet, liczy więc na zaokrąglenie kwoty.

Sen w karczmach jest krótki. Ściany cienkie, materace wypełnione słomą i wiórami niezbyt wygodne, śmierdzące potem, pełne wszy i pcheł, po suficie chodzą pluskwy. Dlatego okienka w izbach są małe, żeby brud nie rzucał się w oczy. Wstaje się o świcie i... do pracy.

A jak o tym mowa to pora postawić kropkę i się pożegnać. Oto i ona. 
Pa!

         Chwała Sigmarowi! Pisałem już niegdyś o straży miejskiej i miastach, dziś nadeszła pora na dwie ważne militarne formacje pozamiejskie Starego Świata. Mowa oczywiście o straży drogowej i straży rzecznej. Jak starczy nam czasu dodam także dwa słowa o łowcach czarownic i łowcach nagród. Materiał do wykorzystania nie tylko w Warhammerze ale również w Warlock!, Zweihanderze czy Cieniu Władcy Demonów. Przypominam, że większość wpisów blogowych ma swój odpowiednik w YouTubowych podkastach kanału „Stacja RPG” – tam możecie wszystkiego posłuchać, czasem w nieco bardziej rozbudowanej czy zmienionej formie.

          Straż Drogowa czyli WEGWACHE, zwana też „traktowymi trepami” czy „drogowcami” to żołnierze na żołdzie prowincji, najczęściej należący do armii landu i podlegli Elektorowi, czasem wydzieleni przez magistrat spośród milicji miejskiej. Prawo Imperialne ogólnie wymaga by strażnicy dróg nie byli utrzymywani przez pomniejszych lokalnych feudałów, co mogło by prowadzić do niewłaściwego wykorzystywania tej formacji jako prywatnych armii. Wegwache nie może mieszać się w żadne spory  ziemskie między szlachtą, w żadne lokalne wojenki czy podjazdy. Odpowiada za spokój na gościńcach i, jak to formułuje status tej formacji, „drożność traktów”, ma zapewnić ochronę zajazdów i bezpieczeństwo podróżnych na głównych drogach prowincji. Za drogę uznawany jest każdy szlak, który regularnie przebywają wozy, jest wiec tu pewna przestrzeń do interpretacji…

Zadaniem straży drogowej jest tępić zbójectwo, bandy ludzi, mutantów, goblinów i zwierzoludzi, tudzież dezerterów, ścigać wszelkich przestępców od poszukiwanych banitów, zbiegów z więzień, przemytników ale również nielicencjonowanych magów, czyli czarowników czy guślarzy. Kiedy jacyś nikczemni łotrzy opuszczają teren jurysdykcji miasta, zbiegają na trakt, wystawia się za nimi list gończy, czasem z podobizną, i takie kartusze kryminalne straż drogowa wywiesza wzdłuż całego gościńca. Złapani przestępcy czasem są eskortowani do najbliższego miasta, do stanicy straży drogowej lub wywieszani są na miejscu, bez angażowania sądów. Mimo, że oficjalnie Wegwache nie ma prawa do sądzenia i wymierzania kar, to często na zbiegach ciąży już wyrok śmierci albo stawiają oni opór narażając zdrowie strażników, a to daje tym ostatnim prawo do natychmiastowej egzekucji w dowolnej formie. W szczegółach kompetencje Wegwache w poszczególnych landach mogą się nieco różnić, ale nie są to znaczące różnice.

Ochrona traktów daje różne przywileje. Strażnicy drogowi nie muszą płacić za żywność czy podkucie konia w zajazdach i zajezdniach dyliżansów. W razie pilnej potrzeby mogą zarekwirować każdemu "nie-szlachcicowi" wierzchowce a nawet broń. Wystawiają za to weksel, który rozliczyć można w najbliższej stanicy straży, czyli forcie wegwache, których nie ma zbyt wiele, najczęściej kilka na całą prowincję. Taki fort, często będący częścią przydrożnej traktierni czy folwarku ma swoją stajnię, kuźnię, baraki sypialne, areszt, felczera i kowala; często również wieżę sygnałowego semaforu. Stanicą zawiaduje komendant / kapitan rozsyłając patrole, przydzielając zadania, analizując mapę dróg prowincji, otrzymując listy gończe.

Wegwache ochrania więc gościńce ale również zdarza się jej konwojować na pewnych odcinkach kupieckie karawany, transporty z kopalni, dyliżanse pocztowe czy elektorskich dostojników, czasem oficjalnie, czasem nieoficjalnie i odpłatnie. Słyszy się również o zdegenerowanych i skorumpowanych strażnikach dróg, którzy za przejazd wymuszają haracze i awanturują się po zajazdach. Może takie zepsute jaja się zdarzają, ale w plotki o zamaskowanych strażnikach udających bandytów nikt bogobojny nie uwierzy!

Wegwache pełni wiec rolę, jakbyśmy to dziś powiedzieli:  lotnego wojska, żandarmerii wojskowej, oddziałów porządkowych i policyjnych. Na obrzeżach landu czy linii granicznej Imperium straż drogowa jest też strażą graniczną. Zagląda a czasem stacjonuje w stacjach mytniczych, na rogatkach, pilnując by nikt nie wywinął się od opłat. Podczas zarazy współorganizuje kordony sanitarne wokół miast, izoluje dotknięte plagą wioski, choć w drugą stronę to raczej nie działa, drogowi nie palą się do pomocy wieśniakom i dlatego poszukiwacze przygód mają tu pole do popisu.

Straż drogowa pełni też ważną funkcję kurierską – nie wszystko powierza się pocztowym dyliżansom czy semaforom. Drogowi lauferzy, w asyście kolegów przemierzają konno niebezpieczne trakty przenoszących ważne listy i dokumenty.

          Wegwache to formacja konna, powiedzieć że kawaleryjska jest nieco na wyrost, bo choć wierzchowce są bardzo ważne dla szybkości przemieszczania się, to walka nie zawsze odbywa się z kulbak a strażnicy rzadko posługują się lancami o kopiach nie wspominając. Nie wszyscy mają takie przeszkolenie. Preferują broń strzelecką, w tym prochową, do tego berdysze, pałasze, miecze a na wschodzie Imperium szable wzorem kislevskim. Kolczugi i tarcze nie są obligatoryjne, ale najczęstsze, jeśli starcza na nie funduszy. Strażnicy noszą raczej lekkie pancerze, często walczą spieszeni, podkradają się, organizują zasadzki, konie wykorzystując tylko do przemieszczania się, choć oczywiście ich pęd przydaje się też w starciach na drogach ale już mniej w lasach, do których czasem, choć niechętnie (bardzo niechętnie!) Wegwache powinno wkroczyć w pogoni za zbójami. Wierzchowce są cennym zasobem straży, choć nie wszyscy należycie szanują swoje zwierzęta, mimo że czasem może zależeć od nich życie.

W Jałowej Krainie analogiczną jednostką do Wegwache są drogowi dragoni odpowiedzialni nie tylko za bezpieczeństwo traktów ale szerzej: wszystkich ludzkich osiedli płacących podatki.

By się wyróżnić i oznaczyć  straż drogowa nosi, w zależności od landu: opończe lub ryngrafy ze znakami prowincji, rzadziej opaski czy peleryny. Poza tym każdy z drogowych ma przy sobie gwizdek a jedna osoba w patrolu róg sygnalizacyjny. Znaczone są też siodła a czasem i konie (piętnowane) należące do "Służby".
"Służba nie drużba!" - mawiają drogowcy. 

