Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.



Kości zostały rzucone. Armia Stannisa okopała się między dwoma zamarzniętymi jeziorami, przenosząc na wyspy północnego akwenu wieżę sygnałową i atrapy innych zabudowań. Wrogie oddziały chciano zwabić na lód, usiany zamaskowanymi przeręblami, imitacjami drzew i krzaków. Blask wielkiego paleniska został przesunięty o kilkaset metrów. Śnieżna zadymka wciąż trwała utrudniając prace, ale także maskując przygotowywane zasadzki. Usypano śnieżne wały wzmacniane pniami, wykopano wilcze doły, powiększono przeręble, zaostrzono pale, wydrążono okopy, wbito w śnieg drzewa oplecione linami, mające odciąć drogę ucieczki wroga. Zarżnięto większość z nielicznych ocalałych koni by wypełnić żołądki. Wzmożony wysiłek i podniecenie przed oczekiwaną bitwą polepszył nastroje, przeciął wrzód marazmu i fatalistycznej bezczynności. Omeny sprzyjały Stannisowi. Arya Stark zbiegła z Winterfell i była bezpieczna u ludzi króla. Pojmany i przesłuchany został Theon Sprzedawczyk z rodu Greyjoyów. Północ chciała śmierci zdrajcy i Jego Miłość potwierdził, że sprawiedliwości stanie się zadość – przed bitwą Theon miał zostać zgładzony w obliczu Starych Bogów (na wyspie z czardrzewem), zwyczajem północy mieczem i rękoma władcy. Aby zadowolić Boga Światła egzekucja miała zostać wykonana przez króla jego magicznym mieczem – Światłonoścą, zaś ciało zdrajcy miało spłonąć w wielkim palenisku wieży sygnałowej. Czerwonemu Bogu miano oddać też Karstarków, ale zbrojni z Karholdu, nie wiedzący o planowanej zdradzie swego kasztelana, chcieli walczyć za Północ. Niemniej ich siły rozdzielono, a odpowiednio przesunięte obozowisko Karstarków obsadzili górale wraz z rodem Reedów i kilkoma rycerzami południa. Niespodziewanie dowództwo nad tą grupą król powierzył sir Erykowi z Szarej Kompanii, do której włączono jednocześnie siedmiu żelaznych ludzi wykupionych z niewoli Gloverów (Deepwood Motte) przez dziwacznego podróżnika z dalekiego Braavos. Szara brać miała wraz z klanem Norrey’ów ukryć się w śniegu na skraju południowego jeziora i po przepuszczeniu nieprzyjacielskiej armii odciąć jej odwrót.

Przygotowania trwały dwa dni, ukończono je na czas.

Tymczasem do drużyny BG w Szarej Kompanii dołączyła nowa postać, zwiadowca – niepozorna dziewczyna o imieniu Vena (zwana też „Łasicą”), świetnie radząca sobie w dziczy i umiejętnie posługująca się łukiem. Jej talent do zastawianie pułapek został dobrze wykorzystany przez kompanię, w której krzepła nowa kadra oficerska i podoficerska. Bezpośrednim zastępcą dowódcy (zwyczajowo kapitana kompanii), czyli sir Eryka, został, wbrew oporom chorążego Borga, sir Jon Hollard. Virion awansował na sierżanta odpowiedzialnego za dyscyplinę; odtąd miał kierować oddziałową żandarmerią, niezbędną do utrzymania w ryzach bandy szumowin i morderców nazywających się Szarą Chorągwią. Mucha, którego talenty wreszcie doceniono, został furierem – podoficerem od dostaw żywności i wyposażenia, pomocnikiem Kwatermistrza Dratwy. Siódmy wciąż przebywał w lazarecie, gdzie odwiedził go służbowo Virion chcący wyjaśnić sprawę zaniedbanych cięciw i łęczysk broni strzeleckiej… Kell i Vena, znający się od dawna i dobrze rozumiejący, stanowili trzon kompanijnych zwiadowców. Warg za pomocą swej wiernej mewy regularnie przeprowadzał rozpoznanie powietrzne śledząc wojska nieprzyjaciela. Kalispera, najwięcej czasu spędzająca w lazarecie, u boku Willa Łapiducha, nie została więcej wezwana do królewskiej kwatery. Być może ze swoim czarem zbytnio przypominała Stannisowi czerwoną kapłankę, a może Jego Miłość po prostu nie miał na to obecnie czasu. Musiała za to poradzić sobie z kilkoma symulantami pragnącymi ominąć nadchodzący bój oraz odmówić cielesnych uciech i czułości tym, którzy, jakoby przeczuwając własną śmierć, chcieli zdobyć ją "na współczucie".   

Virion z sobie typową bezpretensjonalnością pojednał się z bratem Maronem i objął tymczasową komendę nad pozostałymi żelaznymi ludźmi, pomrukującymi coś o odbiciu Ashy z rąk króla...
[Uwaga: poniżej pewne spoilery dotyczące niewydanego tomu "Sagi lodu i ognia"].

