Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.



Szara Kompania maszeruje wzdłuż Muru na wschód, pośród śniegu i mrozu. Ponad dwustu ludzi, trzy wozy i kilkanaście koni. Pośród najemników są Dzicy, zbrojni z południa i północy, górale z klanu Wullów i Norreyów, ludzie z Braavos, Pentos i Myr, zbieranina z Siedmiu Królestw, Wysp Letnich i Żelaznych. Dawni piraci, cyrkowcy, złodzieje, strażnicy miejscy, farmerzy, stręczyciele, rzemieślnicy, kłusownicy i mordercy. Cały sztab, a ostatnio zwłaszcza podporucznik Virion, musieli się namęczyć, by niechęć lub nienawiść pomiędzy różnymi grupami kompanionów przekuć w braterstwo broni. Pomogło w tym zagrożenie nadchodzące zza Muru, wspólny wróg. Inni. Biali Wędrowcy i ich upiory.

Najemnicy maszerują do Wschodniej Strażnicy - zamku Nocnej Straży nad Zatoką Fok. Mają zadanie, za które dostaną statki i możliwość opuszczenia Północy. Nad ich głowami, zatknięty na ciemnej lancy ze smoczej kości, trzepocze Szary Sztandar. Chorągiew wygląda z daleka jak szmata, podobnie nędznie jak ludzie pod nią maszerujący. Ale to ci sami, którzy zdobyli Winterfell i przynieśli zza Muru serce upadłej gwiazdy. Ci, którzy przeżyli już kilku królów.

Od niedawna w ich szeregach jest zmartwychwstaniec, odrodzony w ogniu Biały Smok, warg, w poprzednim życiu nazywany Jonem Snow.  Jeśli wierzyć Melisandre, która myliła się i kłamała zbyt często, ożywiony Jon to obiecany wybraniec, inkarnacja Azora Ahai, czempion Pana Światła. Tylko on może przeciwstawić się Ciemności i Zimnu, a jeśli upadnie, upadnie z nim cały świat. Tak mówią mity, podania z Essos i Dorne, opowieści starych niań i szepty czardrzew…


Cofnijmy się jednak w czasie kilka dni. Przymknijcie oczy i przypomnijcie sobie jak…


Zimową północ w Nocnym Forcie rozświetlają płomienie. Skaczą u podnóża wysokiego jak zamkowa wieża stosu drewna ułożonego pośrodku dziedzińca. Sterta płonących pni stanowi klatkę dla dwóch nieruchomych ciał: białego wilkora i człowieka w czerni. Już zasłania je dym, ogarnia wspinający się coraz wyżej ogień. Rosnący żar spycha sylwetki zgromadzonych wokoło najemników w tył, pomiędzy skaczące cienie, w tonące w gęstym mroku ruiny. W zaczerwienionych, twardych twarzach ludzi błyszczą oczy: zmęczone, zmrużone, jakby trawione gorączką, zahipnotyzowane płomieniami.

Kobieta w czerwieni stoi znacznie bliżej ognia, nie zwraca uwagi na gorąco. Zaciska spierzchnięte usta. W wyciągniętych przed siebie rękach trzyma duży kamień  - serce upadłej gwiazdy spoza Muru. Kiedy płomienie rosną, kapłanka powoli rusza w ich stronę. Ręce jej drżą, usta szepczą modlitwę. Wydaje się, że kobieta złoży kamień u stóp stosu, ale ona wstępuję w trzaskający ogień, przeciska głębiej między kopcącymi kłodami, znika w pulsującym świetle.

Po chwili płomienie buchają ze zdwojoną mocą, w jednej chwili zajmuje się cały stos, jego różową poświatę odbija lodowa ściana Muru. Nagle przez hałas pożogi przebija się kobiecy krzyk! Wrzask rozpaczy a może bólu? Rozdzierający, długi, straszny. Choć wydaje się to niemożliwe, ogień bucha jeszcze wyżej, jakby chciał przewyższyć stojący nieopodal pradawny Mur. Grzmot płomieni zagłusza krzyk. Biel przechodzi w błękit i zieleń. Nie sposób już patrzeć w ogień, światło oślepia z mocą zapomnianego letniego słońca. Żar jest nieznośny, dookoła parują śnieg i lód, powietrze zdaje się parzyć. Nagle ta olbrzymia sterta płonącego drewna zapada się w siebie z trzaskiem i sykiem, sypiąc dookoła wielkimi zielonymi iskrami! Ogień nienaturalnie szybko pożera wielkie pnie jodeł, spopiela drewno w mgnieniu oka, zdaje się być zdolny do topienia skał. W ciągu kilku minut wielki stos wypala się, gaśnie, niemal znika - jakby był tylko snem, a nie efektem kilkugodzinnej ciężkiej pracy ponad setki mężczyzn. Ciemność i chłód szybko odzyskują terytorium. Kompanioni stoją w ciepłym błocie, w kałużach, które teraz szybko ścina lód…

Wszystko stało się nadzwyczaj szybko, ledwie minęła północ. Teraz jest już po wszystkim i zmęczenie daje o sobie znać. Samobójstwo, a może poświęcenie kapłanki wszystkich zaskoczyło. Zwłok lady Melisandre nie widać pośród stygnących resztek paleniska, w tej temperaturze zapewne zwęgliły się nawet kości… Pogorzelisko wciąż jest zbyt gorące, by w nie wejść. Sir Ianowi wydaje się, że w jego centrum jest kształt przywodzący na myśl zwiniętą ludzką sylwetkę. Nie daje to spokoju rycerzowi. Wkrótce zmęczeni całonocną pracą BG idą spać, przy resztkach stosu zostaje straż i Kalispera piekąca kawał mięsa. Niemal niezauważenie w Nocnym Forcie pojawia się Jon Hollard wraz z wierną Ythar i jakimś towarzyszem. Wartujący kompanioni cieszą się z powrotu fechtmistrza, choć trudno im ukryć zaskoczenie. Dopiero jutro dotrze do nich, że Hollard jest już innym człowiekiem...
Rankiem sir Ian uważnie bada wystygły stos. Jest już pewny, że nie miał przewidzeń – ktoś porusza się pod zwęglonymi bierwionami. Czarna od sadzy i popiołu sylwetka powoli się prostuje. Tymczasem sir Eryk ciepło wita Hollarda, zbiera się cały sztab. Na zewnątrz rośnie zamieszanie, kilkanaście osób jest przy pogorzelisku, zaś Thull - szaman Skagów - obwieszcza krzykiem, że Mur runie! Mucha widzi w lodowej ścianie dziwny kolor, jakby błękitnawy zaciek, Kell i Hollard dostrzegają coś podobnego w najbliższym odcinku Muru, ale to kapłan Hexogi wznieca alarm, niemal panikę.  Pomimo wątpliwości Kella, sir Eryk nakazuje natychmiastowe opuszczenie Nocnego Fortu. W międzyczasie spod popiołu paleniska ukazuje się naga, blada, właściwie biała jak kość, pokryta czarnymi plamami sylwetka o twarzy przypominającej… Jona Snow, martwego lorda dowódcę Wron, choć podobieństwu przeczą czerwone oczy... albinosa?