Podstawową samodzielną jednostką Wegwache jest ront zwany też po prostu patrolem – zwykle pięcio lub siedmio osobowy, choć zdążają się również małe trzyosobowe zwiady drogowe na krótsze dystanse, nie przewidujące nocowania poza stanicą. Rontem dowodzi sierżant, starszy sierżant zwany wachmistrzem lub po prostu człek najbardziej doświadczony. Drużyna to 20 ludzi kierowanych przez podporucznika / lejtnanta. Zastęp straży, zwany też półbanderią liczy 60 ludzi, czyli trzy drużyny i dowodzony jest przez porucznika. Cała banderia, czyli szwadron 120 strażników, z pomocniczymi  ludźmi 150 osób, to oddział przypisany do konkretnego fortu – stanicy dowodzonej przez komendanta, najczęściej w stopniu kapitana.

Strażnicy dróg otrzymują regularny, niezbyt wysoki żołd, najczęściej ze skarbca elektorskiego, sporo dorabiają na boku i potem to oczywiście wydają, zwykle w zajazdach i wsiowych karczmach, często awanturując się w większych grupach po cywilnemu. Jeśli bohaterowie pobiją się z nimi, to po kilku dniach mogą się nieprzyjemnie zdziwić widząc te same gęby w przybraniu znaków kontrolującej ich straży drogowej.

Z daleka łatwo też pomylić patrol Wegwache z grupą bandytów; kiedy na przykład drogowcy roznoszą tabor Strigan (wędrownych nielubianych wozaków), czy grożą handlarzowi albo woźnicy nie chcącemu płacić haraczu za przejazd... Tak, ze strażnikami dróg, nieczęsto skorumpowanymi, dobrze jest żyć w zgodzie a łatwo im się narazić. Uważajcie więc!

               Dobrze, teraz przejdźmy do drugiej rozpowszechnionej w Imperium straży – mianowicie Straży Rzecznej, czyli FLUSSWACHE, „wodniaków” z Imperialnego Patrolu Rzek i Jezior. Zdaje się, że ta formacja cieszy się większą estymą niż staż drogowa, choć naprawdę nie wiem dlaczego. Niewątpliwie wielkie i średnie rzeki to ważny element struktury komunikacyjnej Imperium, wciąż istotniejszy niż trakty ziemne. Drogi wodne są, przynajmniej z prądem, wyraźnie szybsze i bezpieczniejsze od podróży gościńcami przecinającymi puszcze. Obok straży drogowej musiała więc pojawić się formacja rzeczna. Długi czas jej brakowało, uważano, że na bezpieczniejszej wodzie nie ma takiej potrzeby. Kupieckich korabi i barek strzegli prywatni ochroniarze ale piratami mało kto się przejmował. Ustanowienie Imperialnej Flusswache to dopiero czas rządów cesarza Luipolda. Najpierw na Reiku, potem na innych rzekach, powstała w miarę ujednolicona formacja utrzymująca się w teorii z kasy cesarstwa, zasilana środkami z określonej części podatków pobieranych na rzecz kaisera, w praktyce zaś skąpo i nierówno opłacana przez Elektorskich skarbników, wciąż uważających, że to trakty należy obejmować szczególną ochroną a nie rzeki, które wszak płyną i nie należą do landów. Było to pokłosie faktu, że przymus drogowy i prawo składu odnosiło się długo tylko do traktów a nie spławnych rzek. To na gościńcach i przy miejskich bramach łatwiej było pobierać opłaty w postaci ceł czy myta. Rzeki, zwłaszcza te wielkie, z wieloma odnogami, meandrami, zakolami, możliwością zacumowania w oddaleniu od nabrzeża zdawały się trudniejsze do kontroli ale to się zmieniło.

          Płatności cła i kontrole są teraz przeprowadzane nie tylko w portach i nabrzeżach miast ale również na wybranych przeprawach śluzowych, których jest coraz więcej a przy większych miastach położonych nad wodą często można zablokować ruch statków za sprawą wielkich łańcuchów – podnoszonych z dna i naciąganych – grodzących rzekę. Kolejkuje się tam jednostki pływające i po kolei sprawdza, choć łańcuchy tworzone były głównie jako element obronny. Te tam zwane bramy rzeczne występują przy dużych, bogatych metropoliach a ich mechanizmy wymagają drogiej, stałej konserwacji.

Flusswache, czyli Straż Rzeczna, jest wiecznie niedofinansowana ale zdaje się być lepiej zorganizowana i karna niż Straż Drogowa. Flusswache nie jest częścią wojska, choć jest to tak zwany Urząd Uzbrojony a wielu z wodniaków to byli żołnierze okrętowi czasem nawet mający staż w słynnej Marienburdzkiej Piechocie Morskiej pod dowództwem legendarnego Dolpha Lundgrena.

Co należy do obowiązków Straży Rzecznej? Ogólnie patrolowanie rzek i jezior, czyli zwalczanie piratów, wszelkich nabrzeżnych zbójców, chwytanie przemytników i osób poszukiwanych, ale też utrzymywanie ładu i porządku na rzece, tego by statki pływały właściwą stroną by były należycie oświetlone i oznaczone, by na pokładzie nie było pijaństwa ani niczego, co może zagrozić bezpieczeństwu innych żeglujących. Na niektórych odcinkach rzek zabronione jest pływanie nocą, dokument poświadczający własność statku też musi być sprawdzony. Straż Rzeczna wspiera i chroni celników, mytników rzecznych oraz nabrzeżne gospody zwane wodnymi karczmami.

Flusswache nie ma własnych nabrzeżnych fortów. Tak zwane „Przystanie Patrolowe” zwane też budami wodniaków, zwykle umiejscawiane są obok istniejących wcześniej przybrzeżnych noclegowni, szkutni, rybackich siół czy wodnych młynów i składają się z dwóch – trzech pomostów, baraków sypialnych i magazynu. Wszystko oznaczone jest błękitną flagą na wysokim maszcie. To, czym straż wodna może się pochwalić to wyposażenie oraz łodzie, o które dba i w które inwestuje, nikt nie chce bowiem wylądować w rzece, nawet jeśli umie pływać. Flusswache najczęściej korzysta z lekkich, szybkich, prostych w budowie, bardzo smukłych płaskodennych łodzi jednomasztowych starego typu zwanych langskipami, które łatwo i tanio da się naprawić. Większość langskipów ma jeden maszt, na którym podnosi się prosty w obsłudze duży czworokątny rejowy żagiel. Łodzią kieruje się za pomocą płetwy sterowej z rumplem a wszyscy w obsadzie mają wiosła. Langskipy świetnie nadają się do pościgów i pokonywania płycizn, nawet obszarów mokradeł. Biorąc pod uwagę wielkość wyróżnić można wśród langskipów małe SNEKI, mające obsadę 18-20 ludzi, średnie SKEIDY z 30-40 osobami i największe REIKI liczące do 60 wodniaków i mające na dziobie falkony pościgowe – niewielkie armatki. Poza langskipami pod wyraźnie oznaczonymi żaglami Flusswache, zdarzają się nowoczesne KECZE – szersze ale równie szybkie łodzie dwumasztowe o skośnym ożaglowaniu. 

Na wezwanie Straży Rzecznej – sygnał trąbki (lub długiej trombity przymocowanej do burty), którymi Flusswache się komunikuje, każda jednostka pływająca musi zwolnić i stanąć do kontroli. Wydaje się, że wyrywkowe kontrole kontrabandy i załogi są najbardziej uciążliwe dla zatrzymywanych statków, zwłaszcza, że strażnicy czasem szukają po prostu pretekstu do otrzymania łapówki i czepiają się drobiazgów.

