Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

Jesteśmy Szarą Kompanią, wilkami wojny, bezdomnymi żołdakami wiernymi Fortunie,
o duszach wystrzępionych jak nasz sztandar, ciałach poznaczonych karbami wielu bitew. Brnąc w śniegu, noga za nogą, maszerujemy naprzeciw wichrom zimy. Obozujemy w krwawym blasku ognisk, patrząc w oczy nocy, wsłuchani w mroźną ciszę lasu, gdzie przyczajona śmierć szepcze nasze imiona tęsknie, jakby wspominała dawnego kochanka… Jesteśmy braćmi zaprzysięgłymi chwale i łupom; najemnymi mieczami o kamiennych sercach i oczach, które widziały zbyt wiele. Maszerujemy pośród bieli, w jądro ciemności pęczniejące za lodowym murem pamiętającym świt świata. Strzeż się Północy – idziemy do ciebie. Idziemy po swoje.



Kapitan kompanii sir Eryk Dayne (vel Malforto) szybko dochodził do siebie po podtruciu. Wkrótce po opuszczeniu Winterfell stanął na własnych nogach. Przyboczni zdali mu relację z ostatnich dni. Mucha i Virion nie ukrywali sceptycyzmu odnośnie decyzji porucznika Kella Raydera. Sir Eryk żałował opuszczenia Winterfell, ale nie podważył rozkazów zastępcy, zresztą na powrót było już za późno. Mijały dni. Kolumna kompanii, w środku której jechały dwa kryte wozy, maszerowała na północ Królewskim Traktem. Droga, choć pokryta śniegiem, zapewniała szybszą wędrówkę niż otaczający ją Wilczy Las. Knieja wydawała się być wymarła, cicha jak grób. Od świtu do zmierzchu świat był czarno biały, całun śniegu złamany był ostrymi konturami nagich drzew.

Mucha regularnie urządzał nabożeństwa ku czci Hexogi, dobrał też sobie trzech uczniów – akolitów, których przyuczał do niższej kasty kapłańskiej. Kell często rozmawiał z Shireen, odciągając dziewczynkę od rozpaczy po stracie ojca i niepewności jutra. Wędrówka była wyczerpująca i monotonna, choć pogoda sprzyjała: śnieg padał rzadko, wiatr był niemrawy. Doskwierał za to mróz. Ludzie korzystali z góralskich „niedźwiedzich łap” i mając pełne żołądki maszerowali względnie szybko.


Podczas któregoś z noclegów, kiedy bohaterowie rozgrzewali się i niemrawo gawędzili przy ognisku, gdzieś z południa, spoza linii wart, doszedł ich donośny trzask łamanych gałęzi. Warg postanowił wślizgnąć się w skórę swej mewy i wykonać zwiad. Chwilę później w ognisko spadło coś dużego, płomienie strzeliły na wszystkie strony! Było to ciało jednego z wartowników. Od strony południowej dobiegły krzyki innych strażników. Virion popędził tam z toporkiem w garści, uskrzydlony Kell był na miejscu trochę szybciej. Mial wrażenie, że las się budzi, drzewa poruszały się, a pośród nich gorzały dwa zimne, niebieskie płomienie. Obóz był atakowany przez potężną postać – olbrzyma z oczami wypełnionymi złowrogim błękitnym blaskiem. Gigant nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, próbował deptać i chwytać kompanionów, oderwał z rosłego dębu wielką gałąź i grzmocił nią na lewo i prawo. Czy był ożywieńcem, jak upiorne zwłoki ludzi w Winterfell? Virion wydał rozkaz dobycia obsydianowej broni, ludzie strzelali z kusz i łuków, odskakując od powolnej bestii, która niepowstrzymanie kroczyła przed siebie, w głąb obozu. Kell po przeskoku do swego ciała (zadbał o nie Mucha) pobiegł na jeden z wozów odpakować Róg Zimy – chciał sprawdzić, czy starożytny instrument wpływa na olbrzymy. Sir Eryk zebrał wokół siebie ludzi, także chorążego Viriona, który przekazał dowódcy sztandar. Smocze szkło zdawało się być zbyt delikatne, ale może smocza kość, z jakiej wykonana jest lanca - drzewiec chorągwi - sprosta zadaniu? Olbrzym był tuż! Kompanioni zrobili mu miejsce, otoczyli trzymając bezpieczny dystans, jak sfora hartów wokół niedźwiedzia, a do szarży z lancą rzucił się brawurowo samotny Kapitan. Postawił wszystko na jedną kartę, jeden cios. Jeśli by się nie udał, uderzenie giganta niewątpliwie zabiło by sir Eryka mimo noszonej zbroi płytowej. Lanca jednak trafiła wystarczająco silnie, aby wbić się w brzuch stwora, który przewrócił się sztywno jak podcięte drzewo. Ziemia zadrżała i… drżeć nie przestała! Co się działo? Czyżby z lasu nadbiegały kolejne olbrzymy? Dookoła pękały i upadały pnie, zamarznięta ziemia dygotała i rozstępowała się, konie kwiczały w panice, czapy śniegu zsuwały się z wibrujących iglastych gałęzi, ludziom plątały się nogi, gwiazdy wirowały na niebie. Nagle wszystko ustało. Tylko Kell znał przyczynę fenomenu – choć bezgłośnie, to jednak „zagrał” na Rogu Zimy, przebudził śpiące pod ziemią olbrzymy, przynajmniej metaforycznie. Ten sekret porucznik zdradził przyjaciołom dopiero kilka dni później, po rozmowie ze swym ojcem Mance’m, sugerującym pogrzebanie gdzieś magicznego przedmiotu, np. zatopienie go pod lodem mijanego Długiego Jeziora. Niemniej bohaterowie na razie nie zdecydowali się na rozstanie z rogiem.
Następnego dnia Szarą Kompanię dogoniło kilku poharatanych konnych w barwach Barrowton. Pewnym było, że zeszłej nocy wiele przeszli, dwa konie nie miały jeźdźców. Jeden z rycerzy chciał poznać losy lady Dustin, pod Winterfell usłyszał dziwne rzeczy. Sir Eryk i Mucha oględnie odpowiedzieli o okolicznościach śmierci szlachcianki i jej pogrzebie. Winę za całe zło zrzucili na górali. Na koniec, udało się nawet kompanionom zdobyć dodatkowego wierzchowca.