Kilkanaście minut później wszyscy opuszczają Nocny Fort. Kompania rozbija obóz na jodłowym karczowisku czterysta kroków dalej. Mur wciąż stoi, nie wali się, wydaje się nienaruszony. Drżący, zdezorientowany, choć już odziany człowiek – dziwny albinos, który ocknął się wśród resztek stosu, o czym wie jeszcze niewielu najemników (uwagę większości skupił nagły poranny alarm), warczy jak zwierz (wilk?), pochłania wielkie ilości jedzenia i wina, toczy dookoła półprzytomnym spojrzeniem. Cały sztab duma, co teraz czynić? Sir Ian Storm niemal nie odstępuje albinosa, widzi w nim boskiego pomazańca, któremu chce służyć. Kompania przygotowuje się do wymarszu. Zmartwychwstaniec o białej, jakby łuskowatej skórze, obejmuje nagle małego Rikona Starka, strasząc przy tym skagowskiego szamana. Jakiś czas później albinos wskakuje na jeden z wozów i woła do ludzi. Przedstawia się jako Stark, „krew wilkora i smoka” (mówi też kilka innych niezrozumiałych rzeczy) chce pomsty na Boltonach, odzyskania Winterfell i ratunku dla swej siostry Aryi. Bohaterowie odczytują to jako próbę przejęcia dowodzenia nad kompanią. Kalispera zręcznie ośmiesza Jona, który szybko zaczyna tracić pewność co do wypowiadanych słów. Może nie są jego; brzmią, jakby pochodziły od kapłanki. Czy w jej umyśle Snow również był, podobnie jak w ciele sir Eryka?

Kapitan wygłasza kontr przemowę, przypomina o zasadach rządzących kompanią, nakazuje wymarsz po południowym polowym nabożeństwie Hexogi. Jon Snow - Biały Smok wydaje się być coraz bardziej zagubiony. Przypomina sobie swój miecz – Długi Pazur, ale później stwierdza, że to nie o to ostrze chodzi. Światłonośca Stannisa nie robi na zmartwychwstańcu wrażenia, ale kiedy Mucha przypomina o rodowym mieczu Dayne’ów (mających w herbie spadającą gwiazdę) – Świcie – ożywiony Jon Snow reaguje. Sir Eryk postanawia wyruszyć do Czarnego Zamku, wynegocjować statki, przy okazji odzyskać Długi Pazur. Między Kellem a zmartwychwstańcem dochodzi do krótkiej scysji: warg poznaje warga, a Snow, świadomie lub nie, próbuje zawładnąć porucznikiem. Sir Ian rozdziela mężczyzn w ostatniej chwili.

Później, w południe, odbywa się nabożeństwo Hexogi. Mucha wprowadza nowy element – rytuał spowiedzi. Kalispera kpi na różne sposoby z obrządku, profanuje spowiedź, ale cierpliwość towarzyszy wobec kobiety zdaje się nie mieć końca. Być może wynika to z faktu, ze uratowała im wszystkim życie w Winterfell? Tymczasem Mikael robi coraz większe postępy w fechtunku. Ćwiczy z Jonem Hollardem, który zdradza Hennicowi zamiar powrotu do Braavos i odnowienia swych, zdartych podczas tortur, tatuaży w Domu Czerni i Bieli. Ythar niepokoi się o ukochanego - miała nadzieję, że obecność przyjaciół uleczy rany duszy fechtmistrza...


Mucha rozmawia z Thullem, skagoskim szamanem, coraz bardziej zapatrzonym w Jona Snow, czy raczej Białego Jona. Thull dzieli się mitologią ze swojej wyspy, opowiada o powstaniu świata i pierwszej Długiej Nocy:

Lód i Ogień prowadzą odwieczny bój... Waśń ta zaczęła się zanim jeszcze pierwszy człowiek - Tornak - został ulepiony z śliny, włosów i paznokci Pierwszych Bogów. Ogień i Lód starsze są bowiem od świata całego, nawet od Pierwszych Bogów, tak, nawet od Nich... Ogień i Lód to wrogowie człowieka, zazdrośni o niego i siebie nawzajem... Zazdrośni jak Pierwsi Bogowie, którzy też walczyli między sobą, rzadko żyjąc w pokoju. Kiedy na niebie były jeszcze dwa księżyce, a świat nie był pęknięty, Prabogowie nie znieśli tego, że Mirrag, większy z księżyców, jest od nich piękniejszy, tak cudny, że ludzie jemu zaczęli składać hołd należny Pierwszym... Bogowie w swym gniewie zgnietli więc Mirraga, skruszyli jak człowiek kruszy pacynę śniegu w prawicy. Ale Mirrag był domem Ognia i płomienie zemsty spadły na świat. Góry płonęły, dymiły i topiły się, słońce posłuszne Ogniowi zgasło, ziemia się trzesła, a gwiazdy wirowały w tańcu śmierci. Ogień bowiem nie mógł zranić Pierwszych Bogów, ale mógł okrutnie dotknąć ich dzieło - ludzi- i tak uczynił. Wówczas jednak Lód dojrzał okazję zawładnięcie światem. Pokrył go bielą i śmiercią, a potem.. Stworzył swoje życie, bez ciepła, zrodzone w mroku... Równowaga została złamana. I wiele, wiele pokoleń temu nastała pierwsza Długa Noc i Wielka Zima, Ciemność zmagała się ze Światłem, a obie moce miały ludzi za nic, tak jak człowiek nie ogląda się na robactwo w kącie izby. I było tak, że tam gdzie największy Ogień i najzimniejszy Lód, tam magia się lęgła, świat przybierał dziwaczne formy. Z Ognia powstały smoki, z Lodu lewiatany. Raz tedy Ogień, raz Lód włada światem, szarpiąc go pazurami, ale pamiętają o tym jeno Pasterze Opowieści. Oto wielka pieśń świata, koło czasu... Mur runie, powiadam, choć może ściana wytrzyma. Widziałem, jak uroki zaklęte w lodzie stopiły się tam, gdzie dotknął ich ogień stosu. Ogień Praognia. Dlaczego, pytasz? Nie ma światła bez ciemności, cienia bez blasku. Nie ma odwagi bez lęku, zwycięstwa bez wroga...