Zanim nadeszli Freyowie a potem oddziały Manderly’ch, obóz królewski opuścił sir Justin Massey. Ruszył na północ z Aryą Stark, Alysane Mormont, bankierem z Braavos, kilkoma ludźmi i zwiadowcami z Czarnej Straży.  Miał zatrzymać się na Murze a potem ruszyć za Wąskie Morze i wrócić z tysiącami mieczy Wolnych Kompanii. Najwyraźniej Szara Chorągiew zrobiła na królu Stannisie tak dobre wrażenie, że postanowił nająć dla swej sprawy inne, liczniejsze, słynniejsze (i droższe) grupy najemników. Sir Justin wymógł na sir Eryku i sir Jonie obietnicę wytrwania przy królu i poprosił o opiekę nad bliską swemu sercu Ashą Greyjoy. Wpływy rycerzy oddanych Czerwonemu Bogu zmalały wyraźnie podczas niedyspozycji sir Godry’ego i Cleytona, ale córka krakena była typowana przez niektórych na kolejną ofiarę ognia...
Szarzy bracia pracowali w pocie czoła, podobnie jak większość zbrojnych armii Stannisa. Cały czas sypał śnieg, rosły zaspy, kąsił wicher. Stopy po krótkim marszu przeradzały się bryły lodu, dłonie grabiały z zimna. Słońca, księżyca i gwiazd nie było widać od tak dawna, że ich wspomnienie wydawało się snem. W obozie Szarej Kompanii pojawiły się typki wypytujące o strzelca, który zranił sir Godry’ego, ale zmyły się po zainkasowaniu kilku kontuzji.

Wreszcie nadeszli Freyowie. Pośród płatków śniegu zamajaczyły sylwetki pierwszych zwiadowców, przepatrywaczy a potem konnej awangardy. Dowodzący sir Jon wraz z Virionem leżeli pod śniegiem na przedzie reszty szarych braci skrytych za (i pod) pniami i zaspami. Zapobiegli odkryciu swoich pozycji, a Hollard przelał pierwszą tego dnia krew. Dopiero kiedy szeregi nieprzyjaciela przemaszerowały i pojawiło się kilka wozów nielicznego taboru, Szara Kompania wraz z góralami ruszyła do akcji zamykając sak. Było to ryzykowne, bowiem nikt nie sprawdził (wątpliwość wyraził jedynie Mucha), czy za garstką wozów nie posuwa się jakaś straż tylna.

Szturm na tabor rozgrzał zmarznięte ciała bohaterów. Porucznik Hollard i sierżant Virion walczyli w pierwszej linii, Kell i Vena wraz z kilkunastoma kusznikami strzelali z trzeciej, Mucha zadekował się początkowo odrobinę dalej, ale po natarciu dołączył do Cristiana Borga i spełniał się w dobijaniu ofiar brutalnego chorążego. Szarzy bracia i górale rzucili się do łupienia wozów. Sir Jon musiał krzyczeć, Virion i Borg rozdawać razy, ale opanowano ludzi. Zdobyty tabor rozprzężono i ustawiono tak, by utrudnić wycofywanie się oddziałów nieprzyjaciela. Na miejscu, poza nielicznymi, został Mucha pozyskując zapasy dla swoich. Reszta ruszyła w kierunku północnego jeziora, w ślad za główną kolumną Freyów. Wiatr ucichł, opady zelżały, widoczność nieco się poprawiła. Osłaniany przez czujną Venę, Kell oczami mewy znów zajął się powietrznym zwiadem zdając sobie sprawę, że od południa mogą nadejść kolejne oddziały. Wkrótce odkrył kilka setek jeźdźców pod sztandarami trytona Manderly’ch, niespiesznie zbliżających się do rejonu walk. Po jakimś czasie zagrożenie dojrzał również Mucha i brawurowo, przebrany w barwy Freyów, ruszył konno w stronę nadciągających.

Szara Kompania i klan Norreyów ominęli kolejne śnieżne wały i usłyszeli bitewny zgiełk nieopodal, od północy. Jako że w tamtym kierunku miał znajdować się sir Eryk, Hollard poprowadził tam ludzi. Zobaczyli przed sobą kłębowisko kilkuset walczących, głównie pieszo, w tym kilkunastu rycerzy. Bój był wyrównany i przybycie Szarej Chorągwi oraz górali przeważyło szalę. Prowadzący Hollard i Virion wpadli w piekielny zamęt, pomiędzy kwiczące konie, wyjących ludzi, głębokie krwawe błocko, trupy i  obłąkańczy szczęk żelaza. Ciała, broń, uprzęże wierzchowców i breja pod nogami utrudniały ruchy, podobnie jak przydatne wcześniej „niedźwiedzie łapy”. Topór Viriona i valyriańska stal rapiera sir Jona siekły, dźgały i rozpruwały ludzi. Zadawano i parowano ciosy. Raniono i zabijano. Nikt nie dawał pardonu, górale nie brali jeńców. Mimo bitewnego zamieszania Virion dostrzegł, że do sir Eryka, ku któremu Szarzy się przebijali, skrada się z jednoznacznymi zamiarami jeden z południowych rycerzy, być może znajomek sir Cleytona. Udany rzut toporem i szarża ukatrupiły podstępnego rycerza, sir Eryk został ocalony. Nagle wokoło zabrakło wrogów, stal umilkła uwydatniając krzyki i jęki pobojowiska. Pomimo rany głowy sir Eryk objął dowództwo nad całą zbieraniną. Sztandar Karstarków wciąż stał. Bohaterowie ledwo złapali oddech, gdy na wschodzie, w odległości 150 kroków, dostrzegli formującą się linię konnicy Manderly'ch. Kilkuset ciężkozbrojnych ustawionych w „płot” podzielonych na trzy hufce.