Szara Kompania minęła Długie Jezioro, Wilczy Las został z tyłu. Przydrożne osady i gospodarstwa były w większości opuszczone i złupione. Być może przez dzikich albo oddziały Ramseya Boltona. Po kolejnych kilku dniach marszu najemnicy znaleźli się stosunkowo blisko Ostatniego Domostwa – rodowej siedziby Umberów. Hother „Kurwistrach” zaproponował gościnę, mając nadzieję, że jego dworzyszcze nie wpadło w obce ręce. Okazało się, że stara warownia oparła się na razie wszystkim przeciwnikom, mimo że wewnątrz pozostały głównie kobiety, kalecy i dzieci. Szara Kompania została w Ostatnim Domostwie kilka dni. Wszyscy zachowywali się grzecznie, chętni bohaterowie mogli sobie poużywać z samotnymi, głodnymi mężczyzn wdowami z Północy. W twierdzy najemnicy zostawili także okaleczonego Mance’a Raydera, dla którego powrót na Mur mógłby różnie się skończyć, oraz słabującego Jona Hollarda wraz z jego kobietą, Ythar. Ostatniej nocy nad siedzibą Umberów przemknęła spadająca gwiazda. Omen, ale czego? 

Dalsza podróż przebiegła bez przygód, choć wszyscy mieli wrażenie, że to cisza przed burzą. Wreszcie na horyzoncie kompanioni dostrzegli białą linię wyraźnie odcinającą się od szarych, skłębionych chmur. Mur, jeden z cudów świata, imponująca starożytna budowla wysoka na 200 metrów. Co miała powstrzymać? Jakie zło tysiące lat temu tak bardzo wystraszyło żyjących w Westeros Pierwszych Ludzi, Olbrzymy i mityczne Dzieci Lasu, że zjednoczyli się oni by wybudować coś tak monumentalnego?  Cóż, Szara Kompania to nie filozofowie, tylko najemnicy. Zatrzymali się na nocleg w Kretowisku - dużej i nieporządnej osadzie kilka mil na południe od Czarnego Zamku. Mucha wypytywał miejscowych o najnowsze wieści z Muru i okolic, zgromadził wiele plotek, ale trudno było oddzielić prawdę od fałszu, zwłaszcza, że działy się rzeczy niecodzienne. Pewne było jedno: za Murem zapadła wieczna noc i panował mróz tak straszliwy, że zamarzało tam samo powietrze.



Następnego ranka, kiedy Szara była znów w drodze, dotarł do niej posłaniec od nowego lorda dowódcy Nocnej Straży, z zaproszeniem i prośbą pomocy. Obie rzeczy zostały przez bohaterów odrzucone, przynajmniej na razie. Kompania ruszyła na północy zachód, do Nocnego Fortu, gdzie miała znajdować się małżonka króla Stannisa i jego ludzie. Nocny Fort, niegdyś największy zamek Nocnej Straży, leżał w ruinie. Kiedy na Mur przybył Baratheon, rozpoczęto powolną odbudowę warowni, w której obecnie zamieszkiwała królowa Selyse z dworem. Uszczelniono i odnowiono kilka budynków, dziedziniec ogrodzono palisadą, postawiono stajnię. Wewnątrz mieszkało około 100 ludzi w tym kilku południowych rycerzy. Oraz lady Melisandre, Czerwona Kapłanka.


Szara Kompania rozbiła obozowisko na zewnątrz Nocnego Fortu, pod zagajnikiem. Bohaterowie widzieli nieopodal krążącego pośród drzew wielkiego białego wilkora, albinosa z czerwonymi ślepiami i świeżymi bliznami na ciele. Zwierzę odważnie zbliżyło się do ludzi, zjadło nawet kawał mięsa z rąk Kella, później jednak przepadło w zaroślach.


Do Nocnego Fortu, a później przed oblicze królowej Salyse i jej wuja oraz opiekuna sir Axella Florenta, wpuszczono jedynie sir Eryka, Kella, Muchę i Viriona. Bohaterowie oddali małą Shireen, którą matka powitała dość powściągliwie, a później bez ogródek wyjawili los Stannisa, składając u stóp królowej Światłonoścę i sztandar Baratheona. Straszliwe wieści zdruzgotały małżonkę zmarłego króla. Jej namiestnik i wuj Axell Florent, również będący w pełnym niedowierzania szoku, odprawił BG. Zanim jednak kompanioni opuścili Nocny Fort, spotkali się z lady Melisandre, nieobecną u boku królowej. Czerwona Kapłanka, jak zwykle w burzy ognistych włosów oraz zbyt cienkiej i wydekoltowanej szkarłatnej sukni, zaprosiła bohaterów na prywatną rozmowę w swej komnacie. Tam zaproponowała im pracę – nowy kontrakt. Zapłatą miały być szlachetne kamienie. Zaliczkę wyczarowała kobieta magiczną sztuczką. Wprost z ognia piecyka wyciągnęła dwa rozżarzone do białości węgle, ścisnęła je w ręku bez oznak bólu a kiedy otworzyła dłoń, jej ciało było nienaruszone. Na gładkiej dłoni leżały dwa krwawo-różowe klejnoty. Wręczyła je sir Erykowi. Bohaterowie nie chcieli w kontrakcie religijnych zapisów dotyczących Pana Światła, ale zgodzili się na potwierdzenie umowy krwią. Dokument został sporządzony i podpisany kilka godzin później. W międzyczasie Kell zagadnął zbrojnych z Nocnego Fortu o dzikich. Szukał Val i małego synka Mance’a Raydera. Słyszał kwilenie niemowlęcia. Rozmówcy zaprzeczyli jednak, by na zamku znajdował się ktoś z dzikusów.    

Kilka godzin po podpisaniu umowy bohaterowie zostali zaprowadzeni przez lady Melisandre, ich nowego pracodawcę, do lodowatej komnaty leżącej gdzieś miedzy fundamentami Muru. W mroku, na białym katafalku będącym wielkim, surowym blokiem lodu, leżało ciało młodego mężczyzny z wieloma ranami korpusu.

- Oto prawdziwy Azor Ahai – powiedziała cicho lady Melisandre wskazując na zamarznięte zwłoki - On nas poprowadzi naprzeciw Ciemności. W imieniu Pana Światła zatryumfuje nad Innym! Tej sprawie teraz służycie.




W wielkim Winterfell, gdzie zapadła Długa Zima, być może ostatnia zima ludzi, wciąż gnieździli się najemnicy z Szarej Kompanii, górale z klanów Pogórza oraz dzicy. Wolni Ludzie zza Muru i klanowi wojownicy szczerze się nienawidzili. Dzicy stanowili największą grupę w twierdzy ale, wewnętrznie podzieleni, nie potrafili narzucić swej woli pozostałym. Król Stannis nie żył, podobnie jak Ramsey Bolton. Sir Eryk i Cristian Borg leżeli zmożeni trucizną i ranami. Zrozpaczona ale najedzona Shireen Baratheon znajdowała się pod opieką Szarej Kompanii, a kontrakt jej ojca z najemnikami właśnie wygasł.

