Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.


Nocny Fort został wzięty przez Szarą Kompanię, sir Eryk uniknął śmierci, choć nieprzytomny trafił pod opiekę lady Melisandre. Do podziemnej samotni kapłanki udał się także wierny giermek Mikael i nieufna kobiecie Kalispera. Na drugi dzień, mroźnym rankiem, lady wezwała do siebie dowództwo najemników. Porucznik Kell wziął ze sobą Muchę i nowego człowieka w szeregach Kompanii, jeszcze nie zaprzysiężonego sir Iana Storma. Virion został przy obowiązkach – miał pełne ręce roboty przy jeńcach i porządkowaniu zamku, doglądał też ciężko rannego brata Marona. Choć nie było po nim tego widać, poważny stan brata przejął chorążego. Dzięki łasce Siedmiu (a może Hexogi?) kompanioni nie mieli wielu rannych i Will Łapiduch mógł skoncentrować się na rozbitej czaszce Marona. Królową Selyse tymczasowo zamknięto.

Lady Melisandre wyszła ze swej komnaty i bohaterowie ze zdziwieniem zauważyli, jak bardzo jest zmęczona. Wydawało się, że światło rubinu przygasło, kapłance przybyło zmarszczek i siwych włosów, wydawała się poddenerwowana, wręcz histeryczna i po raz pierwszy reagująca na zimno. Rozkazała kompanii ruszyć za Mur i dokończyć nieudaną, tajemniczą misję sir Eryka sprzed kilku dni. Chodziło o pilne odnalezienie serca spadłej gwiazdy, jakoby fragmentu Czerwonej Komety, która zniknęła z nieba kilka miesięcy temu. Melisandre pragnęła, by z esencji gwiazdy wykuć miecz. Prawdziwego Światłonoścę, nie sztuczkę dla maluczkich i fałszywego płomienia... W rozmowę wtrącił się nagle sir Eryk, już przytomny, ale dziwnie odmieniony i nie poznający do końca towarzyszy. Zdawał się wręcz nie poznawać samego siebie. Chwilę później przejęty Mikael wyjawił bohaterom, że sir Eryk płakał nad zdechłym wilkorem i nie poznał swego giermka. Rozdygotany chłopak wrócił w końcu za zaryglowane drzwi, gdzie miały być najwyraźniej kontynuowane jakieś magiczne rytuały. Tymczasem BG na prośbę Shireen zezwolili jej matce na spacer pod eskortą i zaczęli zastanawiać się nad organizacja wyprawy za Mur, gdzie niepodzielnie panowała lodowata Ciemność.

Z grupy sir Eryka wrócili nieliczni. Rozmowy z nimi wskazywały na szaleństwo podobnej wyprawy. Nienaturalne zimno i ożywieńcy oraz „lodowe twory” a także zaginięcie za Murem Cristiana Borga, świadczyły o skrajnym ryzyku eskapady, choć światło upadłej gwiazdy widać było stosunkowo blisko, na wschodzie, w pobliżu kilku czardrzew tradycyjnie będących miejscem składania przysięgi przez Nocną Straż. Jej trzech braci przybyło właśnie do Nocnego Fortu, aby zorientować się, kto w nim teraz rządzi i czy Straż może wciąż liczyć na pomoc w obronie Muru. BG dowiedzieli się, że dzicy, prowadzeni przez Tormunda Zabójcę Olbrzyma, wrócili ze swej wyprawy na północ, ale nie zostali ponownie wpuszczeni na tą stronę, przynajmniej w Czarnym Zamku. Dzicy rozpalili duże ognisko trzy mile od głównej siedziby Nocnej Straży, ale w mroku nie było widać co planują. Wrony namawiały najemników do wstąpienia w swoje szeregi „w imię dobra ludzkości” oraz pytały o dezerterów (Kell zmylił pościg za uciekinierami kłamiąc bez mrugnięcia okiem) i wilkora. W tym samym czasie Mucha podsłuchiwał pod drzwiami podziemnej pracowni lady Melisandre i zorientował się, że podejrzenia Mikaela były uzasadnione – sir Eryk został zaczarowany, miał się teraz za „gwiazdę” lub „starka” i kłócił się z Czerwoną Kapłanką.