Statki Flusswache wyposażone są, poza oczywistymi wiosłami, linami z hakami, bosakami i toporkami, w oszczepy i broń strzelecką, kiedyś najczęściej kusze, kuszery i małe balisty, obecnie coraz częściej w broń palną, choć wrażliwą na wilgoć, to robiącą odpowiednie wrażenie i budzącą respekt samym wyglądem. Z dziobowych falkonów miotać można siekańce rwące żagle albo kule dziurawiące kadłub. Wodniacy lubią akcję, więc nazbyt długo nie zastanawiają się nad podpaleniem lontów…

Statkiem, czyli załogą – oddziałem straży obsadzającej daną łódź dowodzi Szyper lub Starszy Szyper a podlegają mu bosmani i niżej wachtowi. Łodzie Flusswache patrolują rzeki pojedynczo lub w grupach, czasem, by złapać jakiegoś pirata potrzebna jest cała eskadra langskipów: rzeka Reik ma w środkowym biegu setki metrów szerokości i wiele zakoli i zatoczek -  obławę i blokady jest bardzo trudno przeprowdzić. Piraci często porzucają statek na brzegu i zbiegają w las. Taką jednostkę odholowuje się wówczas, lub, rzadziej, pali na miejscu lub zatapia.

Członkowie straży rzecznej nie mają specjalnych oznaczeń poza błękitnymi wstążkami. Przede wszystkim identyfikują ich insygnia na żaglu i proporcach statku. Podszywanie się pod Flusswache, podobnie jak udawanie strażników dróg – zakazane jest pod karą śmierci poprzedzoną obdzieraniem ze skóry ale nawet to nie powstrzymuje wszystkich…

Straż rzeczna nie pełni funkcji kurierskich ani nie konwojuje kupieckich barkasów czy barek. Nie przewozi niczego zbędnego by nie obciążać łodzi. Wielu załogantów to starsi już mężczyźni, kombatanci a nawet kalecy. Pozbawieni dłoni, oka czy stopy, z bliska sprawiają  nienajlepsze wrażenie ale są doświadczeni, świetnie radzą sobie na wodzie, sprawnie obsługują kusze i samopały, w walce wręcz nie są mniej skuteczni, nawet jeśli hak zastępuje im dłoń. Faktem jest, że rzadko dochodzi na rzece do bezpośredniego starcia, piraci raczej nie przyjmują otwartych bitew,  zbyt wiele ryzykują niewiele w zamian (na swym zwycięstwie) zyskując: trochę broni i ewentualnie samą łódź straży.

Zarówno w straży drogowej jak i rzecznej zdarza się, że jej ludzie wykonują zadania pod przykrywką. Dołączają do bandytów, rozbójników i piratów by ich zinfiltrować, odkryć kryjówki, powiązania, paserów, czasem źródła finansowania. Bywa, że miejscowi zbóje działają za namową lub opłacani są przez szlachcica z sąsiedniego hrabstwa, któremu zależy na zdestabilizowaniu sytuacji u sąsiada, na danym odcinku drogi czy rzeki. To oczywiście przypadki bardzo rzadkie. Nikt z Flusswache ani Wegwache nie chce zanadto ryzykować, ludzie są ostrożni, nikomu nie spieszno za Bramę Morra, choć zdarzają się przypadki ogarniętych zapałem młodzików czy mścicieli przepojonych żądzą zemsty na wszelkich łotrach. Tacy "nadgorliwcy" potrafią brać sprawy w swoje ręce i walczyć z występkiem aż do przesady...

Obie formacje straży, zwłaszcza wodniacy, są swoistą zawodową korporacją, czyli cechem, ale cechem pozamiejskim, mniej sformalizowanym i mającym mniejszą wewnętrzną kontrolę. Straż Drogowa to de facto formacja wojskowa, cześć armii.

               Na zakończenie kilka słów o zbrojnych działających indywidualnie, pojedynczo, nie mających żadnego rodzaju konfraterni i oparcia w towarzyszach, strukturze wojskowej czy cechowej. Mowa o łowcach nagród i łowcach czarownic. Te dwie profesje zadziwiająco wiele ze sobą łączy. Stereotyp cynicznego łotrołapa kasującego pieniądze za trupy a z drugiej strony fanatycznego, zaślepionego religijnie podpalacza stosów jest bardzo uproszczony. Wbrew pozorom wiedźmołapi, potocznie zwani Hexerami, często pragnący większego docenienia sensu swojej pracy i nazwania całej grupy Hexwache, Strażą Czarów, zwykle nie są maniakalnymi sigmarytami czy solkanistami. Tacy ekstremiści są oczywiście najbardziej widoczni i utrwalają wykrzywiony wizerunek wszystkich przedstawicieli tego fachu. Jednak zdecydowana większość tych samotnych, czasami samowolnych śledczych to ludzie niekoniecznie pobożni, za to zdeterminowani i wytrwali, zdający sobie sprawę z olbrzymiego niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą posługiwanie się magią bez żadnej kontroli, przygotowania i imperialnej licencji. Co więcej nierzadkim przypadkiem jest współdziałanie Hexerów z rewizorami magisterium Magii czyli licencjonowanymi czarodziejami tępiącymi guślarstwo i nielegalne praktyki magiczne. Pamiętajmy, że między kultami religijnymi Imperium a czarodziejami nie ma jakiegoś fundamentalnego konfliktu. Oczywiście niechęć prostych, zabobonnych ludzi do magii jest czymś naturalnym i niektórzy kapłani będą to wykorzystywać do wzmocnienia swojej pozycji, ale nie przenośmy do Starego Świata wizerunku łowcy czarownic motywowanego zawsze i wyłącznie religijnym zapałem wynikającym z interpretacji świętej księgi. Czary niosą zagrożenie chaosem, magowie, mimo pewnego statusu państwowego, są otoczeni nieufnością, wszelkie mutacje i pech trapiący prostych ludzi jest zrzucany na czarodziei.

               Hexerzy i łowcy nagród działają w pewnym aspekcie podobnie, to samotnicy tropiący przestępców tak w miastach jak i na prowincji. O ile łotrołapi ścigają ludzi najczęściej na podstawie listów gończych lub nakazów,  o tyle wiedźmołapi zwykle sprawdzają plotki, oskarżenia i dziwne zdarzenia, muszą być przy tym bardzo sceptyczni i rozważni. Zaślepieni fanatycy prędzej czy później nadepną komuś na odcisk i znikną nie znajdując obrony nawet w szeregach kultu religijnego, który w warunkach politeizmu odżegnuje się od ekstremistów. Zdarza się, że kapłani bronią swych wiernych przed nawiedzonymi Hexerami, którzy w teorii nie mają prawa dokonywać żadnych samosądów przed dostarczeniem jednoznacznych dowodów i świadków.

Łowcy nagród inkasują zapłatę za dostarczenie, żywych lub martwych, ściganych przestępców. Hexerzy również powinni dostarczać podejrzanych przed trybunały miejskie a nie ich mordować, po potwierdzeniu otrzymywać nagrodę i nie brać udziału w wymierzaniu kary, jednak  w praktyce utrzymują się ze źródeł mniej przejrzystych, jest to profesja ocierająca się o sferę niejednoznacznych poszlak, insynuacji i podejrzeń. Niemniej zdarzają się łowcy czarownic na pensji od elektora, miasta czy hrabiego, opłacani nie od złapanej wiedźmy ale ryczałtem, przeznaczeni do pilnowania by żadna nielegalna magia nie panoszyła się  w okolicy. Tacy hexerzy nie ścigają tylko guślarzy ale również mroczne kulty, handlarzy spaczeniem, mutantów a nawet zwierzoludzi. Jednym słowem mają za zadanie tępić Chaos w każdej postaci, walczyć z tym co nienaturalne i to oni mają się za prawdziwych przedstawicieli tego zawodu.

Zdarzają się sytuacje, że listy gończe wystawiane są za demonologami, nekromantami czy innymi czarownikami. Wówczas łowca nagród staje się swego rodzaju wiedźmołapem a hexer - łowcą nagród. Czasem ścigani przestępcy szukają schronienia pod opieką czarowników pragnących z kolei kilku mieczy dla swojego bezpieczeństwa.

