Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

Dziś kilka słów o jednej z najbardziej przerażających lokacji Starego Świata a mianowicie o legendarnym zamku Drachenfels w Szarych Górach, czyli o dawnym ośrodku mocy Wielkiego Czarnoksiężnika, Postrachu Imperium, Grafa Grozy. Tego, którego imienia się nie wypowiada….  


Będzie to jak zawsze wizja autorska, kompilowana z różnych źródeł i własnej wyobraźni. 

Zacznijmy od podejścia i pierwszego wrażenia. Kiedy pokona się już Trolle Turnie a stary krasnoludzki szlak zaniknie wśród omszałych i zwietrzałych ale ostrych skał i piargów, do przebycia zostaje jeszcze Piekielna Perć, trudne, strome i śliskie podejście. Z urwiska może zdmuchnąć nas wicher albo przybyła na jego skrzydłach niespodziewana burza z wściekłością ciskająca gromami w prastare skały. Kiedyś istniała alternatywa – do zamczyska prowadziła przyzwoita górska droga, ale została zniszczona lata temu. Jedni mówią, że pogrzebała ją wielka lawina, inni, że zadbali o to mający swoje powody ludzie wyposażeni w kilka beczek prochu. Tak czy inaczej twierdza Drachenfels, co w reikspielu oznacza „Smoczą Skałę”, wyłania się niespodziewanie; widok, może nawet wyczekiwany, nieprzyjemnie zaskakuje. Ciemne zamczysko, nawet w letni słoneczny dzień, ostro odcina się od panoramy dookoła - strzelistych, obojętnych i postrzępionych ponurych szczytów Gór Szarych. Trzeba unieść wzrok. Forteca leży na krawędzi stromej ściany niczym martwa, zmumifikowana dłoń ze sztywnymi palcami sterczącymi w niebo. Warownia nie jest skupiona i smukła raczej rozległa, otoczona ciemnym murem, na którym nie widać żadnego ruchu. Ale jesteście jeszcze daleko. Trzeba wspiąć się wyżej, przejść pod urwiskiem, wejść w niezdrowy cień twierdzy a potem spiralną górską ścieżką wdrapywać się po chropowatej, zimnej skale brodząc we mgle. Roślinności tu mało, niskie krzaki i karłowate iglaki, placki porostów, kosodrzewina i rdest. Spękane szare skały. Widok zamczyska dziwnie uwiera wzrok, sprawia, że mózg swędzi i nie ma jak go podrapać, chyba, że otworzy się czaszkę żelazem. Co do wież twierdzy, to zawsze stanowią problem. Mam na myśli ich ilość. Jest ich pięć lub siedem, niektórzy uważają nawet, że dziewięć, a to w zależności od tego, którym okiem patrzysz i czy jesteś leworęczny. Jeśli dłużej obserwuje się fortecę Wielkiego Czarnoksiężnika to zacznie się kręcić w głowie, poczuje się mdłości. Podobno niektórzy na krótko tracili wzrok. Mówią też, że gdy padnie na ciebie cień warowni, zmieniasz się. Rodzi się w tobie lęk, wracają najgorsze ze wspomnień. Zwierzęta szaleją. Za żadne skarby nie należy nocować w pobliży zamczyska. 