Później, w ramach planowania ryzykownej wyprawy, bohaterowie wspięli się po lodowych schodach na szczyt Muru, po drodze napotykając Shireen i jej matkę ze strażnikami. Selyse była w dziwnym stanie, na skraju samobójstwa, a może i pociągnięcia za sobą córki. Sir Ian bezceremonialnie zainterweniował nie oglądając się nad przepaścią na konwenanse. Była królowa znów została zamknięta. Kiedy BG dotarli wreszcie na Mur w porywach lodowatego wichru ujrzeli krawędź świata. Za Murem rozciągała się polarna noc, nienaturalnie gęsta, gromadząca się pod gigantyczną zaporą jak wzbierające wody przypływu. Gdzieś na wschodzie udało się wypatrzyć delikatne światło, które wydawało się być oddalonym wielkim ogniskiem. Czy był to ogień Wolnych Ludzi (jak sądziła Nocna Straż) czy upadła gwiazda (jak założył wcześniej sir Eryk), bohaterowie nie wiedzieli. Niemniej był to jedyny punkt odniesienia we wszechogarniającym mroku...



W ciągu dnia między sir Ianem a dowódcą najemników pojawiły się różnice zdać, co było naturalne biorąc pod uwagę pochodzenie, charakter i doświadczenia obu mężczyzn. Rycerz, podobnie jak sir Eryk, miał często inne spojrzenie na świat, co irytowało porucznika, jednak rekompensatą były dobre pomysły i odwaga południowca. Towarzysze rozważali wyruszenie do światła bezpośrednio z Czarnego Zamku, ale obawiali się braku współpracy Nocnej Straży. Większość jeńców, południowych zbrojnych, w obliczu ostatnich wydarzeń zgodziła się przyłączyć do Szarej Kompanii. Resztę bohaterowie zamierzali przekazać Nocnej Straży.

W końcu wycieczka za Mur ruszyła. Lodowe bramy Nocnego Fortu od stuleci był zawalone, ale nieliczni wiedzieli o innej drodze na drugą stronę, o podziemnym tunelu zaczynającym się w cembrowinie wielkiej kuchennej studni zamku. Zeszli tam: Kell, Mucha, sir Ian, Hennick z Dorne uzbrojony w lancę ze smoczej kości (drzewiec sztandaru) oraz Cley – jeden z dezerterów z Nocnej Straży. Poza pochodniami i oliwą drużyna wyposażyła się oczywiście w obsydianową broń. 

W głębinach korytarza pod Murem, wyciętego ze skał i lodu, najemnikom zagrodziła drogę dziwna furta z białego drewna. Splątane, zrośnięte pnie czardrzew wieńczyła twarz, która ożyła w momencie podejścia pod drzwi. „Stój! Kim jesteś?” spytały trzeszczącym głosem sękate usta mogące sobie liczyć tysiące lat.

Mucha kilkukrotnie wymieniał swoje imię i funkcje, ale nic to nie dało. Podobnie zakończyły się próby innych. Wreszcie BG podsunęli Cleyowi myśl, aby przedstawił się jako brat z Nocnej Straży. Po wpływem wewnętrznego impulsu mężczyzna zaczął recytować słowa przysięgi: Jestem mieczem w ciemności. Jestem strażnikiem na murach. Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

To wystarczyło. Masywne, zadziwiająco grube drzwi rozwarły się na tyle, aby przepuścić grupkę straceńców. Dalej tunel wznosił się i zwężał, prowadząc do zniszczonych krat i wąskich pionowych schodów, nad którymi znajdowała się żelazna klapa obita drewnem, wyposażona w imponujące zasuwy. Kiedy bohaterowie ją z trudem unieśli, w twarze uderzył ich lodowaty wicher splątany z ciemnością. Powoli, niechętnie opuszczali podziemia, brnęli w Noc Nocy, w objęcia Zimy Zim. Powiązani rzemykami, z jedną płonącą pochodnią, najemnicy oddalali się od przymkniętego wyjścia z tunelu mając wrażenie, że na zawsze zatrzasnęli za sobą drzwi do świata ciepła i życia. Wokół wirował popiół, a może był to śnieg pozbawiony blasku światła? Widoczność ograniczała się do kilku kroków. U podnóża Muru, którego dla orientacji trzymali się BG, kruszył się z trzaskiem czarny lód, zdradliwie śliski i ostry jak sztylety...