Zarówno łowcy czarownic i łotrołapi starają się zabezpieczyć przed czarami – czy to modlitewnymi zwojami i relikwiami czy specjalnymi amuletami i talizmanami, podobnie są wyposażeni i podobnie obie profesje są nielubiane, budzą niechęć i strach, co może pomagać ale i bardzo przeszkadza w życiu.

I to tyle na dziś, dzielni poszukiwacze przygód.
Uważajcie na siebie na niebezpiecznych traktach i rzekach Starego Świata!

                Co rozumiem przez improwizację w rpg? Umiejętność szybkiego, ad hoc, wymyślenia czegoś ciekawego, zareagowanie w biegu, bez przestojów, na niespodziewaną, zaskakującą decyzję postaci graczy czy zaskakujące konsekwencje ich działań, nagły zwrot fabuły, dosztukowanie świata fikcji w miejscu, którego nie brało się wcześniej pod uwagę, nie przewidziało. W wielu przypadkach improwizacja nie będzie problemem, pomysły niejako naturalnie wyrosłą, wykiełkują z sytuacji, z wyobraźni, oczywiste skutki nie będą wymagały specjalnej kreatywności tylko konsekwencji i wiarygodności w światotworzeniu, ale nie będzie tak zawsze.

Improwizacja to niewątpliwie ważny element arsenału czy kompetencji Magistra Gry i wiem, że niektórych początkujących nieco przeraża. Niepotrzebnie.

               Jak dobrze improwizować? Kreatywności i szybkości kojarzenia nikt was nie nauczy. Ma się ją przyrodzoną, większą lub mniejszą. Ale talent to niewielka część sukcesu, liczy się praca. Kreatywność można podładować, zmaksymalizować potencjalnie. Po pierwsze przydaje się jak największy background ogólny i szczególny. Ogólny to  znajomość dużej ilości pomysłów sytuacyjnych, motywów, archetypów, fabularnych rozwiązań i chwytów. Czyli konsumpcja dużej ilości literatury, filmów, seriali, gier komputerowych i grafik. Niekoniecznie gatunkowych. Obserwacja rzeczywistości, zachowań, reakcji ludzi dookoła nas i stałe odkładanie tego w tyle głowy. Czytanie książek czy słuchanie audiobooków wspomoże słownictwo, pozwoli szybciej odnaleźć właściwe określenie, frazę, synonim. Szukając w umyśle pomysłu na kreatywne rozwiązanie danej sytuacji nie będziecie się spinać nad właściwymi słowami, one już w was będą. Ja wynotowuję sobie przeróżne pomysły na sceny, wątki, postaci, sytuacje, czasem całe zwroty,  i sięgam albo do zawodnej pamięci albo do specjalnego zeszytu. Sama jego obecność uspokaja i sprawia, że najczęściej nie muszę go otwierać. Backround szczególny to dobra znajomość realiów danego settingu, świata tej konkretnej fikcji ale i szerzej: realiów dotyczących scenografii, systemu społecznego danego świata, struktury społeczeństwa i relacji międzyludzkich. Prowadząc grę fantasy w świecie nawiązującym do renesansu czy starożytności albo setting sci-fiction podstawowa wiedza historyczna, astronomiczna, fizyczna, socjologiczna czy psychologiczna, właściwie każda wiedza, bardzo pomoże w improwizacji, da żyzny grunt, siatkę pojęć, zależności, pomysłów i relacji, między którymi będziemy krzesać iskry naszych improwizacji. Jeśli potrzebujemy bardziej scharakteryzowanej postaci możemy po prostu oprzeć się znajomym człowieku lub fikcyjnej postaci z filmu czy książki. Jeśli zaskakująco musimy opisać slumsy to odwołujemy się do naszej wiedzy i wyobrażenia dzielnicy biedoty. Background to podstawa, ale to wciąż może być mało.

             Jeśli nie przychodzi mi do głowy nic w sposób naturalny, albo to co przychodzi już było czy jest mało satysfakcjonujące, to pobudzam improwizację stawiając na głowie klasyczne, typowe sytuacje, odwracając klisze i banały, deformując je, budując na sprzecznościach i opozycjach. Nazywam to „odwracaniem”. Chwytam pierwsze, zwykle banalne skojarzenie i wywracam je na nice albo dokładam do niego coś odwrotnego, przeciwnego a potem lepię to razem i pozwalam umysłowi rozwinąć to w jakieś konsekwencje. Albo odwrotnie – łapię coś totalnie absurdalnego co krąży mi po głowie, coś co np. usłyszałem przed sesją w informacjach i wciskam to w realia fikcji, w scenę, którą muszą zaimprowizować choć zdaje się totalnie nie pasować. Przykładowo: jeśli bohaterowie trafiają na tej samej sesji do piątej z kolei karczmy czy klubu, bo postanowili dla kaprysu zrobić ich przegląd w wielkim mieście i z jakichś względów nie przewijamy tego tylko szczegółowo rozgramy i opisujemy, bawimy się całą sytuacją a ja chcę jako MG wykrzesać z siebie coś, co nie będzie banałem, bo czterech poprzednich barmanów było klasycznych, różniących się tylko wzrostem, wagą, rasą i tatuażem a wszyscy mieli zgniłe zęby i czyścili szmatą kontuar lub szklanice; chwytam się pierwszego słowa, myśli, która przyjdzie mi do głowy. Jeśli będzie to banalna „gościnność” czy „służalczość” zderzam to z kontrastującą „niechęcią” czy „wrogością”.  Zatem: drużyna wpada do lokalu a barman od wejścia każe im się wynosić, klnie na potęgę, wyskakuje z pałką, woła ochroniarzy. To mi wystarczy na start. W tym przypadku eskapada po knajpach nie wiąże się z wątkiem głównym, o ile taki jest, nie przejmuję się specjalnie konsekwencjami, płynę. W przykładzie nie chodzi o zszokowanie bohaterów, tylko o zaimprowizowanie czegoś na szybko, choć szok też nie jest zły, ale o tym później. Potem patrzę jak sytuacja rozwinie się w mojej głowie, jak zareagują bohaterowie graczy, co dołożą od siebie, co z tego wyniknie. Może nie będzie to potrzebne, może drużyna pójdzie do kolejnej knajpy, ale może postanowi się postawić, poszukać guza i zbadać sprawę. Może rozwinie się z tego ciekawy wątek. Gracze wchodzą w sytuację? Świetnie. Patrzę, co  przychodzi mi do głowy dalej, jak rozwinąć wątek. Jeśli mam dobry background to ruszają skojarzenia, widzę podstawowe opcje: barman mógł się pomylić, działał pod wpływem emocji, może szaleństwa albo bardzo racjonalnie, celowo. Drzewko rozrasta mi się w głowie, coś klika, pewnie widziałem już coś takiego lub czytałem. Barman wziął bohaterów za namolnych sprzedawców? Reketierów przychodzących po haracz? Jedna z postaci przypomina barmanowi kochanka żony? A może koleś jest pod wpływem narkotyków? Ktoś właśnie rzucił na niego czar? Może chodzi o zakład? Albo barman rozpoznał drużynę, bo ktoś wcześniej mu ją wskazał i z jakiegoś powodu oczernił? A może to wcale nie jest barman, tylko ktoś kto nie chce świadków w lokalu, w którym właśnie zrobił coś bardzo, bardzo złego? – Wybieram którąś z opcji, „na czuja” albo w zależności od konwencji, tego co będzie pasować, czy chcę otworzyć możliwość konfrontacji fizycznej, może śledztwa, uwikłania bohaterów w jakąś intrygę czy tylko spróbować sceny komicznej, czy może stawiam przed bohaterami jakiś dylemat? Trzymam się przyjętego założenie, choć nie kurczowo, tylko elastycznie i konsekwentnie rozwijam cały czas współgrając w graczami (jesteśmy jedną wielką orkiestrą a ja, jako MG, wcale nie jestem dyrygentem tylko bardziej sekcją rytmiczną, perkusją, choć oczywiście pomniejszający sprawczość graczy i MG-Dyrygenci przy stole się zdarzają...).