      Kiedy już wespnie się pośród mgły człowiek staje na wprost wielkiej warowni ale w pewnym oddaleniu. Podejście do zamku jest z płaskiej jak blat stołu, jakby stopionej, skały. Kamień jest tu szklisty, lekko przezroczysty, przypomina obsydian. Nic tu nie rośnie, nawet mech czy kosówka. Dookoła gładko, jak na katafalku, na którym kładzie się zmarłych. Gdzieś od wschodu, między skałami dostrzec można wylot starej drogi, ślepej jak mówiliśmy, zawalonej, kiedyś wszak uczęszczanej, nawet jeśli z rzadka, przez karoce i konne poczty. Wejścia do zamku Drachenfels nie broni fosa, zwodzony most, barbakan czy nawet brona. Są tylko dwuskrzydłowe wysokie wrota, wierzeje z czarnego żelaza, lekko uchylone, pełne zadziorów, jakby najeżone postrzępioną, sterczącą ostrą blachą i gwoździami. Wrota są pordzewiałe i czarne, podobnie jak kilkumetrowe, niezbyt okazałe mury, może kamienne, może spiżowe, trudno to rozstrzygnąć. Szczelina we wrotach jest niewielka, tyle by się wcisnąć do wnętrza. Nieuważna osoba może się zranić jednym z zadziorów, a wówczas rana będzie się paprać, nigdy nie zagoi. Za wrotami jest kamienny korytarz, zamknięty z wszystkich stron, ciemny. W suficie wąskie szczeliny wpuszczają mdłe smugi światła. Ściany po obu stronach rzeźbione są w sceny tortur, rzezi i wynaturzonych orgii ale są też zwykłe krajobrazy. Te kształty, płaskorzeźby zdają powoli poruszać, przesuwać, ożywać pod wpływem spojrzeń, ukazywać sceny w ruchu. Sceny z życia wchodzących, koszmarne sceny. Prawdziwe lub nie. I znów, nie należy się temu poddawać, nie należy zbyt długo patrzeć, inaczej poczujecie w oczach wilgoć, to łzy. Krwawe łzy. A ze ścian wyciągną się ku wam pazurzaste dłonie, kleszcze i macki chcące pochwycić, zmiażdżyć i wciągnąć w głąb ścian. Tak przynajmniej działało to kiedyś, obecnie być może czary uległy osłabieniu. Tak czy inaczej pokonując tunel wejścia ma się wrażenie, pochłaniania przez zamek, jakby było się tylko małym kęsem spływającym przełykiem w bezdenną otchłań zła. Korytarz wychodzi na przestronny skalny dziedziniec. Dookoła wieże w liczbie siedmiu, jeśli patrzycie najpierw na lewo a potem na prawo, lub pięciu jeśli w innej kolejności obracacie głową. Baszty i wieżyce są większe i mniejsze, niekoniecznie najkorzystniej usytuowane pod kątem obronności. Przytulone są do nich kamienne budynki, wyglądające jak stare, skamieniałe grzyby. Jeśli na majdanie były jakieś drewniane zabudowania to dawno obróciły się w pył. Jest tu pusto i cicho. Trochę kamiennych odpadków, stara studnia, nieco dalej obalone posągi a może to zwalone kolumny? Stąpa się po czymś co przypomina popiół albo zmielone kości… W powietrzu unosi się lekki zapach siarki. 

> Wieża Igielna jest najwyższa. Nigdy nie rzuca cienia. Smukła i czarna zwieńczona jest długim i ostrym szpikulcem, niegdyś być może podtrzymującym chorągiew.
> Wieża Schodów ma stopnie wykute na zewnątrz kamiennych ścian, opleciona łańcuchem, który kiedyś może spełniał rolę poręczy.
> Smocza baszta jest pokryta łuskami i nie ma do niej innego wejścia niż od góry, przez otwarty, ząbkowany dach, z wąskich poziomych wizur unosi się ciemna para lub dym.
> Rogata baszta zwana też Różaną zwieńczona jest koroną, z jej ciepłych w dotyku ścian wyrastają ciernie a okna przypominają krzyczące usta.
>  Wielki Donżon stojący na wprost od gardzieli wejścia jest najbardziej okazały. Potężny, pękaty, kryty ciemną kopułą upstrzony małymi trójkątnymi okienkami. Wraz z dwoma skrzydłami tworzy kasztel wewnętrzny twierdzy, jej centralną część. Przylega do niego długi gmach gargoili z lewej strony i kordegarda, budynek garnizonu z prawej. Światło słońca niechętnie zapuszcza się w mury twierdzy Drachenfelsa, jakby brzydziło się dotykać swym blaskiem kamieni nasączonych duchem Wielkiego Czarnoksiężnika… Po pustym dziedzińcu może błąkać się kilka zjaw albo zdziczałych chaotycznych zaklęć. Magia, potężna mroczna magia dhar, esencje nekromancji i wylinki demonów przez dziesiątki lat odłożyły się tu osadem, zleżały się w zakamarkach twierdzy, zjełczały, zepsuły ale nie zniknęły. Te błędne uroki mogą być śmiertelnie niebezpieczne, jeśli ktoś będzie miał pecha zaplątać się w ich rozwleczone nici lub wdepnąć w stężałe złogi. Opasła wieżyca kasztelu, czyli wielki donżon przyciąga wzrok. Wejścia umiejscowionego nad kilkoma schodami strzegą gargulce, na pierwszy rzut oka niepozorne kamienne rzygacze. W przypadku zbliżania się obcych do wejścia gargulce ożyją i zlecą na kamiennych skrzydłach na pokryty popielnym pyłem dziedziniec. Obłaskawi je nieco świeżej krwi, inaczej zaatakują a ich jad petryfikuje mniej wytrzymałe ofiary. To stąd wzięły się leżące nieopodal dziwne, jakby poprzewracane i pokruszone rzeźby ludzkich rozmiarów, bez postumentów. 