Szara Kompania w niecałe dwa dni dociera do Czarnego Zamku i rozbija obóz w pobliżu jego zabudowań. Na spotkanie z 999 lordem dowódcą – Denysem Mallisterem i jego doradcami, udaje się cały sztab kompanii (poza pilnującym obozu Virionem) a także sir Ian Storm. Rycerz wciąż nie dopełnił ślubowania, jednak sir Eryk trzyma go blisko; być może widzi w nim bratnią duszę, kogoś ze swojego stanu, podobnie patrzącego na świat? W ponurym, podupadłym zamku bohaterowie długo rozmawiają z dowództwem Wron. Wiekowemu Mallisterowi brak jest zdecydowania. Mimo to prosi Kompanię o wypełnienie "małego zlecenia" w zamian za statki umożliwiające opuszczenie północy. Chodzi o odbicie Wschodniej Strażnicy, z której kilka dni temu nadleciał kruk w wieścią o ataku upiorów. Wysłani do Strażnicy zwiadowcy nigdy nie wrócili. Podobno Cotter Pyke z Nocnej Straży wrócił ze swego rejsu do Hardhome. Czyżby przywiózł ożywieńców ze sobą? Wrony mają zbyt mało ludzi by same zająć się sytuacją. W Czarnym Zamku jest ich niewiele ponad dwustu. Bohaterowie godzą się na układ żądając jako zaliczki Długiego Pazura. Przyparty do muru lord dowódca wydaje najemnikom miecz z valyriańskiej stali. Później sir Ian osobiście wręcza go Białemu Jonowi. Obaj zamierzają wstąpić w szeregi Szarej Kompanii, która po zdobyciu Wschodniej Strażnicy ruszy na południe drogą morską. Taki przynajmniej jest plan...  


Sir Eryk ocknął się nagle po długim, pełnym (nie swoich?!) koszmarów śnie. Dziwaczne mary mieszały się ze wspomnieniami. Był w nich dziką bestią, zdradzonym dowódcą, istotą głodną zemsty i człowiekiem o dwóch lub trzech duszach zmagających się w jednym ciele. Śnił, że jest wilkiem i wilczym panem. Pamiętał swoją śmierć i zimno ostrzy wbijających się w pierś, pamiętał… Ale obrazy i emocje szybko znikały. Wierny giermek Mikael wyprowadził zdezorientowanego rycerza z rozświetlonego kagankami podziemia, gdzie spocona i zmęczona lady Melisandre rozpaczliwie próbowała dopełnić jakiegoś wielogodzinnego rytuału. Na zewnątrz panował siarczysty mróz. Zeszłego dnia znów spadł śnieg, niemal całkowicie przysłaniając duży, nadpalony stos, zabudowania i ruiny umocnień Nocnego Fortu wypełnionego gwarem Szarej Kompanii. Jedynie kuźnia, skąd od dłuższego czasu dochodziły brzęczące, miarowe odgłosy kucia, pozbawiona była białych czap. Biły z niej za to obłoki ciepła szybko znikające w mroźnym powietrzu. Kapitan został entuzjastycznie przywitany przez kompanionów, po posiłku usiadł wraz z Kellem i Muchą do stołu sztabowego i, po zapoznaniu się z wydarzeniami z ostatnich dni, przez godzinę rozstrzygał sprawy kompanii. Wierny Hennick z Dorne został więc nowym Chorążym i mógł odciążyć w obowiązkach bardzo zajętego Viriona, nieoficjalnego podporucznika. Dobrą wiadomością był wzrost liczebności najemników. Stan osobowy kompanii przekroczył dwie setki. Z drugiej strony szary sztandar został uzupełniony nowymi łatami poległych, wszyto tam również piórko zabitej mewy Kella, do której Mucha nieco kpiarsko się odniósł. „Księżniczka” Dzikich – Val, reprezentując ciężko rannego Tormunda, przypomniała o sprawie swoich ludzi, uciekinierów z Hardhome uwiezionych wciąż za Murem. Mała Shireen wstawiała się z kolei za ubezwłasnowolnioną, pogrążoną wciąż w rozpaczy matką. Mark Myszor, kompanijny szef majstrów, zjawił się z wiadomością, że z serca spadłej gwiazdy przyniesionej przez BG nijak wykuć miecza się nie da. Kamień niewątpliwie jest magiczny - po rozgrzaniu sam zaczyna ziać niezwykłym gorącem długo i mocno - oddaje znacznie więcej ciepła niż przyjmuje, ale nawet wówczas nie ma żadnej plastyczności, nie można go kształtować. Bohaterowie nie dopuścili do siebie myśli, że ich ryzykowna eskapada za Mur mogła być pozbawiona sensu. Wpadli więc na pomysł, że ze spadłej gwiazdy można wykonać obuch młota. Zanim przedstawili tą propozycję lady Melisandre, na rozmowę zgłosili się Przyjemniaczek i Caleb Bane, kamraci zabitego Borga. Sugerowali, że śmierć ich przyjaciela mogła być spowodowana świadomym działaniem (lub zaniechaniem działania) bohaterów. W obliczu takiej obrazy i niesubordynacji sir Eryk nakazał wymierzenie kary cielesnej obu najemnikom, a wcześniej popędliwy Kell wymienił kilka ciosów pięścią z Bane’m. Na koniec zebrania Pete z Wullów nadbiegł z rozkazem od Czerwonej Kapłanki pragnącej natychmiastowego dostarczenia niemowlaka – dziecka Crastera i Goździk. Na rozkaz dowódcy kilkumiesięcznego berbecia odnaleziono i odebrano mamce. Z wrzeszczącym dzieciakiem sir Eryk, porucznik Kell i Najwyższy Kapłan Hexogi, czyli Mucha, udali się do podziemi. Tymczasem sir Ian Storm wartował na szczycie Muru, patrząc dzielnie w oczy ciemności i modląc się do Pana Światła, zaś kierujący szkoleniem ludzi Virion miał na oku małą grupkę jeźdźców zbliżających się do Nocnego Fortu ze wschodu...