           Ważne: nie bójcie się kalek, klisz, są lepsze niż nic a łatwo je łamać, obracać i wypaczać, bawić się nimi. Zresztą w kliszach gracze też łatwiej się odnajdą, niektórzy wolą w nich nawigować, łatwiej domyślą o co chodzi lub tylko tak będzie im się wydawać, bo my będziemy mieli czas, żeby wymyślić jakieś drugie, bardzo nietypowe dno banalnej sytuacji. Więc zawodowy morderca właśnie został pacyfistą, kat pogrążył się w depresji, wrażliwy, utalentowany poeta szuka inspiracji seryjnie mordując.

Oczywiście jeśli macie otwartych, proaktywnych graczy to można podzielić się z nimi w takiej chwili kreacją świata, podzielić odpowiedzialność. Zapytać graczy jak ów piąty z kolej barman wygląda? Co to za miejsce? Czym różnie się od poprzednich? Albo podsunąć, że barman to stary znajomy bohatera. Dobry czy zły? To też możemy wyciągnąć od gracza, jeśli ma na to ochotę, i przyjąć w całość albo… wziąć i odwrócić, bo prawda: rozstali się kiedyś w przyjaźni jak powiedział gracz, ale potem wydarzyło się coś, co zmieniło stosunek barmana do postaci i ona jeszcze o tym nie wie. Gracz więc wesoło opisuje barmana-przyjaciela a ty kwitujesz to słowami. Tak, to on. Tak właśnie było. Więc dlaczego na twój widok blednie, chwyta teraz pałę i leci na ciebie wołając „zabiję!”? Gracz i bohater na to pytanie już raczej nie odpowiedzą, prawdę znasz ty – prowadzący. Jeśli już włączasz gracza do kreacji świata nie neguj tego po chwili, ale do kreatywnego rozwinięcia masz pełne prawo, czas w fikcji płynie a ludzie i miejsca się zmieniają.  Aha, warto zauważyć, że nie każdy gracz ma ochotę na współkreację, oj, nie każdy. Wielu chce, żeby to w całości była twoja działka. Dogadajcie to zawczasu, bez względu na to jak rozłożenie pracy na sesji, kontrolę narracyjną, definiuje sam system, w jaki gracie.

Pewnym substytutem ale i pożywką dla wyobraźni więc i improwizacji mogą być przeróżne generatory spotkań, osób, charakteru, miejsc, itd. Dobrze mieć na podorędziu kilka tabelek i czasem zdać się całkowicie na los – to odetnie was, Moderatorów Gry, od podświadomego kierowania fabułą i zapewni prawdziwą jazdę bez trzymanki, niektórzy taki sposób preferują. Sprawdźcie, jak wam podejdzie. Nawet jeśli z jakichś względów nie będziecie implementować wylosowanych w generatorze zdarzeń w fabułę, to same w sobie pobudzą one wyobraźnię.

          A jeśli pali się wam ziemia pod nogami, Mistrzynie Gry, jeśli totalnie nie wiecie jak ugryźć problem, totalny brak wolnych skojarzeń w głowie, gracze nie pomagają, nie macie też tablic z generatorem „stu jeden incydentów w karczmie” i zero pomysłu to…  zawsze pozostają wam dwa inne wyjścia: poprosić o czas albo zaszokować. Siebie i innych. Nie mówię o poruszaniu jakiś tematów tabu i przekraczaniu granic przyzwoitości, nie. Mechanizm jest inny. Zadajcie sobie po prostu pytanie, czego na pewno by tu nie było, czego NA PEWNO nie można by się spodziewać po takim miejscu, czy takiej sytuacji? Od takiej osoby? I zróbcie dokładnie w TEN sposób. Jest to w sumie rozwinięcie poprzedniego konceptu odwrócenia kliszy o 180 stopni.

Cały czas pamiętajcie, że się nieustannie uczymy. Nie widzę nic złego w tym, żeby przy jakiejś wolcie fabuły prowadząca zarządziła przerwę na toaletę i herbatę by dać sobie kilka minut i przemyśleć dalszą sytuację. Jasny komunikat, że potrzebujecie zebrać myśli, broń boże bez sugerowania, że Gracze właśnie popsuli wam scenariusz! Wręcz przeciwnie, może warto im powiedzieć z uznaniem, że, WOW, tego się nie spodziewaliście i kilka chwil jest potrzebnych do pozbierania się. Dotyczy to zresztą nie tyle samej improwizacji co czasem przemyślenia wiarygodnych konsekwencji w świecie, konsekwencji wygenerowanych właśnie przez decyzje, wybory i czyny bohaterów Graczy. Pozytywna komunikacja służąca wspólnej zabawie to podstawa, pamiętajcie, a przerwa, (oczywiście niekoniecznie w środku emocjonującego pościgu!) może dać więcej korzyści niż strat.

           Podsumowując: w improwizacji na sesji, a więc działaniu spontanicznym, na szybko, odnosimy się do tego co znamy i wiemy, przywołujemy to i albo sprzedajemy graczom albo na różne sposoby deformujemy, odkształcamy czy dolepiamy pewne elementy. Współgracze są również niekończącym się źródłem inspiracji i skojarzeń. Z ich rzuconego słowa, pomysłu, może wykiełkować coś bardzo zajmującego. Słuchajcie więc swoich graczy również pod tym kątem.

          Improwizując myślcie o ruchu, dynamice. Rzeczywistość jest zmienna, stale fluktuuje. Zanegujcie oczywistość, wywróćcie ją na lewą stronę albo zróbcie z danego stereotypu 100% wierny model. Niech ten przykładowy piąty z kolej barman będzie chodzącym ideałem, doskonałym, wzorcowym przedstawicielem swego zawodu. Doskonałym w swej banalności. Nie bójcie się karykatury, kiczu czy groteski, jeśli improwizacja tak wyjdzie, to nic złego, życie takie bywa i fikcja również, nawet jeśli prowadzicie dystopijne sci-fi czy dark fantasy. Jeśli lubicie Quentina Tarantino to wiecie, o czym mówię. Oczywiście wszystko w odpowiednich proporcjach, z wyczuciem, bez wypadania zbyt daleko i na zbyt długo poza uzgodnione ramy  konwencji, ocierając się o groteskę ale w niej trwale nie grzęznąc.

          Improwizacja w sci-fiction jest trudniejsza niż w fantasy, bo prowadzenie w sci-fi jest trudniejsze niż mistrzowanie w settingu fantasy. Według niektórych to nieprawda, według mnie to oczywista-oczywistość. Jeśli środowiskiem postaci graczy jest zerowa grawitacja, relatywistyka i inne zjawiska, które są nieintuicyjne i obce naszej codzienności, "doświadczeniu gracza", to uwierzcie mi – „nieco” trudniej się to prowadzi i nieco trudniej odgrywa, ale i satysfakcja jest większa, mówię za siebie. Można oczywiście sci-fi spłaszczyć do space opery, do „fantasy w kosmosie”, fruwać pod żaglami w eterze między planetami (świetny pomysł) ale nie udawajmy, że to fantastyka naukowa. Do sci-fi musicie się lepiej przygotować ale to nie znaczy, że musicie robić doktorat, czy znać wzory fizyczne. W niektórych settingach fantasy nie musicie zgoła nic wiedzieć o realiach średniowiecza, tyle, co to zamek, miecz i król. Koń jaki jest każdy widzi. W fantastyce naukowej, i nie mówię o jakiejś wersji hard, tylko poziomie podstawowym, wskazana będzie podstawowa edukacja. Mówię oczywiście za siebie, bo wam może zupełnie nie przeszkadzać, że „Sokół Milenium leci do Kessel w 12 parseków”… Cóż, dla mnie to żenujące, ale kogoś może to zupełnie nie obchodzić…  {dobra, przyznaję - to nachalna reklama moich teksów o "prowadzeniu sesji w realiach sci-fi" dostępnych na bliźniaczym blogu Dark Future, o tutaj: }

Na koniec coś o moim osobistym i może specyficznym (a może nie?) sposobie na stymulację kreatywności. Otóż chodzi o czytanie poezji, dobrej liryki. Pewnie nie działa to na każdego, ale pewna porcja Emilii Dickinson, Herberta, Szymborskiej, Miłosza, Eliotta, Rilkego czy Yeatsa wyraźnie podnosi u mnie potencjał kreatywno-improwizacyjny. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale czytanie poezji, poza wartością samą w sobie, bardzo pomaga mi w mistrzowaniu, odblokowuje jakieś klapki...