Tymczasem Vena i Kell przemieścili się na wysuniętą flankę swoich kompanów i korzystając z polepszenia pogody posłali nieliczne, ale celna strzały w końskie zady skrajnych szeregów Manderly’ch, wśród których od dłuższego czasu kręcił się Mucha ze swadą i aktorskim talentem przekonując do ruszenia w pogoń za Stannisem na północ. Mucha dawał z siebie wszystko i wszystko ryzykował, by odciągnąć wrogie wojska od przyjaciół. Udało mu się na pewien czas oszukać przeciwnika, złamać szyk konnicy i skierować jej prawy hufiec ku północy. Lewy hufiec nękany był pociskami sokolookiej Veny i Kella. To wszystko być może zapobiegło unicestwieniu Szarej Kompanii. Po dłuższej chwili zamieszania obie strony rozpoczęły rozmowę. Ludzie Manderly’ch wyraźnie nie byli zdecydowani co robić i kogo mają przed sobą. Sprzeczne okrzyki, chorągwie Karstarków i działanie bohaterów doprowadziły do wyjaśnienia zaognionej sytuacji. Ludzie Manderly’ch okazali się popierać (na razie biernie) króla Stannisa i nie zamierzali wchodzić w głąb pola bitwy, aby nie postradać życia z rąk nowych sojuszników. Z pomocą Muchy, który kursował między oddziałami i tym razem popisał się talentami dyplomatycznymi, ustalono metody komunikacji. Reszta bohaterów, wraz z góralami i szarymi braćmi, ruszyła ku odgłosom potyczek dobiegających gdzieś od strony północnego jeziora, na środku którego widać było łunę ognia płonącego na przeniesionej wieży. Zbrojni mogli by się długo błąkać poszukując walki, ale, dzięki orientacji Veny, w odpowiednim miejscu odbili ku północy wchodząc na taflę jeziora. Niemal od razu dostrzegli zmierzającą ku nim piechotę, wyraźnie poszarpaną i zdezorganizowaną. Sir Eryk trzeźwo rozkazał okopać się na sprzyjającym temu brzegu, zaś część grupy ruszyła do przodu, do momentu rozpoznania w nadchodzących ludzi Freyów. Po obu stronach zagrały cięciwy, szpica kompanii cofnęła się do umocnionej linii a potem wzmogła ostrzał. Fachowość szarych psów wojny zaowocowała szybkim złamaniem nieprzyjaciela: zbrojni Freyów nie zdołali zebrać się do szturmu, utknęli w przeręblach, ginęli od bełtów i strzał, rozpierzchli się w panice. Sir Jon otrzymał postrzał w plecy, na szczęście nie zagrażający życiu.   

Po krótkim odpoczynku, opatrzeniu rannych i zmianie szyku kompanioni ruszyli na zachód wzdłuż jeziora. Tymczasem daleko za nimi hufiec Manderly’ch rozbił wycofującą się w ordynku kolumnę jeźdźców Freyów, czego świadkiem był Mucha. Ludzie lorda Białego Portu (Manderly’ego) rozciągnęli też linię wart na południowym wschodzie i wyłapywali uciekających z pola bitwy zbrojnych Dwóch Wież.

Mijały godziny. Bitwa zamierała. Król Stannis odniósł kolejne zwycięstwo, Freyowie zostali wybici niemal do nogi. Uciekinierów tropili w lesie klanowi myśliwi i zwiadowcy. Konnica Manderly’ego przyłączyła się do armii króla a „Lord Za gruby By Wsiąść Na Konia” spotkał się z Jego Miłością. Śnieg wciąż padał, ale nie miał tej siły co kiedyś.

Wygrana bitwa nie oznaczała zdobycia Północy. Był to jedynie wstęp do rozstrzygającego starcia. Prawdziwym wyzwaniem miało być Winterfell – wielka warownia obsadzona przez oddziały Boltonów i ich najwierniejszych stronników. Obleganie takiej twierdzy zimą było by szaleństwem. Zatem Stannis na pewno szykował jakiś fortel, być może z udziałem kruków Karstakrów, proporców Freyów i ludzi Manderly’ch.    



Komentarz MG:

Prowadzenie bitwy to jedno z większych wyzwań dla MG. Tym razem zdecydowałem się na podejście z dwóch skrajnych perspektyw. Po pierwsze klasyczne odtwarzanie tego co robią i widzą bohaterowie Graczy, po drugie przesuwanie na mapie terenu znaczników oddziałów i bazgroły oddające aktualną sytuację strategiczną. Opisy samej walki, jej mechanika i taktyka tym razem były minimalistyczne, zredukowane. Wszystkim się spieszyło, aby w 3 godziny zakończyć ten etap kampanii. Udało się. Gracze bardzo się angażowali i świetnie się prowadziło mimo dużego ścisku i klaustrofobii ;-)). Niemniej przy kolejnej okazji (a potyczek i bitew nie będzie braknąć) położę większy nacisk na mechanikę, obrażenia i bardziej szczegółowe sceny indywidualnych starć.


Uwaga: poniższy tekst zawiera spoilery dotyczące „Wichrów Zimy” George'a R.R. Martina - niewydanej jeszcze kolejnej części Sagi Lodu i Ognia.


Od kilkunastu dni armia króla Stannisa obozuje w tym samym miejscu, pochwycona w szpony śnieżnej zamieci. To niewielka, opuszczona osada między dwoma dużymi, zamarzniętymi jeziorami. Większe z nich, północne, posiada kilka wysepek, na jednej rosną czardrzewa. Oba jeziora zryte są przeręblami. Ryby będące ratunkiem dla głodującej armii szybko się kończą. Wszechogarniającej nawałnicy bieli towarzyszy zimno, głód i narastająca rozpacz. Trzon królewskiej armii, oddziały z południa, rozłożył się pośród kilku lichych chat, długiego domu zebrań i nędznej, kilkupiętrowej wieży sygnalizacyjnej, na szczycie której płonie wielkie ognisko – jedyny punkt odniesienia w śnieżnej otchłani. To tam, wysoko przy ogniu, najczęściej widać samotną, nieruchomą postać króla Stannisa Baratheona...

Podobno do Winterfell jest blisko, 3 dni marszu przy lepszej pogodzie i wypoczętych nogach. Póki co armia tkwi w zaspach i zadymce, pośród modlitw do różnych bogów.