Nagle z ciemności doleciały bohaterów stłumione dźwięki, ludzkie głosy przerwane zduszonym krzykiem i charkotem. Zamajaczyły niewyraźne sylwetki. W jednej ze zbliżających się postaci towarzysze rozpoznali Borga. Z jego ramienia zsunął się inny, najpewniej ranny mężczyzna, a Borg zatoczył się w stronę bohaterów i nagle zaatakował! Jego jedyne oko ziało jasnym błękitem w czarnej, odmrożonej twarzy otoczonej oszronionym czepcem kolczym. Ożywieńcowi stawił czoła sir Ian, ale stal nie była w stanie powalić stwora. Obsydianowy nóż Muchy skruszył się na kolczudze drugiego upiornego przeciwnika, który niespodziewanie podpełzł do bohaterów. Do walki włączyli się Kell i Hennick z Dorne. Wspólnymi siłami udało się rozprawić z martwiakami. Sir Ian ściął głowę Borga, którego ciało przyszpiliła do Muru lanca Dornijczyka. A potem... W ciemności pojawiły się kolejne sylwetki. Dzięki łasce Siedmiu tym razem byli to żywi ludzie, kilkudziesięciu dzikich prowadzonych przez Tormunda. Wśród nich znalazła się też Harae, do której wzdycha w sekrecie sir Ian Storm... 

Ciemność pięła się powoli po lodowej ścianie Muru, a na szczycie nie było nikogo, by ją powstrzymać. Czy zrobi to Azor Ahai? Pani Melisandre z Asshai? Szara Kompania albo równie nieliczna Nocna Straż? Jak bardzo musiał zmienić się świat, jeśli zbrojny zakon, do którego przynależność była niegdyś największą nobilitacją i zaszczytem, zrzeszał obecnie złodziei, gwałcicieli i morderców? „Magia Muru ma taką moc, jaka dają mu jego obrońcy”  – smutno kpiła Czerwona Kapłanka...


 „Wysłuchajcie mych słów i bądźcie świadkami mojej przysięgi. Nadchodzi Noc i zaczyna się moja warta. Zakończy ją tylko śmierć. Nie wezmę sobie żony, nie będę miał ziemi, ojca ni dzieci. Nie założę korony i zapomnę o zaszczytach. Będę żył i umrę na posterunku. Jestem bowiem mieczem w ciemności. Jestem strażnikiem na murach. Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka. Moje życie i mój honor należą teraz do Nocnej Straży na tę noc i na wszystkie pozostałe.”    

- Jakie znaczenie miały teraz te słowa?



Sir Eryk najwyraźniej spodobał się lady Melisandre, kapłanka dostrzegła  coś w młodym rycerzu i poświęciła mu kilka godzin rozmowy  w cztery oczy. Po powrocie od kobiety w czerwieni kapitan Szarej Kompanii oznajmił tajemniczo, że natychmiast wyrusza „pod Mur, a może i poza niego” z ważną misją. Miał tam czegoś szukać, bo w tuzinie ludzi, których zabrał ze sobą, znaleźli się tropiciele znający lasy, ale również wojownicy, w tym chorąży Cristian Borg.  Od wyprawy wyłgała się Vena,  nie mająca ochoty na wycieczki w pobliże przerażającej lodowej budowli. Sir Eryk oznajmił, że wrócą za kilka – kilkanaście dni. Komendę nad resztą kompanii objął tradycyjnie jego zastępca – porucznik Kell Rayder, wspierany najbliższymi doradcami: kapłanem Muchą i pełniącym obowiązki chorążego Virionem. Szarą Kompanię obowiązywał nowy kontrakt, służyli teraz lady Melisandrze, a ona była posłuszna R’hllorowi – Panu Światła.
Obóz najemników znajdował się około 200 metrów od Nocnego Fortu zajmowanego przez „południowców” - ludzi królowej Selyse. Dwa wozy, kilka szałasów i namioty kompanii stały na śniegu, pośród kilkudziesięciu drzew ocalałych po wycince na potrzeby odbudowy zrujnowanego zamku. Bohaterowie znów żyli w cieniu wielkiego Muru, zasłaniającego cały świat od wschodu do zachodu.    