Lady Melisandre, która otworzyła w końcu drzwi swej podziemnej pracowni, była w coraz gorszym stanie. Niechęć Kella wobec niej narastała. Na rozkaz porucznika kompanijny skryba Łańcuch sprawdzał jakość kamieni szlachetnych otrzymanych kilka dni temu od kapłanki w ramach zaliczki. Sir Eryk dopytał zaś kobietę przeznaczenie małego dziecka. Usłyszawszy, że niewinny maluch ma być złożony w ofierze dla swej krwi, rycerz zaproponował ofiarnie swoje płyny ustrojowe. BG poinformowali także Melisandre o bezowocnych próbach wykucia Światłonoścy z upadłej gwiazdy. Czerwona Kapłanka zareagowała na to histerycznie zwracając się do swego boga o pomoc, wskazówkę, szarpiąc włosy i niemalże wyjąc z bezradności. Musiała w odpowiedzi coś usłyszeć, bowiem na razie zrezygnowała z dziecka i nakazała natychmiastowe przygotowanie olbrzymiego stosu, wielkiego ognia, w którym oczekiwany Azor Ahai miałby się wreszcie odrodzić. Zainteresowała się także informacją od sir Eryka na temat jego rodowego miecza – starożytnego mlecznobiałego Świtu znajdującego się w zamku Starfall na południu. Kiedy Mucha powiedział o możliwości wykorzystania upadłej gwiazdy do zwiększenia mocy ognia, Melisandre po raz pierwszy spojrzała na kapłana Hexogi przychylnym okiem i entuzjastycznie zaakceptowała pomysł. Spotkanie skończyło się.

Stosunek do kapłanki nieco poróżnił BG. Kell miał wielką ochotę zabić kobietę (nawet bez konsultacji z dowódcą), widział w niej jedynie obłęd i zgubę kompanii. Sir Eryk przypomniał w obecności potakującego Łańcucha, że Szara Chorągiew służyła już bardziej szalonym panom. Ważny był kontrakt i wypłacalność. Ta została jednak poddana szybko w wątpliwość, kiedy Łańcuch odkrył, że dwa z czterech kamieni szlachetnych (zaliczka od Melisandre) zamieniły się w liche węgielki. Jeśli kamienie były sztuczką magiczną, to oznaczały dla Kella oszustwo (a moc kapłanki wyraźnie słabła). Innym wytłumaczeniem było okradzenie kompanijnej szkatuły… Z kolei Mucha, z zupełnie innej beczki, zastanawiał się głośno, czy kompania nie zamienia się aby w ochronkę dla pokrzywdzonych kobiet i dzieci (casus Val, Shireen i dziecka Crastera); czy wciąż jest twardą i bezwzględną grupą profesjonalnych zabijaków pozbawionych przeszkadzającego w tej profesji sumienia? To pytanie nie doczekało się odpowiedzi.


Bohaterowie zajęli się nowo przybyłymi. Wśród czwórki jeźdźców, poza milczącym przewodnikiem z Nocnej Straży, znaleźli się: niejaki Davos Seaworth (namiestnik zmarłego Stannisa), cichy, kilkuletni chłopiec Rickon Stark (jakoby najmłodszy syn Eddarda Starka, więc dziedzic Winterfell) oraz opiekun chłopaka – odziany w futro upstrzone fetyszami Thull Insu Ith – szaman z tajemniczej wyspy Skagos na wschodzie od Muru. Pogrążony w szoku po potwierdzeniu się okropnego losu króla i niepewności co do życia swego syna, sir Davos pokrótce opisał, jak po opuszczeniu Białego Portu odnalazł małego Starka wśród Skagów. Chłopak był tam otoczony czymś na kształt kultu. Nie bez problemu Davos wyciągnął chłopaka z wyspy chcąc przysłużyć się tym sprawie swego króla. Rickon miał być, między innymi, gwarancją trwałego przystąpienia Manderlych z Białego Portu do sojuszu Baratheona. Być może rozważono by wówczas także ślub ostatniego Starka z księżniczką Shireen…

Davos odwiedził z sir Erykiem pogrążoną w apatii królową Selyse, uściskał jej córkę, a potem rozpoczął poszukiwania informacji o synu, będącym jednym z giermków Stannisa. Były namiestnik króla nie był w stanie spłacić kompanii długu swego władcy, ale dopytywał, czy w razie odblokowania „pewnych funduszy” najemnicy byli by gotowi ponownie stanąć po stronie Baratheonów, tym razem reprezentując interesy Shireen. Davos ostrzegł też bohaterów przed Czerwoną Kapłanką zrzucając na nią winę za nieszczęsny los Stannisa. W tym czasie skagoski szaman nie odstępował Rickona na krok, obaj byli pilnowani przez braci z Szarej Kompanii, choć nie ograniczono im możliwości poruszania się.

Tymczasem Mucha dopilnował południowego nabożeństwa Hexogi, które prowadził jeden z jego dwóch uczniów - Raszaj zwany Grajkiem, bardzo utalentowany aktor dramatyczny. Celebracja Prawdy wypadła znakomicie, co przyznał nawet wymagający sir Eryk, założyciel kultu. Niestety okazało się, że skagoski szaman ma inne zdanie. Symbol Hexogi i jej nazwę skojarzył z niejaką Hexogothą, mroczną boginią ze swojej wyspy, córką Innego, zwodniczą Panią Kłamstw i Koszmarów, morskich miraży i śnieżnej ślepoty. Skag odtańczył wokół bohaterów taniec pełen zaklęć i podarował Kellowi dużą ość z wyrytymi runami – wbita w mózg miała unicestwić każdego sługusa zła. Czy to wówczas Kell zaczął negatywnie patrzeć na Muchę?


Skonfrontowana z fałszywymi kamieniami Lady Melisandre zapewniła, że dotrzyma warunków kontraktu i natychmiast oddała sir Erykowi całą swą biżuterię. Apelowała w imię swego boga i dobra całego świata o pomoc. Prosiła o przygotowanie stosu. Była na łasce kompanii. Później, na wspólnej naradzie BG i Łańcucha ustalono, że jeśli nic się nie zmieni, kontrakt z kapłanką będzie obowiązywał jedynie do południa dnia następnego. Tymczasem wszyscy ruszyli do jodłowego lasku ścinać drzewa na olbrzymie palenisko. Mark Myszor stwierdził, że w zaistniałych okolicznościach najlepiej wykorzystać zgromadzone już na miejscu drewno i część zabudowań Nocnego Fortu. Ścięte drzewa transportowano wiec saniami do ruin i powiększano stos. Stu pięćdziesięciu ludzi harowało przez cały wieczór i większą część nocy. Sterta drewna na dziedzińcu zamkowym rosła z godziny na godzinę. W międzyczasie doszło do ostrej scysji między Kellem a Muchą. W poruczniku eksplodował nazbierany gniew i żal po stracie mewy, oszustwach kapłanki i wątpliwości co do niektórych decyzji. Sir Eryk nie pogodził skłóconych przyjaciół. Nagi do pasa, mimo mrozu z odsłoniętą mocarną piersią, niestrudzenie pracował toporem przy wyrębie drzew, dając przykład innym. Obok wtórował mu drugi rycerz, sir Ian Strom. Dwóch mężów zdawało się ścigać w męczącej nocnej pracy. 
 Zerwał się ostry, lodowaty wiatr. Zbliżała się północ, czas rozpalenia ognia, moment odrodzenia Azora Ahai