Obecny dowódca Szarych, porucznik Kell „Niedźwiedź” Rayder, odbył kilka spotkań z młodą córką lorda Stannisa a także z głównym więźniem kompanii – Roosem Boltonem. Podczas ostatnich wizyt u lorda Pijawki Kellowi towarzyszył Łańcuch. Negocjowano wypuszczenie Namiestnika Północy i bezpieczny wymarsz Kompanii z Winterfell. Porucznik rozmawiał także ze swoim ojcem – Mancem Rayderem, myślał o nowej rodzinie: szwagierce Val i maleńkim przyrodnim braciszku, zostawionych gdzieś  na Murze. Od Torega Wysokiego i Sorena Rozbijacza Tarcz Mance dowiedział się o kulisach śmierci lorda dowódcy Jona Snow, zasztyletowanego przez własnych podkomendnych. Wolni Ludzie mówili o walkach i rozłamie, który nastąpił w Czarnym Zamku, o tym, że Tormund Zabójca Olbrzyma ruszył ze swoimi do Hardhome, o tysiącach wron i kruków nawiedzających Mur w dniu śmierci Snowa, o magicznych sztuczkach Czerwonej  Kapłanki i chaosie, z którego później zapewne skorzystał Bękart Boltona.

Kiedy Kell próbował samodzielnie rozstrzygnąć przyszłość Kompanii, Mucha gryzł się wspomnieniami o Petrze, swej pięknej, zdradzieckiej i martwej żonie. Zwołał i poprowadził w sepcie hexogalne nabożeństwo, podczas którego obwieścił, że jego miłość i ufność wobec Petry były jedynie grą, która miała ją sprawdzić. Kapłan przedstawił siebie nie jako zdradzonego, wzgardzonego małżonka, ale przebiegłego, cynicznego oficera, dla którego dobro Kompanii było wartością nadrzędną. Może Mucha próbował sam w to uwierzyć? Trudno powiedzieć, co pomyśleli szarzy bracia…

Virion miał tymczasem sporo roboty z zachowaniem porządku w Winterfell. Dzicy próbowali zdobyć żywność na własną rękę, doszło do bójek z góralami, ale twardziel z Żelaznych Wysp jak zawsze poradził sobie z sytuacją. Lojalny brat Maron zawsze go ubezpieczał. W związku z niedyspozycją Borga, Kell wyznaczył Viriona na tymczasowego chorążego Szarej Kompanii. Na tym samym spotkaniu sztabowym doszło do długiej i gorącej dyskusji o przyszłości najemników i kształcie porozumienia z lordem Boltonem. Kell wynegocjował list żelazny od Namiestnika Północy i zamierzał podpisać z nim kontrakt. Jednak przed zaciągiem na służbę Dreadford, „Niedźwiedź” chciał odwiedzić Mur, odstawić tam Shireen Baratheon, odzyskać zaległy żołd kompanii i załatwić swoje osobiste sprawy. Mucha i Virion chcieli jak najwięcej uzyskać od Boltona w formie okupu, o którym Kell nie chciał słyszeć. Kwestionowali też kierunek marszu Szarej. Negocjacje ze zdezorientowanym i podejrzliwym lordem skomplikowały się, bohaterowie niemal wzięli się za łby, emocje wybuchały. W pewnym momencie Kell postawił wszystko na ostrzu noża, chciał uzyskać votum zaufania dla swojego przywództwa. Zgromadzono więc szarych kompanionów w donżonie, gdzie Mucha bardzo oględnie przedstawił braciom problem, wskazując dwóch kandydatów na dowódcę – Viriona oraz dotychczasowego Kella. „Niedźwiedź” wygrałby głosowanie bez problemu, ale głos Hanzi’ego, kapłana Hexogi i szanowanego brata, odwołującego się do sakiewek, zrobił swoje. Kell przemówił krótko do ludzi, Virion odpuścił sobie mowę. W pierwszym głosowaniu doszło do remisu, drugie niewielką ilością głosów wskazało na „Niedźwiedzia”. Kell Rayder pozostał więc zastępcą niedysponowanego dowódcy, obronił swoją wizję i taktykę postępowania z Boltonem. Virion i Mucha, choć niezadowoleni, lojalnie podporządkowali się decyzji.

Tymczasem z południa nadjechał oddział blisko pięciuset konnych pod proporcami Barrowton – zaprzysiężeni ludzie lady Dustin. Nowoprzybyli dołączyli do obozujących pod Winterfell zbrojnych Boltona, dowodzonych przez kasztelana Dreadfort. Bohaterowie wznowili rozmowy z więzionym lordem, który podpisał list żelazny gwarantujący bezpieczeństwo Szarej Kompanii, z perspektywą najęcia kompanionów w niedalekiej przyszłości, kiedy (jeśli) wrócą zza Muru.

Szara Kompania zaczęła pakować manatki. Cztery zdobyte niedawno konie wykorzystano jako zwierzęta pociągowe w dwóch naprawionych furgonach. Przenoszono na nie żywność, obsydianowe ostrza, przygotowano do transportu ciężko rannych. Wówczas wśród bohaterów wybuchł kolejny spór. Kell, tym razem popierany przez Muchę, chciał zabrać ze sobą na Mur „Róg Zimy” Joramuna. Sprzeciwiał się temu Virion, przywołując wcześniejsze obawy nieprzytomnego sir Eryka. Tym razem BG postanowili rozstrzygnąć sprawę poprzez… pojedynek na pięści! Pewny siebie Virion ostro rachował kości porucznika, ale na końcu dał się zaskoczyć niespodziewaną kontrą Kella, który rozpaczliwym ciosem głową znokautował chorążego. Starożytny instrument został więc odgrzebany i wyciągnięty z krypt Starków.

Około południa następnego dnia wystrzępiony sztandar Szarej Kompanii wymaszerował z Winterfell, lord Bolton został przekazany w ręce swych ludzi. Cała sytuacja zaskoczyła górali i dzikich, którzy w przeważającej większości zostali w twierdzy. Klanowi wojownicy z pogórza, z żalem i wściekłością żegnali najemników, byli wszak pewni, że wspólnie doczekają tu powrotu swych ziomków wraz z rodzinami. Czuli się oszukani. Z drugiej strony Namiestnik Północy nie zdawał sobie sprawy, że w Winterfell nie tylko Szara Kompania rozdaje karty. Konieczność zdobywania zamku zapewne bardzo popsuła mu szyki i humor…

Siedemdziesięciu siedmiu braci i kilka sióstr, pieszo, wraz z dwu wozowym taborem, zostało zaczepionych przez konnych z Barrowton. Nie do końca pogodzili się oni z niejasną informacją o śmierci lady Dustin. Mucha zaoferował południowcom oddanie Harwooda Stouta, co uczyniono kilka mil dalej - za Szarą Kompanią przez jakiś czas wędrował trzydziestoosobowy konny oddział wasali Dustinów, który przejął oszołomionego narkotykiem (osiągnięcie Kalispery) Stouta. Nie wiadomo, co jeźdźcy uczynili później…


Kompania maszerowała. Na krytym furgonie jechali ściśnięci: nieprzytomni sir Eryk i Borg, Mance Rayder i płacząca Shireen, obłąkany Jon Hollard i milczący Hother „Kurwistrach” Umber. Obok szli okutani ciepło zbrojni, z plecakami i tobołami kiwającymi się na drzewcach długiej broni. Nikt nie śpiewał. Wiało.