Do Nocnego Fortu szarych kompanionów nie zaproszono, oficjalnie z braku miejsca. Prawda wyglądała tak, że najemnikom domagającym się zaległego żołdu nikt nie ufał; mimo ocalenia Shireen traktowano ich ozięble. Trudno powiedzieć, czy mieszkająca na zamku lady Melisandre ujawniła komuś swoją więź z kompanią, ale i jej stosunki z królową uległy pewnej zmianie.
Czerwona Kapłanka zjawiła się w obozie kompanii  przed południem, ale najpierw bohaterowie byli świadkami  wejścia do Nocnego Fortu ponad setki wynędzniałych zbrojnych – ludzi Stannisa, którzy towarzyszyli królowi podczas odwrotu spod Winterfell. Trudno powiedzieć, co przez ten czas robili w Wilczym Lesie i w jakich okolicznościach ich władca dostał się w ręce Ramseya Boltona, ale po rozmowie z kilkoma z nich Mucha zorientował się, że wielu męczy wstyd. Niedobitków prowadził znany bohaterom sir Godry Farring zwany Olbrzymobójcą. Rozpoznał Muchę, w jego oczach na nowo rozpaliła się zadawniona nienawiść, zapewne wzmocniona upokorzeniem jakie obecnie przeżywał. Przed spotkaniem z Czerwoną Kapłanką Kell wysłał jeszcze do zamku Venę, by w sekrecie odnalazła jego przyrodniego braciszka i Val - siostrę żony Mance’a Raydera. 


Na krótkim spotkaniu lady Melisandre polecila kompanii odnaleźć i schwytać wilkora-albinosa o imieniu Duch, należącego do zamordowanego lorda dowódcy Nocnej Straży – Jona Snow. Szczęśliwie nie trzeba było uwalniać zwierzęcia z Czarnego Zamku, gdzie do niedawna był więziony. Bohaterowie przyznali, że ledwie wczoraj rano widzieli go wśród drzew, na granicy obozu, trop był wyraźny.

Kiedy po spotkaniu Melisandre przemówiła do części zebranych przy ognisku kompanionów, nawracając ich w imieniu R’hllora, BG szybko zareagowali przydzielając wszystkim zadania, a następnie zebrali małą grupę pościgową. Kell ze swą mewą, Mucha, Virion, Wilgotny Witt, Kwik i Hennick z Dorne ruszyli tropem wilkora, zostawiając dowództwo Dratwie i Łańcuchowi. Zaczął sypać śnieg, więc trzeba było się spieszyć. Mijały godziny i mile, dzięki „niedźwiedzin łapom” noszonym przez bohaterów na butach marsz był znośny, choć długi.

Kilka godzin później grupa pościgowa wpadła na czwórkę  dezerterów z Nocnej Straży, którzy zareagowali agresywnie i zapłacili za to śmiercią jednego z nich. Virion wraził mu bełt w trzewia. Okazało się, że Wrony zmierzały właśnie do Szarej Kompanii z myślą o zaciągu. O wilkorze niewiele wiedzieli, opuścili posterunek zanim bestia zbiegła z Czarnego Zamku, by zmylić pogoń przez jakiś czas wędrowali na południe. Bohaterowie odesłali dezerterów do swego obozu i w gęstniejącym śniegu wznowili tropienie wilkora. Jakiś czas później trafili w okolice Czarnego Zamku, gdzie ślad zwierza się urwał, śnieg zasypał ślady. Kell wszedł więc w mewę i dokonał powietrznego zwiadu, zaś Mucha podszedł do pobliskiego czardrzewa szukając mistycznych wskazówek. W szumie nielicznych szkarłatnych liści kapłan Hexogi usłyszał nie do końca zrozumiałe szepty. „…a jest kłamsss… za tydzień upadnieszszz… z muruu … ksogothaa... przez stoss i ogień …śmierć… Eryk ...ginieee...”

Mewa odnalazła wilkora. Niedawno upolował coś lub kogoś. Siedział jak lodowy posąg wpatrując się w zabudowania Czarnego Zamku. Kell postanowił przyjrzeć się albinosowi bliżej i to zgubiło jego ptasiego przyjaciela. Wielki nieruchomy wilkor niespodziewanie wystrzelił w górę i pomimo próby uniku mewy, zmiażdżył ją w swoich szczękach. W ten sposób Kell „umarł” po raz pierwszy, w jednej chwili stracił swojego wiernego zwierzęcego towarzysza... Z krzykiem, roztrzęsiony, wrócił do swego ciała. Pomimo szoku wciąż jednak musiał dowodzić.