Z bardziej konwencjonalnych rozwiązań wspomagających dar improwizacji polecam ćwiczenia z obrazkami, z grafikami. Spróbujcie po zerknięciu na rysunek dopowiedzieć sobie jego kontekst, opisać całą sytuację, opowiedzieć to co się dzieje za kadrem oraz to co się właśnie, przed chwilą, wydarzyło i to, co się za chwilę wydarzy. Jeśli widzicie na grafice jakieś postaci to opiszcie ich relację, nie poprzestając na pierwszym wrażeniu i pozie, ale dłubiąc głębiej. Zróbcie to wszystko  a potem zróbcie to jeszcze raz, ale zupełnie inaczej, np. odwracając waszą poprzednia opowieść o 180 stopni choć wciąż nawiązując do tego samego obrazka, tej samej scenki.

Jeszcze jeden patent: otóż u niektórych, jako wsparcie przy improwizacji, działają kości opowieści – sześciościenne kostki z różnymi obrazkami / ikonkami (najlepiej pomieszać różne „gatunki” tych kostek), których rzut wygeneruje ciąg skojarzeń, przydatny dla Mistrza Gry w danym momencie mającego przysłowiową „pustkę w głowie”. Jeśli nie masz takich kostek to może zabieraj na sesje jakieś opasłe tomiszcze, nie będące podręcznikiem do rpg ale ulubioną lekturą. „Mistrza i Małgorzatę” , „Paragraf 22”, „Rzeźnię numer 5” czy „Harrego Pottera” i, w momencie słabości / potrzeby improwizacji,  otwieraj swoją biblię na przypadkowej stronie i na przypadkowym akapicie wyciskając z niego wszystko co się da. Dziwaczne? Dziwaczne, ale można i tak. Spróbujcie. Będzie śmiesznie, będzie ciekawie, będzie się działo.

No i to tyle o improwizacji na sesji. Pewnie nie wyczerpałem tematu i sposobów na jej pobudzanie. Ciekaw jestem waszych rozwiązań i podejścia do improwizacji, technik jakie stosujecie.  

Zauważcie, że nie namawiam nikogo, podkreślam, nie namawiam nikogo do wspomagania się nielegalnymi substancjami celem pobudzenia kreatywności ;-)) . 

Drogie Mistrzynie i Mistrzowie Gry - nigdy nie prowadźcie pod wpływem! To chyba najważniejsza i najpoważniejsza rada z całości tego wykładu. Piłeś - nie prowadź!

Adios amigos!

Dziś zajmiemy się zamkami. Poza mieczem i smokiem zamki to chyba najbardziej klasyczny motyw w fantasy ale i najbardziej zróżnicowany. Fortece były bardzo różne w naszym średniowieczu a jeszcze bardziej różnorodne są w światach fikcyjnych. Ale uprośćmy wszystko i przyjmijmy, że rozmawiamy o jakimś wyobrażeniu „średniego zamku” -  murowanej, kamiennej fortecy z murem i dwoma wieżami gdzie żyje łącznie około 100-150 osób.

Zamkiem (w sensie budowlą a nie mechanizmem służącym do ryglowania) będę  nazywał zwartą, zamkniętą budowlę obronną MUROWANĄ (pomijam wały z palisadą) z murem kamiennym lub ceglanym, mającą przynajmniej kilkunastoosobową zbrojną załogę, kilka zabudowań wewnętrznych i będącą siedzibą lokalnego władyki / lorda / barona. W razie oblężenia siedzibą samowystarczalną, bo z własną studnią, zgromadzonymi zapasami opalu i żywności, zapleczem rzemieślniczym, stajniami i kuźnią.

Synonimem zamku będzie kasztel, ale również warownia, twierdza, forteca czy cytadela. Inne budowle łączące funkcję obronną z mieszkalną i gospodarczą, których jednak nie traktuję jako synonimu zamku to fort / stanica, wieża rycerska (czyli Wohnturm), dwór obronny, dworzyszcze, ufortyfikowany folwark, klasztor albo metropolia – te miejsca mogą przypominać zamki, posiadać ich elementy, ale nie będą się do nich stosowały wszystkie podane dalej informacje.

Jak coś takiego powstawało? Oto szybki rys dla budowniczych. 

Kiedy już wybrało się odpowiednią lokalizację pod budowę zamku: czy to ze względu na dogodne obronne położenie czy konieczność lokalizacji w ważnym punkcie kontrolnym, czy w obu przypadkach, należy zebrać małą grupę specjalistów i większą rzeszę robotników. Wyznacza się więc miejsce:  na wzniesieniu, na klifach, na półwyspach, czy ostrowiu, przy przeprawach rzecznych, w pobliżu brodów lub mostów, na zbiegach rzek, przełęczach, szlaków handlowych czy granic a potem organizuje logistykę. Budowa średniego zamku to zajęcie dla grupy od 200 do 500 osób, zależnie od tego jak szybko chcemy budowlę wznieść, z jak daleka pozyskujemy budulec, itd.

Nie wybudujemy niczego bez pieniędzy, z których około 30% idzie na pracowników, około 50% na surowce, reszta to transport i logistyka. Kwot łącznych wam nie podam, ale średni zamek wymagał dużych kwot pieniędzy, często pożyczek.

Forteca ma być zwykle siedzibą jakiegoś władyki, może nowego lorda po świeżym nadaniu, zawsze jest oznaką statusu i symbolem siły. Wznoszenie warowni to przynajmniej 2-3 lata, nierzadko 5 lub 8 jeśli wynikną jakieś problemy finansowe. Oczywiście wielkie zamki buduje się dłużej, nawet 20 lub 30 lat. Ile by to nie trwało prace angażują lokalnie dużą grupę osób, transport drogowy lub rzeczny. Budowa zamku to ciekawe tło przygód. Bohaterowie mogą takie przedsięwzięcie wspierać na różne sposoby: nadzorować dostawy, robotników, transport i wypłatę pensji dla pracowników, mogą przeciwdziałać sabotażom zazdrosnego sąsiedniego feudała albo grupy miejscowych druidów, być eskortą czarodzieja, który ma zmodyfikować teren pod budowę, albo rozwiązać zagadkę tajemniczych morderstw wśród robotników. 

Bogatsze zamki to fortece, które więcej kosztują i które dłużej się buduje i wyposaża, niekoniecznie rozleglejsze  ale zwykle wyposażone w większą ilość elementów. Możemy też przyjąć, że bogatsze zamki maja wyższe i grubsze mury, są rozleglejsze, mają więcej wieżyc, elementów zabudowanych, są zdolne pomieścić większą zbrojną załogę i więcej mieszkańców. Ale po kolei.