Dzisiejszy raport z przygody to nie suche streszczenie sesji pióra Mistrza Gry, ale dzieło jednego z Graczy - Przemka - wcielającego się w Muchę (Hanzi'ego Denno), kapłana Hexogi i furiera (zaopatrzeniowca) Szarej Kompanii. Świetny tekst, napisany nie przez obiektywnego narratora, ale przefiltrowany przez osobowość postaci - subiektywny i pogłębiający bohatera. Monolog Muchy opisujący wydarzenia za Murem wiele mówi o samym opowiadającym, osadza BG silniej w świecie gry. Mam nadzieję, że inni Gracze pójdą w ślady Przema!
A teraz zapraszam do czytania. Uwaga: tekst oczywiście zawiera wulgaryzmy!

 - Kapłanie, kapłanie! Obudź się! Kapłanie!

- On już się nie podniesie, daj mu spokój. Za Murem licho go dopadło i zatruło. Dobijmy, zanim oczy zaświecą mu na niebiesko.

- Co ty gadasz Przyjemniaczek? Wstanie, mówię ci – Krecik nie dawał za wygraną, schodzili się inni kompanioni.

- Kapłanie! Hexoga wzywa! Mucha, wstawaj!!!

- Mocno śpi, skubany. Jak ty na warcie, he he.

- Mucha, pobudka!!!  Hmm… Może jednak wezwiemy Łapiducha – zaproponował któryś z obecnych.

- Odsunąć się, ja go obudzę – zarządził Virion podchodząc. Wziął porządny zamach nogą, chcąc najwyraźniej kopnąć prosto w żebra kompanijnego furiera i kapłana w jednej osobie.

- Nie!! Virion, daj mi ostatnią szansę – poprosił Krecik znów szarpiąc leżącego – Mucha! Wstawaj! Mucha!

- Trzy… - zaczął odliczać Virion.

- Mucha, no kurwa, wstawaj!

- Dwa…

- Jak go matka wołała, pamięta kto?

- Jeden…

- Hanzi! – krzyknął Raszaj zwany Grajkiem – „Hanzi” dali mu przy urodzeniu!

Ale Virion kopnął. Śpiący jak zabity Mucha ocknął się z krzykiem bólu, chwycił za bok - Ludzie coście poszaleli, za co?!
- Mówiłem, że go obudzę! – rzekł dumnie Virion. Najemnicy skupili się wokół Muchy przekrzykując się, sprawdzając kolor jego oczu, klepiąc po ramionach. Przyjemniaczek był wyraźnie zawiedziony chowając macher. Znalazł się ktoś z odrobioną gorzałki, która ostatecznie przywróciła zmysły kapłanowi.

- Co to za zbiorowisko, pierwszy raz widzieliście śpiącego człowieka? – zapytał półprzytomnie Mucha, rozcierając żebra.

- Śpiącego nie, ale śpiącego ciurkiem półtorej doby… i to bez  gorączki…  to rzeczywiście pierwszy raz. Nie licząc tych obok – Kella, Iana, Hennicka i dwójki dzikich – co wrócili z tobą. Myśleliśmy, że może ktoś wsypał wam coś do gulaszu…

- No Mucha, ognisko rozpalone, a my chcemy się dowiedzieć coście za tym Murem robili – komenderował Virion - Reszcie damy jeszcze pospać, zresztą to nie gawędziarze, w przeciwieństwie do ciebie.. Zdaj raport!

- Dobra… dajcie tylko grzanego wina i coś do żarcia, bom zgłodniał. I dorzućcie do ognia, trochę mi zimno.

Kompanionom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szara Kompania znana była z niesamowitej sprawności działania, wysokiego morale i najprzedniejszej organizacji. Podczas nieobecności sir Eryka i porucznika Kella nad obozem pieczę trzymał chorąży Virion, który nie tolerował opóźnień, lenistwa i bezmyślności. Kary były surowe, a najemnicy zdyscyplinowani. Już po kilku chwilach cała kompania (nie licząc kilkunastu braci trzymających warty) zebrała się wokół dużego ogniska, rozpalonego w miejscu ułożonego niedawno stosu, a Hanzi Denno zwany Muchą, Pierwszy Kapłan Hexogi, rozpoczął swą opowieść.

- Dobra, chłopcy. Słuchajcie, bo dwa razy gadać mi się nie chce. Pytań nie zadawajcie, bo więcej niż to co wam powiem po prostu nie wiem, albo nie potrafię lepiej wytłumaczyć. Albo nie chcę rozmawiać na ten temat – rozpoczął z lekką nutą dramatyzmu, po czym zawiesił głos. Był w tym dobry, wyczuwał emocje słuchaczy. Ojciec powtarzał mu, że pauza nigdy nie jest zbyt długa i jak dotąd rada ta nigdy go nie zawiodła.

- Wleźliśmy w tę studnię. Ja, Kell, Ian, Hennick i ta zbłąkana wrona, Cley. Kilka metrów od wlotu znajdował się korytarz odbijający w bok, wypisz wymaluj jak ten w Winterfel, dzięki któremu weszliśmy do donżonu. Pamiętacie? No. Dalej było trochę inaczej. Przywitały nas magiczne, zaklęte korzenie czardrzewa, które zasłaniały przejście. Chłopy trochę się głowiły co zrobić żeby nas przepuściło, alem ja wiedział co czynić. Od początku miałem przeczucie. Po to właśnie chciałem, żeby szedł z nami Cley. Czardrzewo pytało nas o to kim jesteśmy… Jak to, jak pytało? Normalnie, głosem kurwa, a czym miało pytać? Mówię, że magiczne. No to kazałem wronie wyklepać… -  Mucha zawiesił się na chwilę. Zmarszczył brwi. Po chwili zastanowienia rozpoczął jeszcze raz.


- Poprosiłem Cley’a, żeby wypowiedział słowa przysięgi Nocnej Straży. 