Zanim kompanioni wykonali kolejny ruch, kilku konnych, najpewniej z Nocnej Straży, wyjechało z zamku i zaatakowało wilkora. Bestia rozprawiła się z nimi straszliwie, zabiła dwóch i ledwo draśnięta zmusiła resztę do ucieczki. Chwilę potem atak, z pomocą lin i sieci, przypuścili Szarzy Bracia. Kell próbował nawet sposobem wargów „wejść” w zmęczone zwierzę, ale tylko odbił się od lodowatej woli zajmującej ciało wilkora. Porucznika ocalił brawurowym manewrem Virion, raniąc szarżującego albinosa. Do walki włączyli się inni i wreszcie, z wielkim wysiłkiem, skrępowano rozwścieczonego Ducha, wcześniej trafiając go jeszcze w łeb i żebra. Kwik poturbował się, reszta wyszła ledwo z kilkoma siniakami. Związane i nieprzytomne zwierzę bohaterowie pociągnęli na zachód z pomocą prymitywnych noszo-sań wykonanych w zaroślach. Kell szukał w zapadających ciemnościach tak długo, aż odnalazł ciało swej mewy. Po oddaleniu się od Czarnego Zamku grupa spędziła noc w opuszczonym szałasie drwali. Mozolny powrót zajął niemal cały kolejny dzień. Kiedy bohaterowie dotarli o zmierzchu do obozu, lady Melisandre już na nich niecierpliwie czekała. Zezwoliła trzem ludziom (oczywiście byli to BG: Virion, Mucha i Kell) na wejście z nią do Nocnego Fortu wraz ze skrępowanym wilkorem. Ranna bestia została umieszczona w podziemiach, nieopodal zamarzniętego ciała Jona Snow. Czerwona Kapłanka przygotowywała się do jakiegoś ważnego rytuału związanego z „powrotem Azora Ahai”. Zgromadziła wokół dziwaczne przedmioty i żegnając bohaterów oznajmiła, że przez wiele godzin będzie potrzebować spokoju... 

BG wyszli z budynku, ale nie opuścili zamku. Mimo zmęczenia chcieli podjąć nocną akcję oswobodzenia Val i syna Mance’a. Mimo częstych różnic zdań Mucha i Virion bez chwili wahania zgodzili się zaryzykować dla Kella swym zdrowiem i życiem. Wcześniej w obozie Vena opisała zamek (przygotowała mapę) i wskazała basztę, gdzie trzymane było niemowlę oraz dwie kobiety.

Po drodze bohaterowie widzieli i słyszeli sir Axella Florenta, doradcę królowej, rozmawiającego z innym południowym rycerzem. Szarzy kompanioni odnieśli wrażenie, że ludzie królowej, nie wiadomo, czy za jej wiedzą (a być może za sprawą knowań sir Godry’ego), planowali jakieś działania przeciw Szarej Kompanii. Najwyraźniej rola lady Melisandre w Nocnym Forcie ostatnio się zmieniła.



W gęstniejącej ciemności i mrozie, pośród wirujących dookoła rzadkich płatków śniegu, Mucha w asyście Viriona sprytnie zagadali wartowników, zwabili ich w ciemny kąt, gdzie bez mrugnięcia okiem zamordowali. Zabijanie wczorajszych sojuszników przychodziło BG łatwo jak oddychanie… Po wślizgnięciu się kompanionów do wieży zginął też sam Axell Florent i kolejny strażnik. Zaskoczona, ale szczęśliwa Val, ładna i energiczna blondynka (przez niektórych nazywana księżniczką dzikich) została uwolniona. Zdradziła wkrótce, że niemowlę, którym obok opiekowała się mamka, nie jest prawdziwym synem Mance’a, tylko bękartem niejakiego Crastera. Dziecko i jego opiekunkę zostawili więc bohaterowie w baszcie, wyjątkowo żywych.
W ciemności, po niepilnowanym gruzowisku zasypanym śniegiem, grupka ostrożnie opuściła Nocny Fort i niezauważona wróciła do swoich. Tej samej nocy, mimo zmęczenia, bohaterowie nadzorowali i pomagali w umocnieniach obozu przed oczekiwanym szturmem południowców. Nawet jeśli wcześniejsze podejrzenia nie miały się sprawdzić, to zabójstwo sir Axella musiało spowodować reakcję.