Nadchodzi kolejny mroźny, wietrzny świt. Szara Kompania ma problem. Dowódca zaniemógł i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie wrócił do zdrowia. Ktoś musi przejąć komendę. Bohaterowie graczy od tego zaczynają przygodę. Sir Eryk, Jon Hollard, Virion, Mucha i nowy brat o imieniu Kell spotykają się w namiocie Starego i debatują nad przyszłością. Nikt nie chce brać na siebie brzemienia przywództwa. Mniej lub bardziej aktywnie towarzysze przekonują jednak sir Eryka, że jako jedyny nadaje się na to odpowiedzialne stanowisko. Kwatermistrz Dratwa i skryba Łańcuch popierają ten wybór. W szeregach źle się dzieje i należy zacząć działać, zaczynając od uprawomocnienia wyboru nowego kapitana.

Nagle do namiotu wpada ośnieżony, przemarznięty Siódmy z kilkoma torbami wypełnionymi żywnością i obrokiem dla koni. Nocą urządził samowolną wycieczkę do obozu Karstarków, skąd skradł nieco zapasów. Żywność zostaje szybko rozdysponowana pomiędzy kolejkę braci (nie obywa się bez zdyscyplinowania wygłodzonej ciżby) a półprzytomny Siódmy melduje, że koło północy z obozu Karstarków został wysłany przez dwie niezidentyfikowane postaci kruk. Podejrzenia Jona Hollarda względem przybyszy z Karholdu narastają.

Zjawiają się ludzie króla i wzywają dowódcę kompanii przed oblicze Stannisa. W międzyczasie Virion sprawdza warty i przekonuje się o niekompetencji kilku szarych braci. Kell wdaje się w bójkę z ludźmi próbującymi zabić i zjeść Sierotę, lisa przybłędę. Interweniuje Hollard, któremu udziela się nerwowa atmosfera panująca w obozie. Mucha przygotowuje wybory kapitana i przemowę sir Eryka, któremu pojawia się konkurencja w postaci ambitnego Cristiana Borga, kompanijnego oficera i zabijaki. Mucha świetnie sprawdza się jako herold i znawca ludzkich dusz. Przemowa sir Eryka, poprzedzona cichą modlitwą do Hexogi, porywa ludzi, na nowo rozdmuchuje w nich ogień nadziei. Jon Hollard i Virion powstrzymują Borga przez rękoczynami. Nowo wybrany kapitan powierza konkurentowi funkcję chorążego i w ten sposób rozładowuje konflikt. Bohaterowie ruszają do króla wydając polecenia mające przywrócić dyscyplinę w kompanii. Namiot dowódcy zostaje zamieniony w lazaret, trafiają tu wszyscy chorzy, w tym Mikael, giermek sir Eryka oraz Siódmy. Kalispera, Łapiduch i Ythar roztaczają opiekę nad potrzebującymi. Rzeźnik wymierza kary cielesne ludziom, którzy zaniedbali regulamin wart. Cristian Borg obejmuje tymczasowe dowództwo nad zbrojnymi i dostaje rozkaz zdobycia taborów królewskich w razie pojmania BG.

Dla większego spokoju ducha Mucha udaje się do Wullów, szukając Wiadrowego. Reszta postaci staje przed obliczem króla, po drodze widząc stawianie stosu ofiarnego, być może przygotowanego dla nich…

Stannis, jak zwykle, jest konkretny, surowy i oschły. Upewniwszy się co do sytuacji i lojalności Szarej Kompanii, król rękoma sir Justina Masseya pasuje Jona Hollarda na rycerza, jakoby w podzięce za dotychczasowe dokonania. Przypomina o szczegółach kontraktu kompanii (w sytuacji śmierci króla Szara Chorągiew ma pozostać wierna jego córce Shireen i posadzić ją na Żelaznym Tronie). Nakazuje natychmiastowe wydanie człowieka, który postrzelił (być może śmiertelnie) sir Godry’ego Farringa. Konflikt między sir Claytonem a sir Erykiem ma zostać natychmiast rozstrzygnięty poprzez rycerski pojedynek, konno na ubitym śniegu, na ostro. Czy Stannis pozwolił na to licząc, że heretyk utraci stanowisko dowódcy Szarej Kompanii na korzyść nowo pasowanego rycerza? To pytanie przemknęło przez myśl nielicznym, dla reszty polityka była grą znacznie trudniejszą niż zabijanie…

Kell nie został wydany, choć sir Eryk przyrzekł wypełnić królewski rozkaz. Pomoc Wiadrowego Wulla nie była potrzebna, a rycerski pojedynek wkrótce się odbył. Uderzyły ciężkie, okute, ośmiostopowe  bojowe kopie rozpędzonych rycerzy. Choć sir Eryk spadł z konia, to ostatecznie on zatryumfował w walce pieszej, raniąc swym falistym oburęcznym mieczem biodro sir Claytona, będącego postrachem turniejów rycerskich i mistrzem kopii. Pojedynek mógł się skończyć zupełnie inaczej, gdyby Kell umiejętnie nie znarowił rumaka sir Claytona swymi niezwykłymi talentami… Lojalność odpłaciła za lojalność. Braterstwo wśród szarych nie było czczą gadką. Tymczasem Virion wygrał w zakładzie złotego smoka, a Mucha szlifował swoje oratorskie umiejętności ponownie stając się heroldem się Eryka.