Nie wiadomo czy to z powodu szoku doznanego pod napływem wspomnień związanych z Cley’em, o którego śmierć obwiniał się Mucha, czy z powodu wrodzonych zdolności aktorskich i dobrze uformowanej do tego pamięci podczas setek prób, Hanzi poczuł, że słowa przysięgi same napływają mu do jego ust, a on wiedział, że w tym momencie ich nie pomyli. Po kolejnej pauzie rozpoczął recytację:
- „Wysłuchajcie mych słów i bądźcie świadkami mojej przysięgi. Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta. Zakończy ją tylko śmierć. Nie wezmę sobie żony, nie będę miał ziemi, ojca ani dzieci. Nie założę korony i zapomnę o zaszczytach. Będę żył i umrę na posterunku. Jestem mieczem w ciemności. Jestem strażnikiem na murach. Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka. Moje życie i mój honor nale…” No wiecie, i tak dalej. Tak czy inaczej drzewo gdy to usłyszało, przepuściło nas. Na końcu korytarza była klapa. Otworzyliśmy ją i przeszliśmy na drugą stronę muru. Wychodzimy… no i ja, kurwa, pierdolę. Chłopaki, nic, kurwa, nic nie widać. Czarno jak w dupie dothrackiej dziwki.

I podobnie ciasno, oleiście, kurwa wypisz wymaluj, to mi się porównanie udało. Jak w dupie, se wyobraźcie. Tylko zimno. Cholernie zimno. Zimno jak… He, he, zimno jak za Murem! Na końcu, jak spojrzeć w górę – widać światło, obrys muru. Po za tym, zimno, czarno, strasznie. Wszyscy rozumiecie?


- Ale o której dziewce mówiłeś Mucha? Kalisperze?-
Najemnicy szybko i brutalnie uciszyli ciekawskiego, szmery dotarły do najbardziej oddalonych słuchaczy, a gdy najważniejsze kwestie zostały wyjaśnione Mucha kontynuował:

 - Rozpoczęliśmy szybki marsz na wschód, wzdłuż Muru i… napotkaliśmy Borga. – Mucha przełknął głośno ślinę – Tak jak się domyślacie. Miał niebieskie oczy. No jak to co? No jak to co? No i co kurwa mieliśmy zrobić? Chłopaki pomogli mu się przeprawić na drugą stronę. Nie będę na ten temat gadał. Tak, tak, mówię przecież, to na pewno był on. Kto z nas nie poznałby Borga? Ciemno bo ciemno, poobijany był, pokiereszowany, ale jego parszywy ryj poznam i w zaświatach. Dobra, koniec na ten temat. Nie minęła chwila, a natrafiliśmy na całe stado dzikich. Kell do nich wystartował, coś tam pokrzykiwał – wylazło kolejne wielkie, rude, barczyste nie-wiadomo-co. No i se pogadali jak równy z równym, he he. Okazało się, że to nasz stary znajomy, sławny Tormund z bandą. Chcieli się dostać za Mur. Jak już se podyskutowali to wyjaśniłem im, że idziemy po magiczny kamień i muszą nam pomóc, bo inaczej my też nie wrócimy – a czerwona baba nas bez kamienia nie wpuści – dobra zmyła, nie? Co ciekawe, wśród tych dzikich była jedna taka ruda, całkiem zgrabna, całkiem zwinna – i nasz śpiący w namiocie Ian cały czas strzelał na nią oczami. Oj, brakuje nam kobit w kompanii. Ale chłopy, obiecuję, jak przejdziemy na południe to sam wystąpię do Sir Eryka z odpowiednią petycją i załatwię coś do ruchania. Bo tu, chłopaki, po prostu nie ma gdzie tego załatwić. Ze śniegu wam nie ulepię!

- Ale wracając do opowieści. Kell i Ian pokazali dzikim klapę, kazali zostawić rannych i ruszać z nami. No to się zebrało kilku najodważniejszych z dzikich, w tym Tormund, ruda Heare, jej facet Odir i inni, których imion nie pomnę. Wzięliśmy kawałek szaty Borga (wiecie - do wszycia w Sztandar) i dalej wzdłuż Muru. Po kolejnych krokach natrafiliśmy na jakieś ciała dzikich, chyba z Muru pospadali. Szaleńcy…  Tak czy siak szliśmy dalej, krok za krokiem, człowiek za człowiekiem. Zauważyłem, że kompanioni podupadają na duchu, że boją się tego mroku, tego zimna, więc postanowiłem ich trochę podnieść na duchu i śpiewać. Oczywiście, gdy usłyszeli mój pewny i zdecydowany głos od razu raźniej ruszyli do przodu. Niestety nie wszyscy. Dzicy jeden po drugim zaczęli spierdalać… ze strachu, a dlaczego? Że przez mój głos? Oż ty, Dan! Zobaczymy czy też tak będziesz gadał, jak znowu przyjdziesz do mnie po dodatkowy przydział gorzały!

Mucha zamyślił się na chwilę. Czy oni naprawdę uciekli? A może coś im się stało? Może ktoś nas śledził i wyłapywał w ciemności? Może oni nigdy nie istnieli? Przecież to była samobójcza misja, nikt normalny, kto nie był szalony, nikt kto poznał świat za Murem by się na nią nie wybrał…

- Po kilku godzinach takiej wędrówki usłyszeliśmy jakieś dźwięk, a światło kamienia, za którym podążaliśmy – przygasło. Zatrzymaliśmy się. Kroki. Trzask śniegu. Łamanie gałęzi. Pękający lód. I nagle…. Oooo…. Naszym oczom ukazało się…. Wielkie ciało, przerażający zewłok mamuta. Wyobraźcie to sobie. Wielkie jak dwie chaty! Ciemne, postrzępione! Z jednej strony kły, z drugiej zamarznięte futro, z trzeciej sterczące, nagie żebra, z czwartej nogi, wielkie jak dęby! A z piątej kawałek trąby! Z szóstej olbrzymie, świecące na niebiesko oko…

- Ile to miało tych stron? – zdziwił się jeden z najemników.

- Nie ważne! Ustawiliśmy się w szyku bojowym, każdy wiedział co miał robić.


Choć ja miałem ochotę zesrać się w gacie i zwiać, tak jak zrobiło kilku dzikich – pomyślał Mucha, ale nie wypadało mu przecież tego wyznać kompanionom.