Na szczęście następnego dnia BG mogli wypocząć. Przez cała dobę nic się nie działo, poza konnym (a nie krukiem) wysłanym z Nocnego Fortu na wschód, który wrócił o zmierzchu. Jednak w południe następnego dnia, przy pięknej mroźnej pogodzie, prymitywna brama w palisadzie zamku otworzyła się i oczom kompanionów ukazał się przygotowany do podpalenia stos, z ofiarą przywiązaną do centralnego pala. Z bliska (Kell nie bez oporów wykonał zwiad przygodną wroną) okazało się, że to sir Eryk oraz jego giermek mają stać się ofiarami ognia. Z zabudowań wyłoniła się królowa Selyse z zapłakaną, protestującą Shireen. Na dziedzińcu zamku, w większości schowani przed oczami szarych braci, czekali w szyku konni i piesi, gotowi do wyjścia w pole. Jasnym było, że ruin zamku nie dało by się skutecznie bronić...
Bohaterowie zdecydowali się na pertraktacje. Mucha, Virion i jego brat Maron ruszyli szybko ku otwartej bramie. Kapłan Hexogi głośno apelował w imię swej bogini o pokój i rozmowę. Odwołanie się do obcego bóstwa nie podziałało. Dwóch konnych zaatakowało poselstwo. Rozpoczęto demonstracyjne zapalanie stosu. Wróg chciał sprowokować kompanię do ataku, wyjścia spomiędzy drzew i umocnień. Zdesperowany Kell nakazał grać na Rogu Zimy, niestety, dwóch kolejnych ludzi, którzy tego próbowali, padło bez zmysłów. Dopiero sam porucznik, wciąż pełen żalu i wściekłości po stracie mewy, wydobył ze starożytnego instrumentu moc. Zamarznięta ziemia zadrżała!

Chwilę wcześniej Virion pokonał atakującego go zajadle lansjera. Maron padł od ciosu drugiego konnego, którego rozwścieczony Virion również dopadł i skutecznie ukatrupił pośród trzęsienia ziemi. Mucha nie przejął się wstrząsami, niemal stratowany przez jeźdźca, otrzepał się i wczuł w rolę kapłana – wzywał Hexogę i groził przeciwnikom jej mocą nie zwracając uwagi na nieliczne, niecelne strzały.  Czasu było coraz mniej, stos się zajął, pojawił się dym, sir Erykowi pozostały najwyżej minuty! Kell przemieścił się z rogiem bliżej zamku w asyście towarzyszy, znów zaczął bezgłośnie dąć w róg,  podziemne olbrzymy trzęsły ziemią. Śnieg i sople zaczęły sypać się z zabudowań Nocnego Fortu, drżały wieże, pękały ściany, sypała się palisada. Część zbrojnych z południa wyjechała konno, prowadził ich sir Godry Olbrzymobójca nawołując do szarży. Jak się jednak okazało, większość jego ludzi nie zamierzała walczyć. Co więcej, zrzucili Olbrzymobójce z siodła i popędzili na wschód, podobnie jak większość piechurów. Szara Kompania wdarła się do Nocnego Fortu, gotowa na widok uduszonego dymem Kapitana. Na szczęście sir Eryk był tylko nieprzytomny – podczas całego zamieszania lady Melisandre wyszła ze swej samotni i zapobiegła śmierci rycerza. Kilkoma słowami przywołała też do porządku zbrojnych wciąż obecnych w zamku.

Ostatecznie pojmany sir Godry został ciężko pobity przez Viriona, zaś królowa Salyse, jej dwóch przybocznych rycerzy i dobra setka zbrojnych – zatrzymana przez Szarą Kompanię. Czerwona Kapłanka była bardzo wzburzona, ale nie losem sir Eryka czy bitwą, tylko trzęsieniem ziemi, przez które coś w jej zabiegach poszło nie tak. Stało się coś złego...




[Zapowiedź nowego gracza]

Podczas walki, obok BG wyróżnił się Ian Storm: wędrowny rycerz, który przyłączył się do Szarej podczas pobytu w Ostatnim Domostwie; człowiek, za którego poręczył Hother „Kurwistrach” Umber. Sir Ian odznaczył się odwagą i umiejętnościami, prowadząc główną część sił kompanii, kiedy Hennick Drought osłaniał porucznika.