Jon Hollard, czy raczej sir Jon, przygotował się w samotności i tajemnicy do inwigilacji obozu Karstarków. Virion i Mucha, z typową dla siebie sprawnością, wyciągnęli z lazaretu kompanii „ochotnika” (najpewniej umierającego po kąpieli w przerębli Olisa, nakarmionego narkotykiem Kalispery), zmasakrowali mu twarz (honory czynił Virion i jego pięści) i wydali ludziom króla jako winnego postrzału sir Godry’ego. Olis, dzięki Matce nieprzytomny do końca, spłonął na stosie w towarzystwie czterech nagich ludzi skazanych na śmierć za kanibalizm. Złapano ich kiedy wykrajali połcie mięsa z pośladków i ud martwego towarzysza, którego ramię już piekło się na ruszcie. Sprawiedliwą karę, czy, jak chcieli niektórzy, ofiarę dla Pana Światła, poprzedzała modlitwa do R’hllora. Kaźń obserwował król Stannis, południowi lordowie, część górali i Arnolf Karstark – kasztelan Karholdu. Jego nieobecność w obozowisku wykorzystał sir Jon, zakradając się do namiotu maestera. Były tam trzy klatki na kruki, ale tylko dwa ptaki. Niestety, żadnych dowodów zdrady. Tymczasem Virion przez rękoczyny zaprzyjaźnił się z rubasznym Ewanem Norreyem, mającym do bohatera żal za odebranie sprzed nosa branki – córki krakena, Ashy Greyjoy. Pod wieczór Mucha zaproponował, żeby chustę zmarłego Olisa wszyć w Szary Sztandar i w ten sposób upamiętnić (nieświadome) poświęcenie szarego brata…

Dzień był intensywny i szybko minął. Kolejny przyniósł nie mniej wydarzeń, z których tylko części BG byli świadomi. Wśród sypiącego śniegu Kell pogłębiał więź z lisem Sierotą a potem udał się na samotne polowanie w las. Długo szukał tropów i już chciał zrezygnować, kiedy sam stał się ofiarą ataku drapieżnika. Starcie z drzewokotem przyniosło wygraną górala i dodatkowe mięso dla towarzyszy. Reszta skutecznie pracowała w obozie nad dyscypliną i morale kompanii. BG pochylali się nad mapą i radzili z Łańcuchem kiedy warty powiadomiły ich o trójce obcych w lesie. Okazało się, że są to ludzie z Czarnej Straży, wytrawni tropiciele, którzy straciwszy wierzchowce z trudnością odnaleźli obóz wojsk króla. Mieli dla niego ważne pismo od swego lorda dowódcy. Wrony zostały odstawione do Stannisa, po drodze ujawniając jedynie, że wśród wojsk królewskich są jakoby zdrajcy. Sir Harrys Cobb, przyboczny władcy, ostrzegł bohaterów, że takie plotki nie mogą być rozpowszechniane pod karą śmierci.

Wracając do siebie Virion dostrzegł wśród wojsk południowców żelaznych ludzi, którzy powinni siedzieć w lochach Deepwood Motte. Czy znajdował się tam też jego brat Maron?  

Późnym wieczorem, po kolejnych naradach w sztabie Szarej Chorągwi, ujawniając talent warga, Kell wszedł w skórę swej mewy i odbył długi lot zwiadowczy ku Winterfell. Nie dotarł do zamku, ale po drodze dojrzał dwa oddziały zbrojnych. Pierwszy, prowadzony pod sztandarami Freyów, liczył blisko półtora tysiąca ludzi (w tym przynajmniej 500 jazdy), drugi, składający się z kilku setek konnicy, podążający w oddaleniu i równolegle, miał na proporcach trytona Manderly’ch. Sir Eryk niezwłocznie powiadomił o tym króla. Stannis nakazał przygotować się Szarej Kompanii do rozbrojenia i pojmania ludzi Karstarków. Wkrótce w długiej chacie rozpoczęła się nocna narada wojenna z udziałem wszystkich lordów, dowódców i wodzów klanowych. Kiedy większość osób się wypowiedziała, w tym Karstarkowie, którzy wyrazili chęć obsadzenia prawej flanki, król przerwał zebranie i wydał w sekrecie odpowiednie rozkazy. Kasztelan Karholdu, Arnolf Karstark, wraz z synami i wnukami, został zaproszony do wieży i tam pojmano zdrajców przy niewielkim rozlewie krwi. W tym czasie Szara Kompania z jednej strony i zbrojni z południa z drugiej, otoczyli śpiących jeszcze ludzi Karstarka i zmusili ich do poddania. Dzięki postawie Borga, Viriona i sir Jona obyło się bez strat własnych. Kell i Mucha wykorzystali sytuację aby zdobyć zapasy Karstarków wzmacniając tym wymiernie zasoby Szarych Braci.

Po całym zamieszaniu, o świcie, po serii audiencji w wieży, król ponownie zwołał radę wojenną ujawniając na niej zdradę rodu Karstarków i informując zebranych, że zdrajcy wysłali do Winterfell mapę obozu. Wielu obecnych te wieści przygnębiły, ale Stannis wydawał się być zadowolony. Chciał wykorzystać całą sytuację na swoją korzyść. Umocnić teren między jeziorami, przenieść wieżę i chaty na wyspy większego z nich i zmylić atakujących. Król poinformował zebranych, że Freyów prowadzi Hosteen, zaś sprytny Aenys Frey zginął pod Winterfell w pułapce przygotowanej przez Morsa Umbera Wronojada (z Ostatniego Domostwa). Hosteen nie grzeszył subtelnością i wykuwany na spotkaniu plan walki miał duże szanse powodzenia. Z kolei drugi wrogi oddział miał prowadzić sam Wyman Manderly, pan Białego Portu, słynny Lord Za Gruby By Wsiąść Na Konia. Król był pewny swoich wiadomości, nie zdradzał jednak ich pochodzenia. Być może miał z tym związek list z Muru albo więzień przykuty do ściany w wieży. Wkrótce okazało się, że jest to Theon Sprzedawczyk – znienawidzony przez północnych zdrajca i morderca Starków, brat Ashy Greyjoy. Stannis miał tego dnia także innych gości…

Wróg ma dotrzeć najdalej za dwa dni. Czasu jest mało. Spośród 800 koni południowców obecnie żyje jedynie 64. Rycerze i lordowie będą walczyć spieszeni. Resztki koniny mają wypełnić żołądki żołnierzy. Zbliżała się bitwa…

CDN.