- I tu muszę  przyznać, że Kell, nasz porucznik, potrafi trafiać nie tylko w szyje Olbrzymobójców, he he, ale także do ożywieńców. Cóż to był za strzał! Chłopaki, mamut leci na Kella, a ten co? Nic! Mówię wam, patrzę i nie wierzę. Mamut pędzi, a Kell spokojnie mierzy z łuku. I nagle! Trach, w ostatniej chwili wypuścił cięciwę, cielsko zwala się na niego całą swoją masą…. – Mucha zawiesił głos – ale nie! Skok, uskok, unik, zmyłka! Nie wiem jak on to zrobił, Hexoga go chyba wsparła. To było niesamowite. Dopiero po chwili zorientowałem się, że wypuszczona przez niego strzała trafiła bestię w oko, a on zdołał uskoczyć. Niestety, tak zwinny nie był Cley. Mamut runął na niego i gdyby nie moja pomoc, pewnie stracilibyśmy go w tamtym miejscu. Gdy podniosłem wzrok, zajęty odciąganiem rannego Cleya w bezpieczne miejsce, widziałem też co wyprawiał Sir Ian i Tormund – ramie w ramię walczyli z bandą ożywieńców – bezgłowy wilkor albo jaki inny niedźwiedź, ludzkie trupy, ptaszyska, cieniokoty, szkielety, wielkoludy, chyba nawet mały smok – ale tego nie pamiętam dokładnie, będziecie musieli ich zapytać. Trochę im pomogłem, ale cała chwała należy się jednak tej trójce: Ianowi, Tormundowi i Kellowi… ja skromny? Nie, gdzie tam, jakiegoś niedźwiedzia, czy dwa, toż przecie nie liczę, takie to nie raz zabijałem. Po co mam wam o tym opowiadać….

Tak – pomyślał – i po co mam im opowiadać o tej walce i tym co było dalej. Jak mam im to opowiedzieć, skoro nie uda mi się nawet w małej części oddać naszych odczuć. Jak opisać tę grozę, to zimno, tę wędrówkę donikąd. Tę monotonię, czerń, czerń, śnieg, trzask, krok, krok, śnieg, trzask. Drzewa, czarne, ciemne, złe. Krzaki. Krok, krok. Nie było nas dobę, mówili. Jak dla mnie mogły przeminąć i dwa księżyce. Jak wyjaśnić co stało się po tym? Jaki język posiada odpowiednie słowa? Jak im to wszystko opisać?

- Streszczając powiem, że ruszyliśmy dalej. Wiecie – marsz, krótkie odpoczynki i tak dalej. Nie wiem ile szliśmy. Doszliśmy do lasu pełnego niebieskich gwiazd. Ciężko było odróżnić niebo od lasu, las od odbić na śniegu. Całkowicie się zagubiliśmy. Dotarliśmy do czegoś jak… jak zamarznięte, pokruszone jezioro. Niebieskie ślepia zaczęły nas otaczać z każdej strony. Pochodnie przestały dawać ciepło, jeno światło. Nagle… - westchną ciężko – zalało nas złowrogie zimno. Takie, którego doświadczyliśmy jednej nocy w Winterfell. Mrok w środku serca, krew zamarzająca w żyłach. Miałem wrażenie, że pękną mi oczy. Rozpaliliśmy wszystkie pochodnie, które mieliśmy i szliśmy bardzo blisko siebie, w jednej kupie.  Ogarnęła nas wielka fala zimna. Na tym etapie została nas tylko garstka – Kell, Ian, ja, Hennick, Cley, Tormund, Odir i Heare. Wszyscy poza Kellem i Ianem zaczęli tracić przytomność. Wielki Tormund do tego spadł tak niefortunnie, że mnie też powalił i leżałem jak długi, choć przecież wytrzymałem to zimno… udało mi się wydostać… z niewielką pomocą Cleya, który chwilę po tym padł próbując odkleić jęzor od zębów. Nie, nie żartuję, jestem śmiertelnie poważny.


- Chłopaki. Klnę się na Hexogę. Zza zasłony drzew zbliżyło się dwóch Innych. Białych, kurwa, Wędrowców. Niczym zamarznięte zjawy, pełni gracji, zwinni i szybcy. Zrozumcie mnie, niewiele pamiętam z tego starcia, nie jestem w stanie stwierdzić czy wiele z moich wspomnień to nie zwidy w gorączce. Powiem tylko o tym, czego jestem pewien. Sir Ian Storm zabił jednego z nich. Sam. Nie trwało to długo. Wiem, że niektórzy z was przyjmowali zakłady odnośnie jego miecza i powiem krótko – to chyba rzeczywiście valyriańska stal. Po prostu zabił nim Innego.

- Z kolei trochę dalej ja z Kellem walczyliśmy z drugim z nich. Ten był przyznam dużo szybszy, większy, chyba ich szef lub władca. Walka była zacięta, Inny miotał zaklęcia, atakował zaciekle, w końcu udało mu się zniszczyć ostrze Kella… Już miał go zabić gdy… tak, wiecie co było dalej. Wiecie kto zwykle ratuje Szarą Kompanię w jej najczarniejszych godzinach. Kto chroni Kapitana przed skrytobójcami, kto jest w stanie wymanewrować Boltonów w słownej potyczce i kto sprawia, że wrota do zamków stają otworem a obrońcy uciekają w panice. Kto nadstawia gardła dla dobra kompanii.

- Wyszarpałem ze skostniałych łap Hennicka nasz sztandar – a raczej tę jego część, którą wzięliśmy ze sobą, lancę, i z jego pomocą podjąłem zwycięską walkę z Wielkim innym! W tamtym momencie, wierzcie mi,  czułem was, czułem wsparcie całej Kompanii, czułem również, że Hexoga mnie prowadzi.

Myśli szybko zaczęły napływać do głowy mówcy: Prawda Hanzi, PRAWDA. Jaka jest PRAWDA? Hexoga - była tam? Prowadziła mnię? Prawda, powiem im prawdę, niech wiedzą. Żadnych tajemnic, żadnych kłamstw. Hexoga? Powiem im? Powiem??    NIE.


- Zabiłem go. Przebiłem sztandarem i rozpadł się na tysiące małych kawałków lodu. Wtedy świat znowu zaczął wydawać się normalny, mroczne zimno odstąpiło, ale nie mogliśmy myśleć o spoczynku. Musieliśmy obudzić naszych towarzyszy. Nieprzytomni nie oddychali, ich serca stanęły. Czyżby rzeczywiście krew w nich zamarzła? Niestety z dzikimi było naprawdę ciężko. Ian nie mógł dobudzić rudej, choć próbował z całych sił. Mi udało się z Tormundem, który stwierdził, że wie co robić, ale nie ma środków na dobudzenie zarówno Odira jak i Haere. Wtedy Ian szybko podjął decyzję i… kurwa, dajcie mi się napić. On… ehh… psia kość…  Przebił ostrzem Odira, podejmując szybką decyzję za Tormunda….… Nie, nie wiem, jego pytajcie. To nie moja rzecz, ja tego nie zrobiłem, mnie nie pytał o zdanie. Tormund nasmarował ją czymś, jakąś maścią czy tłuszczem… podpalił i – cóż, wróciła do nas. Przyznam, że zrobiło to na wszystkich duże wrażenie.