Lady Melisandre zabiera nieprzytomnego sir Eryka do siebie. Tymczasem najemnicy przenoszą się do zrujnowanego Nocnego Fortu, bliżej Muru i kłębiącej się za nim lodowatej, niebieskookiej Ciemności, wzbierającej, by zalać całe Westeros, a potem świat.  

Jesteśmy Szarą Kompanią, wilkami wojny, bezdomnymi żołdakami wiernymi Fortunie,
o duszach wystrzępionych jak nasz sztandar, ciałach poznaczonych karbami wielu bitew. Brnąc w śniegu, noga za nogą, maszerujemy naprzeciw wichrom zimy. Obozujemy w krwawym blasku ognisk, patrząc w oczy nocy, wsłuchani w mroźną ciszę lasu, gdzie przyczajona śmierć szepcze nasze imiona tęsknie, jakby wspominała dawnego kochanka… Jesteśmy braćmi zaprzysięgłymi chwale i łupom; najemnymi mieczami o kamiennych sercach i oczach, które widziały zbyt wiele. Maszerujemy pośród bieli, w jądro ciemności pęczniejące za lodowym murem pamiętającym świt świata. Strzeż się Północy – idziemy do ciebie. Idziemy po swoje.



Kapitan kompanii sir Eryk Dayne (vel Malforto) szybko dochodził do siebie po podtruciu. Wkrótce po opuszczeniu Winterfell stanął na własnych nogach. Przyboczni zdali mu relację z ostatnich dni. Mucha i Virion nie ukrywali sceptycyzmu odnośnie decyzji porucznika Kella Raydera. Sir Eryk żałował opuszczenia Winterfell, ale nie podważył rozkazów zastępcy, zresztą na powrót było już za późno. Mijały dni. Kolumna kompanii, w środku której jechały dwa kryte wozy, maszerowała na północ Królewskim Traktem. Droga, choć pokryta śniegiem, zapewniała szybszą wędrówkę niż otaczający ją Wilczy Las. Knieja wydawała się być wymarła, cicha jak grób. Od świtu do zmierzchu świat był czarno biały, całun śniegu złamany był ostrymi konturami nagich drzew.

Mucha regularnie urządzał nabożeństwa ku czci Hexogi, dobrał też sobie trzech uczniów – akolitów, których przyuczał do niższej kasty kapłańskiej. Kell często rozmawiał z Shireen, odciągając dziewczynkę od rozpaczy po stracie ojca i niepewności jutra. Wędrówka była wyczerpująca i monotonna, choć pogoda sprzyjała: śnieg padał rzadko, wiatr był niemrawy. Doskwierał za to mróz. Ludzie korzystali z góralskich „niedźwiedzich łap” i mając pełne żołądki maszerowali względnie szybko.