Komentarz MG:

Powyższa przygoda miała na celu scementowanie braterstwa postaci Graczy i obciążenie ich obowiązkami zarządzania cała kompanią. Gracze spisali się doskonale, ich bohaterowie również. Ten typ przygód, konwencja kompanijna, często powoduje rozbicie sesji na ciąg scen poświęconym pojedynczym postaciom (niemalże jak „imienne” rozdziały w powieściach Martina, jak zwrócił uwagę jeden z Graczy)  i należy dbać o to, by każdy miał swój „czas antenowy”. Z drugiej strony drużyna jest pewną całością, reprezentuje cały oddział, BG coraz lepiej uzupełniają się, a ich postaci wyspecjalizowały się w przydatnych aspektach życia kompanii najemników. Staram się, by „statyści” - towarzysze z szarej braci, mieli swoje imiona i nie byli li tylko anonimowymi sylwetkami, traktowanymi przez Graczy jak popychadła czy mięso armatnie. Podczas narady wojennej, to Gracze (choć nie ich postaci) dyskutowali, proponowali i decydowali o taktyce walki, przesuwali znaczniki poszczególnych oddziałów na mapie terenu, zaznaczali miejsca umocnień i inne ważne elementy.

Podczas całej sesji, na bieżąco, modyfikowane były współczynniki kompanii (patrz Czarneskrzydła, czarne słowa_ sesja 2) i wpływ na to miały przede wszystkim działania (lub zaniechania) BG. Pamiętajcie, że w dark fantasy każdy czyn ma konsekwencje, czasem dobre, czasem złe, a najczęściej i takie i takie, czego przykładem może być zranienie przez bohaterów dwóch ważnych królewskich rycerzy: sir Claytona i sir Godry’ego. Ci religijni fanatycy mogli by się znacząco przydać w nadchodzącej bitwie…


Deepwood Motte, dworzyszcze rodu Gloverów pośród Wilczego Lasu, początek Długiej Zimy, kolejny chłodny i rześki świt pod stalowym niebem...

Armia prawowitego władcy Westeros, króla Stannisa Baratheona, obecnie w przeważającej części składa się z ludzi północy – głównie wojowników z górskich klanów: Wullów, Norreyów, Flintów i Liddlów, żeby wymienić tylko największe. Górali jest dobrze ponad trzy tysiące. Do tego dochodzą nieliczne zastępy chorążych Starków: rodu Mormontów, Gloverów i Reedów. Wkrótce, pod Winterfell, do Jego Miłości dołączyć mają hufce Karstarków i Umberów. Trzonem armii są poczty rycerskie i zbrojni lordów południa, wiernych Smoczej Skale od początku wojny o tron. Niemal czterystu rycerzy, ich giermkowie, służba, do tego łucznicy, topornicy i włócznicy. Łącznie blisko 1500 ludzi, 800 koni. Do tego tabory: długa kolumna dwu i czterokołowych wozów osłaniana przez tylną straż i rozsianych po lesie zwiadowców. Szara Kompania to jeden z nielicznych oddziałów najemniczych towarzyszących wojskom króla Stannisa, po bitwie pod Murem zredukowana do 124 osób. A właściwie do 125, bowiem przygoda zaczęła się od krótkiej ceremonii wpisania do Rejestru nowego kompaniona - Kella Niedźwiedzia z klanu Wullów. Wcześniej góral przeszedł niełatwe „próby charakteru” wymyślone przez pozostałych graczy (wypicie końskich szczyn podczas przechadzki po rozżarzonych węglach i tym podobne). W obecności dowódcy kompanii – Starego, Łańcucha pełniącego funkcję skryby, chorążego sir Eryka oraz kilkorga świadków, Kell złożył przysięgę wierności braciom, posłuszeństwa rozkazom i służby Szaremu Sztandarowi.
Następnie drużyna dołączyła do rozgardiaszu prędkiego zwijania obozowiska, przedsięwzięcia przypominającego pożar w burdelu. Całym zamieszaniem próbował komenderować z pomocą Jednorękiego i Kennetha kwatermistrz Dratwa. Rozdzielał zadania, kopniaki, poganiał, sprawdzał pakowanie namiotów, bezpieczeństwo prowiantu, itd. Bohaterowie Graczy z mniejszym lub większym zaangażowaniem włączyli się w ów cyrk. Mucha, Jon Hollard i Kell przyłożyli się ofiarnie do wspólnego wysiłku, podobnie jak Virion oraz sir Eryk, który dopilnował oporządzenia koni wierzchowych. Kalispera bezwstydnie wykorzystywała uprzejmość mężczyzn moszcząc się na jednym z 4 wozów kompanijnego taboru, a wcześniej biorąc pod opiekę dwójkę starszych dzieciaków od pewnego czasu włóczących się z kompanią. Zwróciła też na siebie uwagę samego króla Stannisa, co miało zaprocentować w przyszłości… Tymczasem Siódmy zbijał bąki. Rozkaz zajęcia się bronią strzelecką kompanii zepchnął na innego kompana (Krzywego Dana) poprzez wygraną w kości i pławił się w hazardzie aż do momentu przywołania do porządku przez bardziej odpowiedzialnych towarzyszy.
Godzinę później armia Stannisa opuściła Deepwood Motte żegnana dźwiękiem rogów. W grodzie Gloverów pozostało kilku uwięzionych Żelaznych Ludzi (w tym brat Viriona – Maron), ale córka krakena – Asha Greyjoy została w łańcuchach zabrana z wojskiem królewskim. Podróżowała na jednym z wozów taboru pilnowana przez samą Niedźwiedzicę – Alysane Mormont.  Długa kolumna marszowa, licząca przeszło 5000 ludzi, zagłębiła się w Wilczy Las.
Pogoda dopisywała a zryta koleinami leśna droga umożliwiała w miarę szybkie poruszanie się wojsk. Dookoła szumiały strzeliste sosny, wysokie jodły i choiny, drzewa strażnicze i świerki, nagie klony i sękate rozłożyste dęby. Na pniach drzew lśnił szron, gęste zarośla kontrastowały z łachami brudnego śniegu. Pierwszego dnia armia Stannisa pokonała  prawie 22 mile, drugiego 24. Prowadzili ją tropiciele i myśliwi z Deepwood Motte. Do Winterfell było 300 mil w linii lotu kruka. Szacowano, że dotarcie do twierdzy zajmowanej przed Boltonów zajmie 15 dni.
Tymczasem sir Eryk starał się zdyscyplinować kompanię, przywrócić karność sprzed kilku miesięcy. Nie unikał też religijnych pogadanek z Hexogą, swym osobistym bóstwem, w roli głównej. Kell Niedźwiedź sprawował się dobrze, najczęściej z wprawą powożąc zaprzęgiem, karmiąc swą mewę lub zaprzyjaźniając się z Sierotą – ciekawskim lisem wędrującym z kompanią. Kalispera przyuczała do złodziejskiego fachu młodą Maggie, dla której stała się mentorką, i próbowała okiełznać bezimiennego chłopaka o parszywej gębie, kolejną nieletnią sierotę w oddziale. Siódmy w towarzystwie Viriona głównie pili, grali i spali.
 