- Gdy zebraliśmy się do kupy zauważyliśmy, że światło upadłej gwiazdy zgasło. Za murem zapadła noc, było jeszcze ciemniej niż wcześniej, choć nie wiem jak to możliwe. Jakimś cudem dotarliśmy do miejsca, gdzie Nocna Straż składa swą przysięgę. Było tam kilka czardrzew. Wiecie, że coś mnie z nimi łączy. Tym razem przekazały mi kolejne wiadomości… wiele z nich było przeznaczonych tylko dla mych uszu, dlatego wam o nich nie opowiem. Jednak drzewa wskazały nam bezbłędnie miejsce, w którym leżał kamień. Ten, który oddaliśmy po powrocie Myszorowi – widzieliście, to wam nie będę powtarzał. Wielkości głowy, pomarańczowy, zielono żyłkowany, trochę ciepły. Zabrał go Kell. Zdecydowaliśmy się na krótki odpoczynek przy małym ognisku.

- Mucha! Mucha, gadaj, co było dalej! Coś się tak zawiesił?


- Cley… Miał taki błogi wyraz twarzy... Uśmiechał się. Jak dla mnie okazał się prawdziwym strażnikiem. Nie dobudziliśmy go. Zakończył swą służbę w miejscu, w którym ją rozpoczął. Łańcuchu, proszę wpisz go do naszego rejestru. Walczył, nie uciekł, nie lękał się. Szedł jako ochotnik …przeze mnie tam szedł… Nikt go nie zmuszał …to moja wina... Był prawdziwym Szarym bratem, był prawdziwym strażnikiem. …żyłby jeszcze długo gdyby nie ja… 


- Tak go zapamiętajmy. Oczywiście mam ze sobą fragment jego szaty… Po odpoczynku zastanawialiśmy się, czy ruszyć do bliskiego Czarnego Zamku, ale postanowiliśmy nie ufać ludziom, którzy zabili własnego dowódcę. Kell zdecydował na powrót tę samą drogą. Marsz, marsz, bez odpoczynku. Za Murem zaczęło świtać. Gdy doszliśmy na miejsce, w którym spodziewaliśmy się klapy… była tam tylko…. masa nieumarłych. Rozciągnięta na całej długości muru. Tormund rozpoznawał w nich swoich niedawnych towarzyszy. Masa, mnogość, setki jak nie tysiące. Coś się tu wydarzyło, coś ich przemieniło… a teraz, hmm… Jakby na coś czekali. Może na nas? Może na upadek Muru …Mur upadnie… Nie wiem. Przejąłem od Kella kamień, starałem się go ogrzać ostatkami ciepła, które jeszcze się we mnie tliło. Dzięki mądrym decyzjom taktycznym, które zasugerowałem Kellowi, udało nam się odciągnąć część dzikich i dotrzeć do tunelu. Ehh… myślicie, że to koniec? Nic z tego. Trupy zaczęły nas atakować z każdej strony, nie mogliśmy otworzyć klapy, nadciągnęła nowa fala Złozimna. Hennick stracił przytomność, z oddali biegł w naszą stronę dziwaczny… lodowy stwór. Najeżony soplami, wielonogi, mroźny pajęczak… czy może krab. Dosiadał go Inny. Wyglądali jak dwa zamarznięte widma, opalizujące błękitnie. Ostre krawędzie ich ciał przecinały wszystko jak brzytwa. Zaczął do nas strzelać lodowymi dzirytami! Jeden z nich trafiłby dziewczynę… ale Ian, tak, on we własnej osobie, odbił pocisk lecący w powietrzu! Ależ to wyglądało! Coś wspaniałego. Facet zna się na rzeczy. Ja biedny siłowałem się z klapą, oczyszczałem ją z lodu… Ale te przeklęte dzikusy zamknęły ją od wewnątrz. Dobrze, że Kell się zorientował co jest i zaczął do nich krzyczeć. Mnie to nie przyszło do głowy – wiecie jaki jestem – ufam ludziom, lubię ich, nie spodziewam się takiej głupoty. Tak czy inaczej otworzyli klapę i rozpoczęliśmy odwrót. W tym czasie Ruda osłaniała Hennicka przed ożywieńcami. Sir Ian i Tormund – znów ramię w ramię – walczyli z tym wielkim piździelcem. Miałem już tego dość, chciałem jak najszybciej wrócić za Mur. Nagle Tormund wskoczył na lodowego stwora i ubił, albo strącił Innego – zostając przy tym ciężko ranny. Widok był przerażający – mówię wam, on tryskał zamarzającą krwią, umierał nam pod samiutkim Murem! A wiecie – trupiaki napierały cały czas, zewsząd! Gdzie nie spojrzysz tam niebieski oczy! Coś strasznego! Ian walczył z lodopająkiem, drugą ręką ciągnął Tormunda. Dodam jeszcze, że poczekałem, aż wszyscy, przede wszystkim porucznik, bezpiecznie wejdą do tunelu… i wtedy uratowałem Hearę… ale to tam mało ważne. Tak czy inaczej, wskoczyliśmy do tunelu, zamknęliśmy klapę. A tam – ponad trzy dziesiątki dzikich, dla odmiany żywych… he he… Wszędzie tłok, ale z czardrzewem sobie nie poradzili. Na szczęście byłem tam i przekonałem drzewo, żeby nas przepuściło. Gdy wszyscy przeszliśmy zauważyłem jeszcze, że klapa padła pod naporem lodopająka. Teraz przejście było chronione jedynie przez drzewo. Mam nadzieję, że posłuchaliście Kella i zawaliliście tunel? Coż, Tormund uratowany, Hennick z Dorne uratowany. Kamień gwiezdny w rękach Melisandre. Wykuli już z niego miecz? Jak im idzie?


- Ehh… chłopaki. Powiem wam: cieszę się, że tu jestem, cieszę się z tego ognia, z tego pieprzonego białego śniegu. Ze światła i ciepła. Z waszych parszywych, zarośniętych gęb. Z tego marnego wina. Tak Virion, cieszę się nawet z twojej buźki, choć chyba ostatnią osobą, która cieszyła się na jej widok była twoja matka. Cieszę się, ponieważ wróciliśmy z zaświatów. Wydarliśmy się z rąk śmierci. Znowu.

- Autor: Przemek