Stoimy więc na przestronnym kamiennym dziedzińcu twierdzy... Przed nami wznosi się kasztel, wewnętrzna forteca zamku, której największym elementem jest wielki donżon – szeroka wieżyca zwieńczona spatynowaną kopułą. Z obu stron przylegają do niej kamienne budynki z rynnami i gargulcami przysiadłymi na wykuszach.


Spróbujmy wejść do kasztelu, wydaje się być on sercem zamczyska, centralnym punktem wszystkiego. Do wysokich spiżowych drzwi prowadzi kilka szerokich, spękanych, nie do końca spasowanych  kamiennych schodów, każdy nieco innej wielkości. Po bliższych oględzinach okazują się one starymi nagrobnymi płytami, są na nich wyryte imiona i nazwiska elektorów, grafów i hrabiów – prawdopodobnie dawnych wrogów Drachenfelsa. Być może po ich śmierci i pogrzebaniu Wielki Czarnoksiężnik przywłaszczył sobie nagrobki i szczątki tych osób. Czy ma być to jakiś symbol?

 

Kiedy zbliżamy się do drzwi wieża zdaje się pochylać w naszą stronę, jakby zaraz miała runąć i nas przygnieść. Zapach siarki jest tu wyraźniejszy. Na spiżowych odrzwiach kwasem wyryto kilka linii tekstu w języku klasycznym. Otaczają one masywną kołatkę kutą na kształt smoka pożerającego własny ogon. Napis na spiżu głosi:

 

przeze mnie droga w krzyk dusz niezliczonych

przeze mnie droga w wiekuiste męki

bom dziełem martwej wszechpotężnej ręki

Dna  samych  piekieł  korzeń mój  dosięga

drżeniem  przepełnia  wszechmocna  potęga

z komnat tych krwawą grozą zieje

wchodzący  we  mnie -  porzućcie nadzieję!

 

 

Kiedy wyciągniemy dłoń do kołatki, żeliwny smok, a może to wąż?, drgnie, zwróci pysk ku wchodzącym, rzygnie kwasem. A właściwie to kiedyś rzygał, teraz poleci ledwie kilka kropel, groteskowa pozostałość prasterej grozy. Drzwi są ciężkie, ale wystarczy je popchnąć, aby ustąpiły.

 Za nimi znajduje się wysoki półokrągły hall, o kamiennych okopconych ścianach. Schody po prawej i lewej wspinają po łukach na piętro, choć nie – to na prawo to nie stopnie ale gładka rampa pełna zacieków, być może często coś nią wjeżdżało i zjeżdżało. Na parterze widać kilkoro drzwi: dwa na wprost, po dwa po bokach – te prowadzą do bocznych skrzydeł kasztelu, kamiennych gmachów widzianych z zewnątrz.