Trzeciego dnia armia pokonała 14 mil lasu. Zryta koleinami droga zamieniła się w ścieżkę. Jeźdźcy musieli częściej prowadzić swoje wierzchowce, karczowano zarośla by umożliwić przejazd wozom. W czasie marszu Mucha i Jon Hollard nawiązali bliższą znajomość z góralami, szczególnie z klanem Wullów. Sam Hugo Wull, zwany Wiadrowym, wódz plemienia, przyjął obrotnego, wygadanego Muchę jako honorowego członka klanu. Hollard miał już wcześniej zapewniony szacunek wśród tych swarliwych, surowych, ale prostolinijnych ludzi północy. Sir Eryk znalazł odpowiedniego towarzysza rozmów w osobie sir Justina Masseya, południowego rycerza, jednego z zaufanych króla, dowodzącego taborami armii. Sir Justin często kręcił się w pobliżu wozu Ashy Greyjoy najwyraźniej wiążąc z branką jakieś matrymonialne plany na przyszłość…  
Robiło się coraz chłodniej, kolumna marszowa wkroczyła do samego serce kniei pełnej skał i głazów pokrytych brodami oszronionego mchu. Nocami pod obozowiska podkradał się coraz ostrzejszy mróz. Gęste, iglaste korony drzew odcinały światło słoneczne i nawet w południe pogrążały puszczę w półmroku.
Sir Eryk, za sprawą zabiegów Kalispery i jej młodej wychowanicy (potajemnie malowane znaki na pancerzu), zyskał pewność, że jest wybrańcem bogini Hexogi. Tymczasem sama Kalispera otrzymała zaproszenia na wieczerzę z królem, najwyraźniej spragnionym pięknego, niewieściego oblicza w miejsce coraz bardziej zarośniętych gęb swoich ludzi. Kobieta umiejętnie, powoli i subtelnie rozbudzała w Jego Miłości pożądanie skrywane za surowym, beznamiętnym obliczem. Wieczerze sam na sam powtarzały się nieregularnie przez kilka dni. Choć oszczędny w słowach, król wyjaśnił Kalisperze, że zdobycie Winterfell to wymóg obecnej sytuacji, przede wszystkim determinacji ludzi północy chcących odbić z łap Boltona Aryę Stark. Opanowanie i umocnienie pozycji na północy miało być dopiero wstępem do zajęcia tronu. Wkrótce Żelazny Bank miał wreszcie otworzyć przed królem swoje zasoby, dzięki którym nie setki a tysiące najemników z Wolnych Kompanii zasili szeregi Stannisa.
Podczas wizyt w królewskim namiocie Kalispera zwróciła też uwagę na głośne, przepojone żarliwą wiarą modlitwy kilkunastu rycerzy przy wielkim ognisku. Co noc zbierali się tam gorliwi wyznawcy R’hllora, Pana Światła, prosząc o opiekę i przewodnictwo w wielkim dziele…     
Problemy zaczęły narastać czwartego dnia marszu. Choć mróz zelżał, zaczął padać śnieg, a wkrótce przebudził się też wicher. Zimne i wilgotne zawieje przeszły w gęstniejące zadymki. Piątego, szóstego, siódmego i w kolejne dni śnieg wciąż sypał a wicher smagał maszerujących jak bicz. Śnieżyca wzmagała się, biały puch z godziny na godzinę gęstniał, zaspy rosły, utrudniało to nie tylko wędrówkę, ale bardzo wydłużało czas rozkładania i składania obozowisk. Odmrożenia zaczęły się szerzyć jak plaga. Ludzie, zwierzęta i wozy mozolnie brnęli przez śnieg skrywający zwalone pnie, korzenie, doły, kamienie, zamarznięte rzeki, stawy i jeziora. Widoczność sięgała najwyżej kilkunastu kroków. Ludzie i konie łamali nogi, wozy ulegały uszkodzeniom. Szara Kompania otrzymała rozkaz ochrony i pomocy taborowi, który został daleko w tyle i rozciągnął się na kilka mil. Znacznie lepiej radzili sobie górale, zarówno ci na niskich, kudłatych konikach jak i wędrujący pieszo, wyposażeni w „niedźwiedzie łapy” (rakiety śnieżne). Klany wysforowały się do przodu, przed awangardę wojsk królewskich, polowały po lasach i traktowały długą śnieżycę ledwie jako przedsmak nadchodzącej zimy, z pogardą odnosząc się do „południowców”. Dzięki Musze i Hollardowi, sugestiom Kalispery i rozkazom sir Eryka, „niedźwiedzie łapy” wkrótce nosili też szarzy bracia męczący się z wozami taboru. Na jednym z przekraczanych zamarzniętych jezior bohaterowie uratowali od utonięcia furgon, ale gdzieś dalej niemal utopił się jeden z południowych lordów.