Wędrując na północ, w kierunku Królewskiego Traktu wiodącego na Mur, kompanioni dostrzegli niepokojące kształty wyłaniające się z Wilczego Lasu nieopodal Winterfell. Byli tam liczni ludzie w towarzystwie… olbrzymów i innych wielkich kształtów; czyżby mamutów? Kell podejrzewał, że wcześniej na niebie widział zwiadowczego krogulca, być może niosącego na skrzydłach ducha warga. Czyżby Winterfell miało spotkać kolejne oblężenie? Tym razem bez udziału bohaterów.

Szara Kompania ruszyła z powrotem na Mur, znów ku Północy. Tam, gdzie ział piekielny mróz, gęstniała ciemność i gromadzili się Inni. Tam, gdzie miały się zdecydować losy świata.


Na pokrzywionych, nadpalonych deskach zwodzonego mostu południowej bramy Winterfell wybuchła krótka walka. Jeden z dzikich rzucił się z kamiennym młotem na Viriona, drugi zaatakował włócznią sir Eryka, ale drogę zagrodził mu Kell. Mucha jak zwykle trzymał się przezornie z tyłu. Kell, po zwinnym zwodzie, jednym, pewnym ciosem w kręgosłup rozprawił się wrogiem, Virion otrzymał niewielkie obrażenia, ale odgryzł się i strącił swojego przeciwnika w dół, w śnieg pokrywający zamarzniętą fosę. Zdezorientowany Soren Rozbijacz Tarcz próbował uciekać, potem walczyć, ostatecznie został pojmany. Na basztach i murach grały trąbki, dzicy w nieładzie rzucili się ku murom z linami i prymitywnymi drabinami. Było ich ponad trzystu, niektórzy ranni, wszyscy wyczerpani i zapewne głodni. Wydawało się, że nikt nie koordynuje ataku. Powolna, trudna wspinaczka przeciwników na zewnętrzne mury Winterfell pozwoliła Szarej Kompanii spokojnie zaplanować obronę. Oddziały strzelców rozstawiły się na wysokim murze wewnętrznym i czekały na pierwszych dzikich, pojawiających się na blankach. Ostrzał zbierał straszliwe żniwo, choć każdego odcinka murów obrońcy nie byli w stanie przypilnować.
Sir Eryk postanowił „zmiękczyć” dzikich, a potem na własnych warunkach przyjąć, rozmieszczając ich w Bożym Gaju. Dzicy mieli nie mieć dostępu do „zamku wewnętrznego”, który kompania (stacjonująca w donżonie) dzieliła z góralami (obozującymi w Wielkiej Komnacie). Plan wypalił idealnie. W negocjacjach z dzikimi pomógł Mance Rayder, rozmawiając najpierw z Sorenem, a potem innymi wodzami Wolnych Ludzi.

Przybył kruk z Niedźwiedziej Wyspy. W ponurym, fatalistycznym liście Jorella Mormont żegnała się z siostrami, informowała o ożywieńcach na wyspie i  zamarzającej Lodowej Zatoce. Inny list, pochodzący najprawdopodobniej z Muru sprzed kilkunastu dni, od strąconego przez dzikich kruka, przekazał Soren. Nieznany nadawca obwieszczał w imieniu królowej Selyse i R’hllora, że „Bękart Boltona” uprowadził Aryę Stark i królewnę Shireen. BG wciąż nic nie wiedzieli o losie króla. Sytuacja na Murze i w Wilczym Lesie też była niejasna.

Przed podjęciem decyzji o ewentualnym wymarszu sir Eryk chciał najpierw zdobyć pewność, co do losów króla Stannisa. Zgodnie z zapisami kontrakt Szarej Kompanii miał obowiązywać jeszcze kilkanaście dni, później bez ujmy na honorze było można powędrować na południe, w cieplejsze rejony. Szarzy Bracia bardzo źle wspominali złozimną noc, Kapitan kiepsko sypiał od tamtych chwil, jak mówił męczyły go "zamrożone wspomnienia wbite w duszę niczym lodowa drzazga"...

W sztabowych naradach wracał również temat tajemniczego starożytnego rogu, znalezionego w podziemiach Winterfell. Łańcuch zgłębił runiczne inskrypcje na okuciach i uważał, że instrument nosi nazwę „Rogu Zimy” i należał (był zdobyczą?) niejakiego Joramuna. Jego moc miała budzić śpiące w ziemi olbrzymy. Mance ze swojej strony dodał, że mityczny róg Joramuna (którego swego czasu sam szukał), rzeczywiście miał być instrumentem tego legendarnego Króla_Za_Murem i posiadać moc zburzenia samego Muru. Muchę kusiło, by ponowić próbę gry na rogu, ale towarzysze się sprzeciwili. Ostatecznie, według decyzji sir Eryka, mającego „złe przeczucia” względem przedmiotu, róg został na powrót złożony w kamiennym sarkofagu na najgłębszych poziomach krypt Winterfell. Obawy Kapitana na tym się nie skończyły. Podobnie jak Kalispera, ostrzegł on Muchę przez Petrą, ale zakochany kapłan Hexogi nie wziął  tego do serca i nic dziwnego.

Następnego dnia do bohaterów dotarł kolejny list, tym razem z Deepwood Motte. Wcześniej powietrzną misję zwiadowczą, długą i wyczerpującą, odbył w tamtym kierunku Kell. Wrona, w którą się wcielił, została zabita przez ludzi tłumnie gromadzących się za palisadą Deepwood. List mówił o Innych w Wilczym Lesie i oblężeniu grodu przepełnionego uchodźcami. W imieniu Siedmiu błagano o pomoc. Szara Kompania jej nie udzieliła.  

Dzicy, bardzo wrogo traktowani przez górali, umiejscowili się w Bożym Gaju. Wydano im skromne racje pożywienia i rozpoczęto kampanię rekrutacyjną. Wolnych Ludzi w Winterfell było teraz około 230, z ponad 300 którzy tu dotarli.

W międzyczasie miało miejsce nieprzyjemne wydarzenie. Idąc we trójkę mrocznym krużgankiem nieopodal Wielkiej Komnaty, Kell, Mucha i Virion natknęli się na kota... ożywionego zimnym błękitem. Niewątpliwie martwego, choć bardzo ruchliwego i agresywnego. Mała, niebieskooka bestyjka wściekle atakowała nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Pochwycona, stała się przedmiotem eksperymentu Kella, który będący wargiem, postanowił „wejść” w ożywione mroczną mocą zwierzę… Towarzysze specjalnie nie protestowali, zmiennoskóry był podekscytowany wyzwaniem [Naprawdę nie wiem, czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach podjąłby takie ryzyko, ale nie przeszkadzałem graczowi, który być może chciał zaspokoić niezdrową ciekawość, nie przejmując się grozą sytuacji]. Kell spadł w pustkę pośród trzeszczących jak kra szeptów, trafiając w miejsce chłodniejsze niż śmierć, gdzieś za gwiazdami, dalej niż Siedem Piekieł... Udało mu się jednak wrócić, a zamarłe serce ruszyło z miejsca i ocaliło życie…

Popołudniem tego dnia nadciągnął Ramsey Bolton z niemal tysiącem ludzi, setką koni i kilkoma wozami.