Pod ścianą zapomniany szkielet jakiegoś zwierzęcia, chyba konia. W połowie schodów pokryta pyłem mniejsza kupa kości. Z sufitu zwiesza się wielki, zakurzony i przekrzywiony kandelabr obwieszony grubymi frędzlami pajęczyn, są tam też resztki sznurów z fragmentami… chyba wisielców – pozostałości klatek piersiowych, ramion i czaszek dyndają upiornie jakby na nasze powitanie. Kandelabr wisi na pordzewiałych łańcuchach, ich odciągi i kołowroty znajdują się na bocznych ścianach, przybrudzone, martwe jak wszystko tutaj. Kandelabr, jak przyczajony gigantyczny pająk jest gotowy w każdej chwili runąć na dół, miażdżąc intruzów, uważajmy na niego.

Na zapylonej posadce hallu widać niewyraźne ślady stóp, różnych wielkości i z różnych czasów, jeśli im się przyjrzeć z wysoka, np. ze schodów, ułożą się w napis, w ledwo widoczne słowa: uciekaj kto żyw.

Kamienne, wewnętrzne ściany donżonu, tu i na wyższych kondygnacjach, pokryte są, jakby oklejone, delikatnym zdobieniem, powtarzanym wszędzie identycznym motywem, niezbyt gęstym ale regularnym. Z daleka wygląda to na rybie łuski. Z bliska okaże się, że to paznokcie. Całe, najpewniej wprawnie wyrwane z ciała ludzkie, może również krasnoludzkie i elfie paznokcie…

 Drzwi prowadzące na dziedziniec zamykają się za nami same, nie, nie z hukiem i nagle, ale powoli, ukradkiem, delikatnie i cicho. Nie może odpowiadać za to wiatr. Po wewnętrznej stronie drzwi wejściowych jest kilka rys, ślady ostrzy a może prymitywny diagram? Co dziwne po tej stronie nie ma uchwytu, pierścienia czy gałki, za którą należało by pociągnąć by otworzyć drzwi. Jakby ich twórca nie przewidział, że ktoś może chcieć opuścić budowlę… Jeśli podejdziemy, żeby przyjrzeć się rysom, każdy patrzący rozpozna w ich układzie własne linie życia, serca, losu – te na swej dłoni, czasem służące chiromantom do wróżenia. Dziwne, bardzo dziwne. Cóż, o wyjście będziemy się  martwić później, teraz lepiej o tym nie myśleć, prawda?

Obróćmy się znów w stronę schodów. Chcemy iść na górę, na piętro, wiec na przejścia boczne i to na wprost rzucamy tylko okiem.

          Drzwi na wprost prowadzą do okrągłej sali kominkowej, której ściany obwieszone są trofeami myśliwskimi i bronią. Nie ma tam poroży jeleni czy łosi, jest za to łeb dżabbersmoka, wywerny, górskiego olbrzyma, mantikory i hydry. Głowy wypchane i same czaszki. Trofea mają w oczach wstawione kamienie szlachetne. A pomiędzy nimi oręż: wekiery, rohatyny, berdysze, labrysy. Niektóre bronie spadły ze ścian, leżą tu i ówdzie, jakby ktoś je rozrzucił. Jest tu również szkielet przybity do ściany dwuręcznym mieczem. Jeśli ktoś spróbuje ruszyć miecz albo wydłubać z łbów rubiny i szmaragdy – wybrana broń wisząca na ścianach ze świstem zerwie się i zaatakuje.  

 Z pomieszczenia nie ma innych wyjść. Duży kominek wypełniony jest starymi pozostałościami węgli i sczerniałymi kośćmi, ludzkimi kośćmi. Wydaje się że dawno z niego nie korzystano.