Zamek może ale nie musi otaczać fosa, bo to dodatkowy elementy wymagający prac ziemnych i stałego nadzoru by nie zarastał. Fosa może być sucha lub mokra, czyli rów forteczny suchy albo rów wypełniony wodą, zwykle dzięki połączeniu z pobliska rzeką lub stawem. Porządna fosa powinna biec blisko murów, mieć 3,5 do 5 metrów szerokości i przynajmniej półtora metra głębokości.  Niektóre suche rowy forteczne mogą mieć dodatkowe elementy takie jak zaostrzone pale a fosy mokre mogą być zasiedlone przez jakieś nieprzyjemne potworki ale to rozwiązania, które niosą ze sobą problemy, wiec rzadko się je stosuje, podobnie jak ostrokół (czyli rząd ostrych pali w formach litery x) przed fosą lub zamiast niej albo wypełnienie rowu alchemicznym kwasem....

Źle utrzymywana fosa to zwykle cuchnące, bagniste miejsce, wypełnione gnijącymi odpadkami i odchodami, które wylatują tam wprost z murów lub przez wykusze w basztach, gdzie znajdują się wychodki. W przypadku oblężenia agresor musi fosę, przynajmniej punktowo, zasypać, żeby zapewnić sobie w miarę szybki dostęp do murów z drabinami czy wieżami oblężniczymi.

Dalej mamy mur, czyli już element właściwego zamku, rzecz konstytutywną, zasadniczą dla warowni. Mur to jak sama nazwa głosi, ściana murowana. Pomijam palisady wznoszone na wałach czy inne rozwiązania. Mur niski to 8-9 metrów, przeciętny 11-12 metrów,  bardzo wysoki to metrów 15 metrów choć superfortece fantasy mogą mieć mury i kilkudziesięcio metrowe, tylko wyobraźnia jest granicą!  Oczywiście czasem pomagają ścianom fortecy naturalne skalne strome zbocza, zwłaszcza w górach i na wzniesieniach, wówczas sam mur może mieć mniej, starczyć może 5 metrów. Mury najlepiej budować z mniej lub bardziej obrobionych kamieni z zaprawą, rzadziej z dużych dwuręcznych cegieł. Ściany powinny być oczywiście stosunkowo gładkie, zwłaszcza z zewnątrz, by utrudnić wspinaczkę.

Grubość murów to zwykle koło 2 – 3 metrów, do maksymalnie 5 metrów przy superfortecach. Z rzadka wzmacnia się je od wewnątrz ziemią, czy drewnianym stelażem na którym mocowane są ganki i inne elementy, o których później.  W murze, poza bramą  główną lub bramami (choć zwykle jest to jedna brama) są czasem małe boczne furty, bardzo wytrzymałe, barykadowane kamieniami od wewnątrz. Służą do nocnych wycieczek czy wymkniecie się z zamku w razie zamknięcia oblężeniem. Tunele ewakuacyjne są bardzo rzadkie, bo zamki stawia się na twardym podłożu, najlepiej skalnym, ale się zdążają. Tak samo jak podczas oblężenia twierdz najeźdźcy w sprzyjających okolicznościach stosują podkopy pod mury by osłabić lub obalić ścianę i otworzyć wejście do zamku. Najczęściej podkop, który wymaga długiej i niebezpiecznej pracy pod ziemią, wspierania korytarza stemplami, dodatkowo wieńczony jest eksplozją alchemiczną lub podziemnym pożarem. Do końcówki tunelu, tuż pod murem, wprowadza się tłuste świnie albo beczki w oliwą i tam podpala. Tłuszcz wywołuje wysoką temperaturę, błyskawicznie pali stemple i ma wywołać nagły efekt tąpnięcia.

Żeby w kulturalny sposób pokonać fosę i przez bramę wjechać do zamku należało przebyć most zwodzony (czyli podnoszony) albo most stały, który w sytuacji zagrożenia niszczono. Same wrota zamkowe – wierzeje - na tyle duże by przepuścić wóz, były oczywiście wzmacniane, nieraz obijane żelazem, ćwiekowane, ryglowane i podpierane spiżowymi prętami, jednoskrzydłowe lub dwuskrzydłowe,  często z mniejszą furtą w skrzydle. W bogatszych zamkach brama zwykle jest dodatkowo wzmocniona broną, czyli podnoszoną kratą: drewnianą, okutą lub w całości żelazną, podnoszoną łańcuchami. Brona zwykle poprzedza (patrząc od zewnątrz) wrota  – można ją opuścić prewencyjnie zachowując pole widzenia, brama ryglowana jest wrotami w ostateczności.   

Co prawda mówimy o przeciętnym, średnim zamku ale wspomnijmy rzecz związaną z fortyfikacją bramy w większych fortecach i dużych warownych miastach. Otóż posiadają one zwykle barbakan – czyli różnego typu budowle wzmacniające czy rozbudowujące bramę: mogą być okrągłe, półokrągłą lub kwadratową, najczęściej nieco wysuniętą przed linię murów. Barbakan może być w pewnej odległości  od murów i połączony z bramą długim krytym murowanym korytarzem albo być niemal samodzielną minifortecą łączącą się z częścią bramna jakimś rodzajem kładek – przejścia na wysokości. Barbakan może być nawet umiejscowiony przed fosą, rozwiązania są tu różne, w średniowieczu nikt nie stosował standaryzacji.

Kontynuując temat murów pamiętajcie, że są one zwieńczone, zakończone u góry, słynnymi blankami czyli krenelażem.  To te charakterystyczne „ząbki” na szczycie murów. Mogą być kamienne – jako część muru, lub drewniane - dosztukowane do ściany. Czasami są ciekawie wykończone, modelowane, malowane. Blanki chronią ludzi, strzelców, obserwatorów i tych, którzy ciskają na oblegających kamienie lub podgrzaną smołę tudzież olej. Za blankami znajduje się chodnik strzelecki biegnący wzdłuż muru, po całym jego obwodzie łącząc bramę, baszty i inne elementy przylegające do muru.  Przerwy między blankami  nazywa się miedzami. W blankach, w bogatszych zamkach, mogą być otwory strzelnicze, wąskie od zewnątrz a szerokie od wewnątrz by umożliwić kusznikowi czy łucznikowi szerszy kąt do ostrzału samemu będąc maksymalnie osłoniętym.  

Blank czyli krenelażu nie należy mylić z hurdycjami. Hurdycje to najczęściej drewniane, zabudowane  ganki (ze ścianami i dachem) znajdujące się oczywiście u szczytu murów ale uwaga: wystające balkonowo przed lico ściany od zewnątrz. Obrońcy zamku są zatem chronieni zabudową a oblegających mogą razić nie tylko przez otwory strzelnicze ale również przez otwory w podłodze hurdycji, zrzucając złe rzeczy, np. wrzącą wodę lub smołę bezpośrednio pod mur od zewnątrz.

Większe i bogatsze zamki mają zamiast hurdycji  machikuły – również wystające na zewnątrz, w formie wykuszu, broniące tak podstaw muru jak przedpola ale w całości murowane. Machikuły będąc większym wyzwaniem finansowym od hurdycji, zwykle nie obwodziły wszystkich murów.

Integralną częścią muru są również baszty – wieże wysunięte nieco przed linię ściany muru. Baszta spełnia funkcję obserwacyjną i obronną – jest wyższa niż mur (w końcu to wieża) i posiada otwory strzelnicze, dzięki którym można razić oblegających również wzdłuż murów, równolegle do ścian. Baszta, wznoszona na planie koła, prostokąta czy heksu może być w stosunku do muru i chodnika zamknięta lub otwarta.  Na kilka kondygnacji połączonych schodami lub drabinami. Baszta zawsze ma dużą ilość otworów strzelniczych, bo rażenie wroga pod różnymi kątami to jej główne cel. Baszta może być narożna albo być częścią linii muru. Zdarza się, że podziemna część baszty jest lochem więziennym.