Bohaterom udało się zwabić pierwszych czterech, niezbyt spostrzegawczych i zbyt pewnych siebie, jeźdźców przeciwnika, pojmać a następnie przesłuchać. Małodobry mistrz Virion potwierdził, że Ramsey faktycznie był na Murze, walczył tam i knuł, pojmał Shireen oraz Aryę, wcześniej wzmocniony posiłkami z Dreadfort. Bękart Boltona miał też w swych rękach rannego króla Stannisa i Morsa Umbera!  

Herold z Dreadfort, który wkrótce rozpoczął rozmowy, dopytywał się o lorda Roosa Boltona i proponował różne opcje wymiany zakładnika. Za drugim razem inny poseł, poza klasycznymi już groźbami, wypowiedział dziwne słowa skierowane jakoby do lady Dustin, coś, co mogło być jakiegoś rodzaju hasłem. Bohaterowie dumali nad tym faktem, ale bez konkretnych wniosków. Więziony Stout, wasal pani Barrowton, upierał się, że nic na ten temat nie wie, przypomniał za to o zbrojnych z Barrowton, którzy prędzej czy później przyjadą po lady Dustin.

W głowach BG powstał „oryginalny” plan wykorzystania ożywieńców przeciwko Bękartowi. Majstrowie Marka Myszora zaczęli tworzyć szpaler z pochodni i tarcz pomiędzy południową bramą a wyjściem z lochów pełnych zmartwychwstałych jeńców. [Znowu – nie wiem, czy BG sięgnęli by po taką nienaturalną, bluźnierczą broń przeciwko wrogowi może okrutnemu, ale żywemu, należącego do ich świata. Osobiście wątpię, ale gracze mieli radochę]. 
 


Później nadszedł czas kolacji połączonej z naradą sztabową, Virion z nieznanych powodów nalegał na obecność Kalispery. To prawdopodobnie ocaliło bohaterom życie. Czujna specjalistka od trucizn od razu wychwyciła dziwny posmak grzanego wina. Niestety, sir Eryk łyknął odrobinę i po chwili padł bez zmysłów na stół. Kapitanem zajęła się Kalispera, Ythar i pilnie obudzony Łapiduch, zaś BG uruchomili natychmiast śledztwo i zorientowali się, że część zatrutego wina trafiła na południowy barbakan razem z usłużną Petrą (dziewczyna wieczorem posprzeczała się z Muchą i widać postanowiła "pospacerować"). Wielki Kapłan Hexogi pobiegł do żony w ostatniej chwili zapobiegając tragedii na większą skalę. Jakże było jego zdziwienie, kiedy poczuł na gardle sztylet trzymany przez Petrę, każącą wartownikom natychmiast otworzyć bramy i zagrać trzy krótkie sygnały! Choć oszołomiony, Mucha próbował się bronić, wywinąć się spod ostrza, jednak z kiepskim skutkiem. Sztylet krzyczącej wściekle Petry, zamiast krtani, przeciął podbródek. Bluznęła krew. Zdrajczyni została na miejscu śmiertelnie skopana przez tych kompanionów, którzy akurat nie ratowali życia Musze. Gdyby nie błyskawiczna pomoc genialnego Łapiducha, który właśnie przybiegł na barbakan w związku z trucizną, i siła woli rannego, wszystko mogło by się skończyć tragicznie.

Siłą Szarej Kompanii zawsze było przekucie porażki w sukces. Tym razem też tak się stało. Bohaterowie szybko przygotowali pułapkę, zagrali oczekiwane trzy krótkie sygnały i kiedy ukryci nieopodal w ciemności zbrojni Bękarta wpadli za zewnętrzny mur, zaczęła się rzeź. Padło około 70 ludzi Ramseya. Rankiem nagie, zmaltretowane ciało Petry zostało powieszone nad bramą. Mucha ma trudności z mówieniem, ale powoli dochodzi do siebie.

Kapitan niestety wciąż był nieprzytomny, dowodzenie objął zastępca – porucznik Kell Rayder, pomimo chłodnego podejścia do tej sytuacji chorążego Borga, szykującego się następnej nocy na wypad przeciwko Ramseyowi. Kell przeprowadził wcześniej skrzydlaty zwiad nad obozowiskiem Bękarta, pozwoliło to wyrysować mapkę i ustalić plan działania. Cristian Borg chciał zabić swego oprawcę, bohaterowie zamierzali zaś uwolnić w miarę możliwości króla, królewnę i Aryę Stark. 

Akcja zaczyna się pod zasłoną ciemności, w lekko prószącym śniegu. Upiorni ożywieńcy zostają wypuszczeni przez południową bramę. Szczęśliwie dla BG niewiele chodzących trupów zbacza na boki i wpada do zaśnieżonej, zamarzniętej fosy. Większość wychodzi na zewnątrz zaciemnionego Winterfell i coraz żwawiej, w absolutnej ciszy rusza ku światłu i ludziom – do obozu Ramseya. Tymczasem bohaterowie, odziani w zdobyczne hełmy i opończe z herbem Dreadfort, w towarzystwie piętnastki kuszników ruszają podziemnym tunelem do ruin Zimowego Miasteczka. Likwidują tam niewielkie czujki wroga i obsadzają miejsce strzelcami. Borg, Kell, Virion, Maron i uparty, osłabiony Mucha, ruszają dalej na południe ku obozowisku Bękarta. Są już blisko, kiedy do ich uszu docierają odgłosy alarmu. Najwyraźniej ożywieńcy zaatakowali przeciwnika od południa i zachodu. Niebieskookie upiory nie są kołyszącą się czeredą prowadzoną bezmyślnym instynktem. Działają przemyślanie, potrafią się skradać, nawet dzielić na oddziały, nieustępliwie dążyć do celu, jakim jest zabijanie. Szarzy Kompanioni już wiedzą, że choć niezbyt zręczne i nie potrafiące biegać, martwaki są bardzo odporne na ciosy i nienaturalnie silne. Utrata głowy czy kończyny nie eliminuje ich z walki.   