Śnieżyca trwała, ludzie króla zaczęli szeptać o ludzkiej ofierze dla Pana Światła. Racje żywnościowe drastycznie się zmniejszyły, zaczęło się zabijanie koni na mięso. Szara Kompania, dzięki zaradności Dratwy, wydawała dziennie swoim ludziom po małym kawałku słoniny i zapleśniałym sucharze. Ogień dawał więcej dymu niż ciepła, ironią losu było to, że w największej puszczy Westeros nie można było zdobyć suchego drewna. O ciepłą odzież, żywność, a nawet miejsce przy ogniskach, wybuchały bijatyki. Piętnastego dnia marszu połowa drogi do Winterfell nie została pokonana. Śnieżyca nasilała się. Armia robiła dziennie 3, potem 2, a w końcu tylko jedną milę. Wszyscy byli zmarznięci, osłabieni i głodni. Prowiant i pasza kończyły się. W końcu, dwudziestego pierwszego dnia marszu, obóz nie został zwinięty. Wojsko utknęło na dobre w małej, opuszczonej osadzie pomiędzy dwoma dużymi zamarzniętymi jeziorami. Choć wydawało się to niemożliwe, śnieżyca się jeszcze nasiliła, widoczność spadła do kilku kroków, na szczęście ustał wiatr. O mroźnym poranku wielki obóz zdawał się być cichy jak cmentarzysko.
Górale łowili w przeręblach ryby i południowcy szybko poszli w ich ślady, podobnie jak Szara Kompania. Bohaterowie starali się czerpać jak najwięcej wzorów od klanowych wojowników. Jednak ryby to nie wszystko. Liczba żywych koni bardzo zmalała. Mijały dni. Któregoś wieczora Stary zdradził BG, że za trzy doby prowiant kompanii skończy się definitywnie. Ludzie przebąkiwali o dezercji.
Podczas łowienia z przerębli doszło do scysji pomiędzy szarymi braćmi i zbrojnymi południowego rycerza, sir Claytona Suggs’a. Przerodziło się to w pojedynek między sir Erykiem a Suggs’em, z łatwością wygrany przez tego pierwszego. Sir Clayton stracił pod lodem miecz i odszedł wściekły. Nieco później bohaterowie odwiedzili obozowisko rodu Karstarków, którzy z dużymi zapasami żywności (przeznaczonej wyłącznie na własne potrzeby), niedawno dołączyli do armii króla Stannisa. Siódmemu nie wyszła próba myszkowania i (zapewne) kradzieży cennego prowiantu. W niektórych z BG obudziły się wątpliwości co do szczerości ludzi Karstarków. Postanowili niedługo zbadać bliżej temat i podjąć próbę zdobycia części żywności nowo przybyłych. Zanim do tego doszło, o zmierzchu, Szara Kompania została odwiedzona przez dużą grupę zbrojnych króla, na czele z sir Clayton’em i sir Godry’m Farringiem Olbrzymobójcą (prawą rękę Stannisa po stracie nieodżałowanego sir Richarda Horpe’a). Południowym rycerzom towarzyszył Sylvan, oddany R’hllorowi szary brat, często spierający się z sir Erykiem, wskazanym teraz jako heretyk, czciciel demonów i ofiara dla Boga Światła przez aroganckiego Olbrzymobójcę. Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Krewki Kell sięgnął po łuk i w blasku pochodni trafił najpierw celnie sir Godry’ego, a potem Sylvana. Pierwszy padł co najmniej ciężko ranny i został odciągnięty przez wycofujących się południowców i sir Claytona, drugi, martwy pozostał na miejscu. Powiadomiony o wszystkim Stary dostał jakiegoś ataku i mimo pomocy Łapiducha nie odzyskał przytomności. W innym miejscu wielkiego obozowiska, oświetlanego setkami ognisk i wielkim paleniskiem na szczycie starej wieży strażniczej umiejscowionej w pobliżu chat, także wybuchło zamieszanie. Kilku południowców przyłapano na spożywaniu ludzkiego mięsa, połci wyciętych z ud i pośladków martwego towarzysza…
Stos ofiarny dla czerwonego boga został ustawiony. Wśród namiotów, szałasów, rozpadających się chat i zagród narastała wrzawa, przemoc wkrótce miała wykipieć.
CDN.

Uwaga:  inspiracją dla powyższego tekstu, jak i całej sesji, była fabuła wybranych fragmentów drugiego tomu „Tańca ze smokami” Georga R.R. Martina, wydanego przez Zysk i spółka, Poznań 2011 r. Część postaci (BN), ewentualne cytaty lub parafrazy zawarte w streszczeniu pochodzą właśnie stamtąd.