 Przejście z hallu na prawo prowadzi do korytarza przy którym mieszą się małe pomieszczenia sypialne dla służby albo straży, jest tu mała jadalnia, kuchnia i spiżarnia, a na końcu duża zbrojownia, wszystko w kurzu i nieładzie, rozgrabione, zniszczone. Na piętrze kordegardy, bardzo nietypowo, może z braku piwnic a może z kaprysu właściciela zamku, urządzono więzienie: cele, dwie sale tortur i magazyn wymyślnych narzędzi katowskich. Jest tu wszystko, od cegów, pił, przez estalijskie buty, przeróżne gruszki rozwierające, rozrywacze, imadła, kozły czarownic, palo-stołki, kołyski kaźni, zgniatacze, wahadła i bicze aż po żelazne dziewice i szczurze skrzynie. Wszystkie te przedmioty nasączone są potwornym bólem, przykute są do nich wyjące zjawy, coraz głośniej i głośniej wyjące od momentu, kiedy wejdzie się do tego przeklętego pomieszczenia. 

 Przejście z hallu na lewo to przestronne komnaty reprezentacyjne zamku umieszczone w gmachu gargulców. Jest tu sala taneczna z niewielkim podestem na osnute pajęczynami instrumenty – harfę, cymbały, klawikord, dudy i mandolinę. Stare instrumenty nie lubią być dotykane, choć kuszą złoceniami i misternym złoceniem z pereł. Poruszone zareagują: z harfy ze świstem zerwie się struna i smagnie jakby ktoś ciął brzytwą. Z piszczałek dud buchnie gryząca sadza, klawikord  odezwie się obłędnie głośnym zawodzeniem, cymbały zawibrują sprawiając, że zadygoczą wam zęby a niejeden się skruszy. Uciekajcie! Za salą balową jest przestronna jadalnia z przyległą dwupoziomową kuchnią. To w tej jadalni, w wiecznym blasku kryształowych żyrandoli, przy pokrytych pajęczynami i prastarą pleśnia stołach siedzi martwy kwiat arystokracji niegdyś zaproszony przez pana zamku w ramach przeprosin. Rzucono na nich zaklęcie paraliżu. Mając na wyciągnięcie ręki najlepsze wina, likiery, łakocie, potrawy z dziczyzny i ptactwa umierali z głodu. Tak, tam również straszy, ale my zawracamy. O Upiornej Uczcie na pewno usłyszycie często z ust wędrownych trubadurów i bajarzy. Nie powtarzajmy tego, co powszechnie wiadome. Lepiej chodźmy tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł albo – precyzyjniej – skąd jeszcze nikt żywy nie wrócił – na piętro donżonu i wyżej.

 Cofamy się zatem do hallu ruszając na schody i unikając kandelabru, który wybierze odpowiedni moment by się zerwać, teraz albo później. Wchodząc po kamiennych stopniach, niegdyś wyłożonych atłasem, uważajcie na polerowaną poręcz. Dłonie do niej przywierają na zawsze. Ktoś o szybkim refleksie straci tylko naskórek, rękawicę, może trochę mięsa, inny zobaczy jak jego ręka błyskawicznie stapia się z poręczą. Uwolnienie się inaczej niż za pomocą amputacji wymaga pomyślunku. Być może kamienną poręcz można odłupać, może zareaguje na ogień lub zimno?

Ostrzec przed wszystkim mogą leżące na schodach drobne kostki wielu dłoni ale trudno je zauważyć. Martwe, zgniłe dłonie odpadają od poręczy, nie są już dla niej żadną atrakcją.  

        Pierwsze piętro to połączone pośrodku portalem dwa półokrągłe pomieszczenia, można też wspinać się wyżej, przy ścianie, na kolejną kondygnację. Ale zostańmy tu chwilę. Schody z hallu prowadzą do poczekalni w formie salonu, gładka spiralna rampa zaś trafia od drugiej strony do  sali audiencyjnej. To tu zasiadał i podejmował interesantów przerażający Konstatn Drachenfels, Pan zamczyska.