Bohaterowie, podając się za zluzowanych wartowników, wślizgują się do obozu od wschodu, większość dzierży kusze. Dopadają wozów z zapasami i jeńcami, uwalniają poturbowanego Morsa Umbera i jakiegoś południowego rycerza ze świty królewskiej. Wokół namioty, kopcące ogniska, krzyki i ciemność, z której wyłania się dwóch martwiaków. Virion z bratem likwidują stwory. Borg rusza ku wielkiemu namiotowi, szuka Ramseya i zemsty. Mucha po chwili idzie za nim. Reszta przygotowuje wozy do podpalenia, wciąż nie zostali rozpoznani. Wydaje się, że wśród przeciwników są dwie nie do końca zaprzyjaźnione grupy – ludzie Bękarta i zbrojni kasztelana z Dreadfort. Te dwie frakcje organizują się teraz wokół swoich dowódców, uszczelniają granicę obozowiska i wciąż walczą z ożywieńcami. Nagle BG słyszą nieopodal wrzaskliwe komendy Ramseya, który dosiada konia wraz z kilkoma przybocznymi. Bohaterowie przycelowują z kusz i strzelają z wysokości wozów. Bełty musi prowadzić sam Wojownik, bo Bękart zostaje trafiony, zgina się w siodle, spada z konia. Borg skręca w tamtą stronę biorąc "na siebie" konnych wypatrujących w ciemności wrogich kuszników i pieszych osłaniających Ramseya. Niemniej dwóch jeźdźców atakuje bohaterów na wozach, Virion nurkuje pod furgon, jego brat ciska kuszą i zmyka, sięga go w tyłek lanca, na szczęście niegroźnie. Uzbrojony już Mors próbuje walczyć, ginie zarąbany przez konnego. Południowy rycerz zostaje stratowany. W całym zamieszaniu Kell pędzi do dużego namiotu w ślad za Muchą, który nawiązuje krótką, chrapliwą pogawędkę z młodym wartownikiem po czym zostaje wręcz zaproszony (!) do namiotu (czyżby zaleta autentyczności rany jaką odniósł z rąk zdradliwej żony?). Wewnątrz Henzi odcina zapłakaną królewnę Shireen od masztu, uspokaja otumanioną Aryę Stark. Niestety zjawia się zbrojny, który orientuje się w sytuacji i atakuje słabującego Muchę. Pomoc małej królewny niewiele znaczy, kapłan Hexogi już czuje, że śmierci nie da się okpić, ale do środka namiotu wpada Kell i w ostatniej chwili interweniuje. Towarzysze wycinają sobie tylne wejście w płachcie i ewakuują się zabierając dziewczyny.

Mucha nie ma siły ciągnąć za sobą niemrawej Starkówny, zatacza się, wypuszcza niewiastę. Tymczasem ciekawski (to kiedyś go zgubi!) Kell zagląda pod plandekę samotnego wozu stojącego obok namiotu. Już wcześniej, w skórze ptaka, próbował odkryć tajemnicę tego furgonu. Wewnątrz, w czymś przypominającym klatkę na psy, leży związany człowiek, to rzeczywiście Jego Miłość, król Stannis! Ale... jego twarz jest zapadnięta i blada, a w oczach wpatrujących się w Kella pali się głodny i zimny błękitny ogień!

Maron i Virion wspierają poranionego, zakrwawionego ale tryumfującego Borga, wpadają pod jakiś żołnierski namiot i wycofują się z obozu. Szczęście wciąż ich nie opuszcza! Z innej strony w ciemność prześlizguje się Mucha oraz Kell z Shireen. Bohaterowie ruszają do Zimowego Miasteczka. Rusza za nimi pieszy, kilkunastoosobowy pościg. Dzięki strzelcom pozostawionym w ruinach podgrodzia, wszyscy bezpiecznie zanurzają się w podziemny tunel i trafiają do Winterfell. Operacja należy do wielkich sukcesów, poza kilkoma rannymi (Borg poważnie, Mucha mdleje w tunelu, Maron straszliwie stęka) nie ma strat w ludziach! Uwolniona królewna Shireen ma się dobrze, o ile można tak powiedzieć o kimś mającym na twarzy piętno szarej łuszczycy.

Następnego dnia kasztelan Dredfort, sir Dyer, proponuje wymianę: oddanie Aryi Stark za lorda Roosa Boltona, Namiestnika Północy więzionego przez Szarą Kompanię. Dyer obiecuje powrót swych zbrojnych do Dreadfort. Bohaterowie czekają z decyzją na oprzytomnienie sir Eryka, który powoli dochodzi do siebie. Kellowi nie zagrażają na razie ambicje Borga, który trafia na szpitalne łóżko. Do możliwości pełnoprawnego rozwiązania kontraktu z królem Stannisem zostały teoretycznie trzy dni, ale przecież pracodawca Szarej Chorągwi nie jest już prawomocnie „żywy”. Ta informacja na razie nie zostaje publicznie ujawniona.   

 
Komentarz MG

W ważnych taktycznie i strategicznie testach podczas całej sesji bohaterom wyjątkowo sprzyjały rzuty, zwłaszcza podczas akcji w obozie. Gorzej było z sytuacjami dotyczącymi poszczególnych postaci, choć i tam ostatecznie pomogła mechanika (minimalne, choć podwojone obrażenia Muchy od sztyletu, testy woli Muchy i Kella). W powyższej przygodzie tych dwóch bohaterów dotknęło granicy śmierci. Nie dotyczyło to podtrutego Kapitana – sir Eryk był tym razem BNem (nieobecność gracza) i z tego tytułu większe niebezpieczeństwo mu nie groziło. Kell i Mucha nie zginęli, ponieważ uratował ich (nierealistycznie?) ostatni element mechaniki, ale było blisko. Bardzo blisko. Może nawet bliżej śmierci (i to niemal na własne życzenie!) był Kell ze swoją wyprawą w pustkę Innych, a nie ciachnięty przez wyrodną małżonkę Mucha?

W moim przekonaniu te dwie postaci ruszyły ku śmierci. Na razie odsunęły ją w czasie, ale kostucha zwróciła na nich uwagę, dotknęła i zapamiętała. Tęskni. Teraz ze szczególną uwagą będzie ich szukać wśród topniejących zastępów Szarej Kompanii. Co nie znaczy, że wcześniej życia nie postradają inni Bohaterowie Graczy. Muszę być bezkompromisowy, bezwzględny. Nie dla siebie, a dla moich wspaniałych Graczy, którzy wszak tego właśnie oczekują, z pełną świadomością grając w to ponure dark fantasy, jakim są „Wichry Zimy”. Prawda? ;-)

Valar morghulis!