Oczywiście baszty, inne wieże i barbakan zazwyczaj były zwieńczone blankami, mogły być wyposażone w hurdycje lub machikuły.

Dobrze, zatem idźmy dalej, do środka kasztelu. Pokonawszy mury, najlepiej bramą, wchodzimy do warowni, a konkretnie na jej dziedziniec, majdan. Czasem trzeba przejść przez kolejną bramę, minąć kordegardę czyli wartownię i z podzamcza dostać się przez drugą linię murów na tak zwany wyższy zamek, ale my rozważamy mniej skomplikowane, bardziej zwarte fortece.

Mamy więc dziedziniec, wewnętrzny plac , podwórzec, otoczony ze wszystkich stron albo murem, murem z basztami albo zabudowaniami przylegającymi do niego.  Dobrze jest, jeśli zamek ma niezależne źródło wody, nie tyle dostęp do rzeki, który oblegający mogą odciąć, ale własną głęboką studnię. Może się taka znajdować na dziedzińcu. Może tu też być cysterna, najczęściej kamienna, zbierająca deszczówkę. Poidła, stajnie, na wozownię nie ma miejsca ale chlewik i kurnik, może też mały warzywnik pewnie da się gdzieś upchnąć. Zapewne jakaś mała świątynia czy zdobiona kaplica, zabudowania z sypialniami dla służby i załogi.  Obok zabudowana kuźnia, kamienna, wzniesiona tak by wiatr nie porwał i nie rozproszył ognia.

Centralnym miejscem zamku jest oczywiście siedziba jego władcy, kasztelana, czyli donżon. Nie mylcie go ze stołpem. Stołp to surowa, dość prymitywna, skromna choć czasem wysoka wieża linii ostatniej obrony, zwykle niezamieszkiwana podczas pokoju, stojąca w oderwaniu od murów, z wejściem na wysokości kilku metrów, do którego prowadzą liche drewniane schody, łatwe do zburzenia lub spalenia. Stołpy to przeszłość.
Donżon to nowa jakość – największa, przestronna, rozległa, wysoka wieża o różnym przekroju łączy funkcje  mieszkalne i obronne. Jest stale zamieszkana i to tam rezyduje pan zamku wraz rodziną i najwierniejszymi sługami.
Donżon, jak stołp, dobrze się sprawdza jako miejsce ostatecznej obrony z własną studnią w podziemiach ale to też częściowo pałac, dworzyszcze, budowla reprezentacyjna, zwłaszcza wewnątrz.  Mogą prowadzić do niego murowane schody, wyższe smukłe okna to nie zwykłe szczeliny strzeleckie ale może już przeszklone, zabezpieczane okiennicami elementy wyższej architektury. 

W donżonie są sypialnie, jadalnie, kuchnie, spiżarnie, wielkie kominki i ściany z myśliwskimi trofeami.  Jeśli dzielni awanturnicy chcą porwać kogoś z rodziny kasztelana, okraść jego skarbiec, zabić dowódcę zbrojnych czy wykraść cenną księgę z biblioteki to najpewniej będą musieli dostać się do donżonu. Tam mieszkają, śpią i jedzą najważniejsze osoby i tam trzymane są wszystkie cenne przedmioty, może z wyłączeniem religijnych artefaktów, choć bardzo możliwe, że kaplica jest wewnętrzną częścią rozbudowanego gmachu donżonu. 

W czasie pokoju na zamku nie ma przesadnych zapasów żywności. W razie zagrożenia wypełnia się spiżarnie, gromadzi zwierzęta, sprawdza zbrojownię. Okoliczni mieszkańcy mogą szukać na zamku schronienia a kasztelan powinien go udzielić ale różnie z tym bywa, w końcu kobiety i dzieci nie walczą a to kolejne gęby do wykarmienia.

Edit po komentarzu Seji'ego: Informacja o tym, że schody w średniowiecznych zamkach, w wieżycach i stołpie czy donżonie zawijają się zawsze w prawo [a to po to by ułatwić zwykle praworęcznym obrońcom walkę w ograniczonej przestrzeni i przy ograniczonej widoczności a utrudnić ją agresorowi, również zwykle praworęcznemu, walczącemu pod górę] najprawdopodobniej jest mitem, co przywołał w komentarzu Sesji, dzięki. 
Niemniej schody są wąskie, zwykle ciasne (optymalne wykorzystanie przestrzeni) i często kręcone.

Zamek to siedziba lokalnego władyki a więc jeszcze raz: tu jest skarbiec, tu zbiera się podatki, są tu zbrojni żeby pilnować pieniędzy i porządku, strzec pana i jego rodziny. To stąd wyjeżdżają i tu trafiają konni posłańcy, kurierzy, dostojnicy.  Stad wyjeżdża się na polowania i wraca z nich. Na podzamczu lub w okolicy zwykle jest jakiś większy targ, skrzyżowanie szlaków, plac gdzie dokonuje się egzekucji, przeprawa promowa lub bród. To w zamku i wokół niego „dzieje się”. Kasztel jest codziennie zaopatrywany przez służbę i codziennie strzeżony. Żadne drzewa nie podchodzą pod mury warowni – teren na strzał z łuku powinien być odsłonięty, choć to często nie jest prawdą i podzamcze przylega, niemal przylepia się do murów warowni, która nie ma surowego i przewidującego kasztelana.

Pamiętajcie, że budowę zamku nie zawsze kończono, można to wykorzystać fabularnie. Jeśli zabrakło funduszy, sponsora czy nadzorców, prace stawały. Budulec przeznaczony na wzniesienie warowni mógł z czasem zostać rozkradziony, może przeznaczono go do innych celów,  pozostałości budowli mogą zająć bandyci, lokalny rycerz –rabuś albo bezdomny wampir.

Podobnie ma się rzecz z zamkiem zrujnowanym, porzuconym czy przeklętym. Po zdobyciu twierdzy bywało, że zamiast ja zająć swoimi siłami, obsadzić własną załogą, napastnicy warownię palili, burzyli czy wysadzali. Dysponując magią można też zapewne takie miejsce wyłączyć z użytku okładając je silną klątwą, wsączając w mury toksyczną moc. Zwykle nie dało się zamku całkiem zrównać z ziemią, więc: znów – mogli wprowadzić się tam nieproszeni goście.

Odbicie na wpół zrujnowanego lub nie dokończonego zamku z rąk hultajów to gotowy start przygody dla dzielnych poszukiwaczy przygód, prawda? Twierdza może być też więzieniem – bronić tak dostępu jak i drogi ucieczki.

Pamiętajcie, że im bardziej świat gry jest high fantasy, im bardziej przesycony jest magią i dziwnymi bestiami w rodzaju smoków, tym bardziej jego składowe powinny brać to konsekwentnie pod uwagę, dotyczy to również zamków. Jeśli wśród oblegających może być czarownik to również w kasztelu znajdzie się miejsce dla alchemika lub maga zamkowego zaś w mury warowni wplecione zapewne zostaną zaklęcia zabezpieczające przed agresywnymi urokami, wzmacniające zaprawę, chroniące przed ogniem, itp. Tam, gdzie występują stwory lub bronie latające – wywerny,  gryfy czy latające dywany  - być może dziedziniec, wszystkie ganki i korony wież będą zakryte, zabudowane albo przykryte kratami najeżonymi szpikulcami. Zmieni to zupełnie filozofię ataku i obrony.

Z atakami nawet w realiach historycznych bywało dziwnie. Zdarzało się, że atakujący próbowali wedrzeć się do zamku po kryjomu przez wyloty latryn, wspinając się w ciasnych, cuchnących tunelach aż do samych desek ustępowych…

No, jeśli temat zszedł na takie zagadnienia, to widomy znak, że pora kończyć! A więc kropka.