W salonie zalega półmrok, małe trójkątne okna dają niewiele światła. Na ścianach wiszą zakurzone, wyblakłe, przegniłe gobeliny. Rzeźbione ławy pokryte są pajęczynami, jest tu otomana, kredens, wielkie lustro. Pod gobelinami kryją się niepokojące, abstrakcyjne malowidła o niegdyś jaskrawych barwach. Namalowano je ludzkimi wnętrznościami, w których ktoś wielokrotnie odcisnął swoją dłoń. Na kredensie jest duża waga szalkowa w jedną strona obciążoną czaszką dziecka. Czaszka jest wyjątkowo, nienaturalnie ciężka, wiele trzeba położyć na drugiej szali aby ją zrównoważyć a wówczas czaszka odpowie, zgodnie z prawdą i nieskończona wiedzą, na jedno pytanie, nawet najdziwniejsze i najbardziej niedorzeczne, choć odpowiedź może potrwać długie godziny…

      W kredensie są karafki, zamiast płynów wypełnia je proszek albo jakaś maź. Losowo mogą być straszliwymi truciznami albo olejami umagiczniającymi broń, eliksirami młodości, substancjami trwale zmieniającymi kolor skóry i włosów.

 Przez portal, ozdobne obramowanie otworu pozbawionego drzwi, z salonu można przejść do  komnaty audiencyjnej, jedyne inne wyjście stąd to w dół, gładką rampą wzdłuż ściany aż do halu. Komnata audiencyjna jest półokrągła, znacznie jaśniejsza niż poczekalnia a to przez wielkie potrójne witrażowe okno, którego z zewnątrz nie było widać. Przez jego różnokolorowe szybki wpada rozdygotane światło, to wszystkie odcienie magii, jej pasma, wiatry, aspekty, czy jak chcecie to nazywać. Za oknem jest czysty chaos, immeterium, co sugerować może napis w języku klasycznym na srebrnej futrynie okna „infinitum sit omnibus” (nieskończoność jest wszystkim).  Światło opalizuje, miesza się, pełga po ścianach pokrytych mozaikami, najwięcej promieni pada na wysokie krzesło stojące na podwyższeniu pod ścianą z czaszką rogatego smoka. Samo krzesło, nieledwie tron, zrobione jest z kości, mniejszych i większych, być może smoczych, być może ludzkich. Kto na nim usiądzie na dłużej niż trzy uderzenie serca, tego wypełnią wściekłe myśli konającego smoka a światło magii odmieni obdarzając losową mutacją. Naznaczenie obłędem i spaczeniem a w dodatku amok, który zmusza do ataku najbliższej żywej istoty, szał trwający do utraty przytomności lub życia.

 

Jest tu też szeroki stół kamienny, duży mięsisty dywan w kolorze ciemnego wina (a na nim na nim drobne przedmioty). Z boku coś w rodzaju gongu, miedziany okrągły talerz w pionie i młotek. Jest też pulpit z otwartą wielką księgą. Ktoś ją kiedyś próbował podpalić, dywan zresztą również, ale tych przydmiotów ogień nie naruszy. Cały kasztel jest zabezpieczony magicznie przed pożarem.


-Okno, jeśli się je otworzy, to portale do innych światów.
-Siedzenie na krześle da złudzenie władzy, może sprawić, że człowiek skoczy przez okno witrażowe.
- Dywan pochłonie jak bagno, nie ma dna. A może ma?
-Gong, który wybija dusze z ciał. Trudno wrócić.
-Księga Karbów – zabici przez Czarnoksiężnika ludzie, pełna lista.

  

Piętro DRUGIE, tylko pojedyncze schody tam prowadzą. Podest i dziwaczne, mięsiste drzwi jakby z pobliźnionej tkanki, ohydne.

Drzwi pokryte mięśniami, częściowo sflaczałą skórą, wystają z tego ohydztwa chrząski, większe i mniejsze zęby, pełno zębów i oczy. Jest ich kilkanaście, gałki oczne wybałuszone, pływające w mięsno-różowej powierzchni drzwi, gapia się na was. Jest tu też kilka ust, obwisłe wargi przypominające powieki, zmarszczki, fałdy skóry. Jakby drzwi były zrobione z różnych ludzkich części, wielu. Mają pełno zabliźnionych szram, jakby oparzelin na skórze.
- Kto to?  Kto znowu? Jaki dziś ruch! – Usta pluja i szepczą. Znają proste zaklęcia, mogą uleczyć lub znekrozować. – Nie mamy spokoju… Kto wy? Nie jesteście od Mistrza, widzimy wszak żeście żywi…     - Przejścia nie ma bez opłaty i dobrego powodu. Opłata? Palce, lubię palce i oczy. Świeże aby! Tylko świeże, inaczej się nie przyjmą! Na pewno macie jakieś zbędne... . Po co wam aż tyle? ...