Od zdobycia Winterfell minęły ponad dwa tygodnie. Oddział Cristiana Borga nie wrócił, podobnie jak konny goniec wysłany po Wullów. Wróciły za to wrony. Zjawiły się wkrótce po rozwianiu ostatnich słupów smolistego dymu ze stosów palonych zwłok. Nieprzyjemny swąd trupów wsiąkł w szare mury Winterfell, ale na całym terenie twierdzy nie ostały się żadne niepogrzebane ciała, co uspokoiło sir Eryka i Muchę. Wielkie hałdy poczerniałych kości szybko pokrył całun szronu i śniegu, wiatr roznosił prochy poległych i gwizdał w zębach blank. Szara Kompania, z dużą pomocą górskich klanów, umocniła się w obrębie wewnętrznego zamku, obejmującego donżon i Wielką Komnatę. Kompanioni nie mieli czasu na nudę. Najpierw grabież i palenie zwłok, potem musztra, kopanie i maskowanie pułapek na południowym przedpolu twierdzy, kolejne ćwiczenia i wieczorne integracje, skutecznie wypełniały senny zimowy czas. Wojna została gdzieś daleko. Żołądki były pełne,  stopy suche.

Przygodę zaczęliśmy od długiej, rubasznej i osobistej rozmowy postaci przy śniadaniu. Henzi „Mucha” postanowił się ożenić z Petrą, byłą służką lady Dustin i poprosił Kapitana o przeprowadzenie stosownego rytuału w obrządku Hexogi. Nowa religia zaczęła odgrywać coraz większe znaczenie w Kompanii i fabule przygód. Jak wymyślił Khaki (grający sir Eryka), Hexoga jest boginią rozwagi i sprawiedliwości. Nakazuje swoim wyznawcom zawsze dociekać prawdy - nawet kosztem litery prawa i innych zasad. Sprzeciwia się tyranii tak samo jak przestępstwu. Jej wyznawcy walczą z niegodziwością, zakłamaniem i kłamstwem w każdej postaci. Aby zostać członkiem kultu należy „wyznać prawdę”: zdradzić najbardziej skrywany sekret, największą zbrodnię, największy wstyd. Ową „Prawdę” przekazuje się kapłanowi, który zapisuje wszystkie wyznania w Księdze Kłamstw.

Szarzy Bracia chcieli posłuchać o Hexodze i jej prawach. Ślub Muchy i Petry (która przystała na małżeństwo dopiero wówczas, gdy sir Eryk odrzucił jej względy) był dobrą okazją. Kapitan, mieniący się „Rycerzem Hexogi” pełnił rolę kapłana do momentu, kiedy nie przekazał tej funkcji Henzi’emu. Nowożeńcy wyznali sobie i sir Erykowi swoje sekrety, Mucha jako kapłan musiał wypowiedzieć swoją tajemnicę wobec wszystkich. Przyznał się do tchórzostwa - opuszczenia swojej rodziny i przyjaciół w potrzebie, kiedy jego cyrkowy tabor został napadnięty. Paladyn i nowy kapłan Hexogi intensywnie zaangażowali się w krzewienie nowej wiary wśród braci. Tymczasem Kell „Niedźwiedź” oraz Virion mocno się od niej dystansowali, nie wchodząc jednak (na razie?) w spór z przyjaciółmi.

Virion wraz z Jednorękim wytrwale szkolili ludzi. Wszystkim braciom rozdano po jednej sztuce broni ze smoczego szkła, reszta obsydianu czekała w skrzyni, obok zapasów żywności zgromadzonych w piwnicach Wielkiej Siedziby. Starożytny róg sygnałowy zawieszono w sepcie. Mucha, zaznający miodowego miesiąca w ramionach Petry, nie mógł się doczekać, aby zadąć w tajemniczy instrument. Kell prowadził codzienne obserwacje na skrzydłach mewy, koordynował też wysyłanie oddziałów zwiadowczych w najbliższą okolicę.

List od Jorelli Mormont, wysłany krukiem z Niedźwiedziej Wyspy, zaskoczył wszystkich. Dziewczyna pisała o niespokojnych wodach Lodowej Zatoki, o martwych stworach w wodzie i na wybrzeżu, o setkach dzikich przekraczających Most Czaszek na zachodnim krańcu Muru. Kiedy dowiedzieli się o tym górale, wielu postanowiło natychmiast ruszyć do domów, aby dopilnować bezpiecznego dotarcia bliskich do Winterfell.

Tu zaczęły się kłopoty. Bohaterowie nie chcieli pozbywać się „siły żywej” i na różne sposoby przekonywali klanowych wojowników do pozostania. Tłumaczyli i grozili. Doszło do scysji z Torrenem Liddle’m, klanowy naczelnik wziął się za łeb z Virionem, ale zostali rozdzieleni nim komuś stała się krzywda. Górale chcieli też nieco obsydianowej broni, ale BG twardo odmawiali. Trudno powiedzieć, jak by się zakończyła cała sytuacja (sir Eryk rozważał pojedynek z Torrenem!), gdyby nie respekt klanów wobec, nielicznej już przecież, Szarej Kompanii i grupy braci z kuszami w pobliżu. Koniec końców w Winterfell z Kompanią zostało 120 górali, w tym aż 50 Liddlów, niepewnych, czy zostaną wpuszczeni z powrotem. Razem z nowymi rekrutami i weteranami sir Eryk dysponował ponad 170 sprawnymi zbrojnymi. Trzy dni później stan osobowy się zmienił. 
Mrok zjawił się tego wieczora wcześniej. Za wcześnie. Nagle nienaturalna ciemność zagarnęła Winterfell zionąc upiornym mrozem. Pozbawionym wiatru, odbierającym dech i odwagę, martwym ostrym chłodem; kłującym w piersiach i oczach pierwotnym zimnem zamrażającym i kruszącym dusze. Powietrze, noc i sama przestrzeń zdawały się zamarzać, w jednej chwili zlodowaciały proporce, zaś duszące zwoje chłodu owinęły się wokół Wielkiej Siedziby, w której schronili się bohaterowie. Trąbki wzywały wszystkich do bezpiecznych, ciepłych, bronionych budynków, ale nie wszyscy zdążyli. Po chwili nie było nikogo na tyle odważnego i wytrzymałego, aby zdecydował by się wyjść na zewnątrz, w otchłań i pustkę, w której gasły gwiazdy. Zimno wlało się w serca ludzi, wraz z nim zakradły się strach i bezradność. Ogień kominków, kaganków i pochodni nie dawał prawie ciepła, tylko mdłe, mizerne światło, podkreślające blade, przerażone oblicza kompanionów.