 Za drzwiami: duża biblioteka, wiele półek pustych, ślady ognia, strzępy pergaminów i ksiąg na ziemi. Zapach kurzu, starości i zgnilizny. Komórka dla służby, jakiś składzik i znów schody na górę.

 Piętro TRZECIE

Pracownia alchemiczna i magiczna. Woń cynamonu połączona z moczem i goździkami.
Potłuczone szkło na podłodze. Menażeria Martwych. W wysokich pionowych gablotach obdarte ze skóry, wypchane a może zaczarowane postacie – człowiek, elf, niziołek, krasnolud, skaven, ork, jakiś jaszczurowaty humanoid, syrena, koziogłowy zwierzoczłek. Wyżej na półkach wielkie słoje z formaliną lub innymi płynami, pływają w nich a czasem się ruszają fragmenty ciał lub całe organizmy.
Stół kamienny i metalowy razem tworzą literę V u ich zbiegi kominek, czy raczej dziwny piec, wygaszony oczywiście, choć jest na niż żeliwny kocioł, w którym coś się bąbli, gotuje, choć nie ma płonącego paleniska… Kocioł ma jakby arabskie zawijasy, arabeski, które płyną dookoła, przesuwają się. Po wypiciu stajesz się ghulem lub mutujesz.

 Piętro CZWARTE

Sypialnia i garderoba
Wielkie łoże z baldachimem, dywany, gobeliny i kotary na ścianach. Smocze motywy rzeźbione w drewnianych ramach, skrzynie i szafy, niektóre rozbite, otwarte. Prawdopodobnie to miejsce, jak inne, zostało splądrowane. Kurz, prześcieradła i szmaty. W szafach kilka peleryn ale również skóry wiszą, wyprawione ludzkie a może elfie skóry w całości!
             Jest tu też broń – arabski bułat, sztylet jakby ze szklanym ostrzem, soplem. Dziwne, tego nikt nie zabrał. Pod kotarą zestaw masek wiszących na ścianie – lakierowane drewniane, metalowe, płócienne.

 Piętro PIĄTE ostatnie, kopuła ołowiana ze świetlikiem >>   u wysokiego sufitu widać przedziwne przyrządy, instrumenty i aparaty zawieszone na łańcuchach, astrolabium, szklane kule i miedziane sfery, soczewki i lunety, z kości i płacht zrobione wielkie sztywne skrzydła. Drewniana podłoga jest goła ktoś wypalił na niej wielki pentagram, w który wpisano kilka mniejszych. W drewnie jest olbrzymia ilość symboli, run, sigili, magicznych glifów, cyfr i diagramów. To obserwatorium, jakieś tuby, schematy i wykresy na skórach wyrysowane. Ślady ognia, ale niewielkie [stare zaklęcie nie pozwala podpalić tego miejsca].

Dalej nie pamiętam, pewnie jest tego więcej, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie zwiedził wszystkich pomieszczeń i wież ponurego zamczyska Drachenfels. To musi wam wystarczyć. 


   Niech mądrość Vereny zawsze wam przyświeca! Bywajcie!

2 Response for the "Zamek Drachenfels jakiego nie znacie"

  1. Przemek says:

    Wracam do czytania Bloga po nie ukrywam paru latach przerwy. Wspaniale się czyta przyznam.

  2. MGamrat says:

    Jak miło widzieć nowe wpisy!
    Obrodziło ostatnio blogami erpegowymi, ale żaden nie dorównał. Wspaniale, że piszesz!