Szara Kompania przetrwała jednak tą bardzo długą, pełną strachów, noc, choć pod jej koniec, jakąś godzinę przed świtem, Kell i Virion musieli siłą budzić przyjaciół z paraliżującego snu, przedsionka śmierci. Kiedy zły ziąb minął, a na wschodzie zamajaczyła poświata poranka, bohaterowie poprowadzili wycieczkę z donżonu i zetknęli się z martwymi, choć wciąż chodzącymi, towarzyszami broni – kilkunastoma nieszczęśnikami, którzy nie zdążyli schronić się przed zimnem. Coś ich przemieniło. Po kilku godzinach mrocznego, martwiczego mrozu starcie z ożywionymi trupami niespecjalnie poruszyło szarych braci, mimo że dźgali własnych druhów. Przypominało to dalszą część koszmaru, mimo wszystko lżejszą niż nocna groza. Ogniem, stalą i smoczym szkłem oczyszczono dziedzińce i wejścia do Wielkiej Komnaty, gdzie ranni również przetrwali. Niestety, kilkuosobowy zwiad regularnie patrolujący okolicę poza murami nigdy nie wrócił. Zmarła i przemieniła się też trzecia część jeńców, upiornie upchniętych w przepełnionych lochach. Mucha stracił przytomność, gdy próbował zadąć w wielki, starożytny róg sygnałowy zawieszony w sepcie. Wciągnął w płuca coś z wewnątrz instrumentu, jakby sopel powietrza i ogarnęła go ciemność.
 


Rankiem okazało się, że wokół Winterfell szwenda się kilkaset wygrzebanych spod śniegu trupów. Zwabiono je do bramy i sukcesywnie unicestwiano – smoczym szkłem i ogniem. Bohaterowie przećwiczyli i omówili skuteczność obsydianowej broni, niestety zbyt kruchej wobec kolczug, płyt zbroi czy nawet kilku warstw skór i futer. Ogień sprawował się nieco lepiej. Wydawało się, że światło słoneczne spowalnia ożywieńców,  koło południa stali się ospali, wielu upadło i znieruchomiało. Przed świtem niebieskookie upiory również były wolniejsze od ludzi i niezdarne, ale niezwykle silne, odporne na ciosy. Wyciągnięto wnioski i dostosowano do nich ćwiczenia. Niespodziewanie wrócił Cristian Borg z połową swego konnego oddziału. Zameldował, że Bękart Boltona wyprawił się na sam Mur, po drodze dołączając najwyraźniej posiłki z rodzinnego Dreadfort i chwytając Morsa Umbera.  

Błąkających się i szukających ofiar martwych pokazano Roosowi Boltonowi. Zimne niebieskie oczy Namiestnika Północy jak zwykle niewiele zdradzały, ale długo patrzyły na dziesiątki nienaturalnych stworów urągających boskim prawom. Lord Bolton zaproponował, żeby w takich okolicznościach zapomnieć o swarach. Pomimo ryzyka chciał osobiście wyruszyć do Królewskiej Przystani i przedstawić sprawę królowi. Meldunki Nocnej Straży od zawsze traktowane były na dworze jako przesadzone. Dodatkowo obiecał całkowitą amnestię dla całej Szarej Kompanii i zaszczyty dla jej oficerów, między innymi biały płaszcz Gwardii Królewskiej dla sir Eryka. Bohaterowie odrzucili propozycję bez negocjacji i więzień wrócił do swej komnaty.

Wcześniej na Niedźwiedzią Wyspę wrócił kruk z informacją o zdradzie i hańbie Ramseya występującego nawet przeciwko swemu ojcu. BG prosili też w liście o rozpowszechnienie wieści oczerniających krwawego Bękarta.

Mijały dni. Bohaterowie niecierpliwili się. Nie zwykli tak długo tkwić bezczynnie w jednym miejscu, na dodatek nie wiedząc, jak przebiegają istotne dla nich sprawy, toczące się gdzieś daleko. Maron znów kusił Viriona powrotem na Żelazne Wyspy i swobodnym pirackim życiem, Mance przypominał Kellowi o bliskich na Murze, gdzie zostawił syna i szwagierkę Val. Mucha i sir Eryk pogrążali się w dopracowywaniu kultu Hexogi, czasami zapominając o całym świecie i prześcigając się nawzajem w religijnym zapale. Henzi (pomiędzy figlami ze znudzoną Petrą) ponownie analizował słowa przepowiedni usłyszanej w Wilczym Lesie i kiedy dowiedział się, że sir Eryk tak naprawdę pochodzi z rodu Dayne (tego posiadającego rodowy legendarny miecz o nazwie „Świt” wykuty ze spadłej gwiazdy), gorąco uwierzył w niezwykłość przeznaczenia swego, Kapitana i całej Szarej Kompanii.

Dni mijały, chłodne i spokojne, czasem śnieżne i wietrzne. W powietrzu coś wisiało. Cisza przed burzą. Najpierw jednak przyszedł jej pierwszy podmuch.  

                                                                                   *

Na murach grają trąbki sygnałowe, alarmując, obwieszczając przybycie wroga. Z Wilczego Lasu odpowiadają dźwiękiem rogi, spomiędzy drzew wychodzą liczni piesi wojownicy; okutani w futra i skóry, dzierżący włócznie i maczugi, niektórzy noszą kościane fetysze i totemy. Jest ich wielu…

Mance Rayder, wniesiony przez Kella na mury, rozpoznaje w nowo przybyłych Wolnych Ludzi. Identyfikuje nawet kilku wodzów: Sorena Rozbijacza Tarcz, Ślepego Dossa, Torrega Wysokiego oraz Ygona Ojca. Dzikich jest przynajmniej trzystu, nie wiadomo, ilu siedzi w lesie. Hałasują i prowokują obsadę murów na zachodnich błoniach – przed Bramą Myśliwego. Grupka harcowników podchodzi bliżej i wywołuje Bękarta Boltona, którego najwyraźniej spodziewają się tu znaleźć. Słysząc, kto dzierży teraz Winterfell, domagają się wpuszczenia do środka, żądają otwarcia bram, co spotyka się z oczywistą reakcją bohaterów. Dzicy cofają się i dobre pół godziny naradzają w cieniu drzew. W końcu wysyłają swojego człowieka na rozmowy. To Soren Rozbijacz Tarcz, jeden z wodzów. Zostaje wpuszczony na most zwodzony, za zewnętrzne mury bramy południowej, jedynie w towarzystwie dwóch młodych wojów. Widok kalekiego Mance’a wydaje się nie robić na Sorenie wrażenia, choć jest ciekaw, czy Rayder jest więźniem Kompanii. Uważnie przypatruje się wysokim murom wewnętrznym, sir Erykowi i jego przybocznym, jednocześnie ględząc coś bez ładu i składu o zemście na Boltonach, obietnicy Jona Snow i ratowaniu Mance’a. Pytania BG zbywa, powtarzając wciąż od nowa swój wywód. Nieskładną tyradę przerywa nagle towarzyszący Sorenowi bezimienny, krępy wojownik stojący po lewej.

- Nie pamiętasz mnie, prawda? – pyta, patrząc na Viriona i postępując do przodu. Soren próbuje mu przerwać, warczy groźnie, ale dziki kontynuuje:  - Nie pamiętasz boju pod Murem? A TO pamiętasz?! – tryskając śliną z zarośniętej, pokrytej czyrakami gęby, woj podrywa topór i rzuca się na Viriona! Na oszronionych deskach mostu wybucha wściekła walka na śmierć i życie.