Podczas któregoś z noclegów, kiedy bohaterowie rozgrzewali się i niemrawo gawędzili przy ognisku, gdzieś z południa, spoza linii wart, doszedł ich donośny trzask łamanych gałęzi. Warg postanowił wślizgnąć się w skórę swej mewy i wykonać zwiad. Chwilę później w ognisko spadło coś dużego, płomienie strzeliły na wszystkie strony! Było to ciało jednego z wartowników. Od strony południowej dobiegły krzyki innych strażników. Virion popędził tam z toporkiem w garści, uskrzydlony Kell był na miejscu trochę szybciej. Mial wrażenie, że las się budzi, drzewa poruszały się, a pośród nich gorzały dwa zimne, niebieskie płomienie. Obóz był atakowany przez potężną postać – olbrzyma z oczami wypełnionymi złowrogim błękitnym blaskiem. Gigant nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, próbował deptać i chwytać kompanionów, oderwał z rosłego dębu wielką gałąź i grzmocił nią na lewo i prawo. Czy był ożywieńcem, jak upiorne zwłoki ludzi w Winterfell? Virion wydał rozkaz dobycia obsydianowej broni, ludzie strzelali z kusz i łuków, odskakując od powolnej bestii, która niepowstrzymanie kroczyła przed siebie, w głąb obozu. Kell po przeskoku do swego ciała (zadbał o nie Mucha) pobiegł na jeden z wozów odpakować Róg Zimy – chciał sprawdzić, czy starożytny instrument wpływa na olbrzymy. Sir Eryk zebrał wokół siebie ludzi, także chorążego Viriona, który przekazał dowódcy sztandar. Smocze szkło zdawało się być zbyt delikatne, ale może smocza kość, z jakiej wykonana jest lanca - drzewiec chorągwi - sprosta zadaniu? Olbrzym był tuż! Kompanioni zrobili mu miejsce, otoczyli trzymając bezpieczny dystans, jak sfora hartów wokół niedźwiedzia, a do szarży z lancą rzucił się brawurowo samotny Kapitan. Postawił wszystko na jedną kartę, jeden cios. Jeśli by się nie udał, uderzenie giganta niewątpliwie zabiło by sir Eryka mimo noszonej zbroi płytowej. Lanca jednak trafiła wystarczająco silnie, aby wbić się w brzuch stwora, który przewrócił się sztywno jak podcięte drzewo. Ziemia zadrżała i… drżeć nie przestała! Co się działo? Czyżby z lasu nadbiegały kolejne olbrzymy? Dookoła pękały i upadały pnie, zamarznięta ziemia dygotała i rozstępowała się, konie kwiczały w panice, czapy śniegu zsuwały się z wibrujących iglastych gałęzi, ludziom plątały się nogi, gwiazdy wirowały na niebie. Nagle wszystko ustało. Tylko Kell znał przyczynę fenomenu – choć bezgłośnie, to jednak „zagrał” na Rogu Zimy, przebudził śpiące pod ziemią olbrzymy, przynajmniej metaforycznie. Ten sekret porucznik zdradził przyjaciołom dopiero kilka dni później, po rozmowie ze swym ojcem Mance’m, sugerującym pogrzebanie gdzieś magicznego przedmiotu, np. zatopienie go pod lodem mijanego Długiego Jeziora. Niemniej bohaterowie na razie nie zdecydowali się na rozstanie z rogiem.
Następnego dnia Szarą Kompanię dogoniło kilku poharatanych konnych w barwach Barrowton. Pewnym było, że zeszłej nocy wiele przeszli, dwa konie nie miały jeźdźców. Jeden z rycerzy chciał poznać losy lady Dustin, pod Winterfell usłyszał dziwne rzeczy. Sir Eryk i Mucha oględnie odpowiedzieli o okolicznościach śmierci szlachcianki i jej pogrzebie. Winę za całe zło zrzucili na górali. Na koniec, udało się nawet kompanionom zdobyć dodatkowego wierzchowca.

Szara Kompania minęła Długie Jezioro, Wilczy Las został z tyłu. Przydrożne osady i gospodarstwa były w większości opuszczone i złupione. Być może przez dzikich albo oddziały Ramseya Boltona. Po kolejnych kilku dniach marszu najemnicy znaleźli się stosunkowo blisko Ostatniego Domostwa – rodowej siedziby Umberów. Hother „Kurwistrach” zaproponował gościnę, mając nadzieję, że jego dworzyszcze nie wpadło w obce ręce. Okazało się, że stara warownia oparła się na razie wszystkim przeciwnikom, mimo że wewnątrz pozostały głównie kobiety, kalecy i dzieci. Szara Kompania została w Ostatnim Domostwie kilka dni. Wszyscy zachowywali się grzecznie, chętni bohaterowie mogli sobie poużywać z samotnymi, głodnymi mężczyzn wdowami z Północy. W twierdzy najemnicy zostawili także okaleczonego Mance’a Raydera, dla którego powrót na Mur mógłby różnie się skończyć, oraz słabującego Jona Hollarda wraz z jego kobietą, Ythar. Ostatniej nocy nad siedzibą Umberów przemknęła spadająca gwiazda. Omen, ale czego? 

Dalsza podróż przebiegła bez przygód, choć wszyscy mieli wrażenie, że to cisza przed burzą. Wreszcie na horyzoncie kompanioni dostrzegli białą linię wyraźnie odcinającą się od szarych, skłębionych chmur. Mur, jeden z cudów świata, imponująca starożytna budowla wysoka na 200 metrów. Co miała powstrzymać? Jakie zło tysiące lat temu tak bardzo wystraszyło żyjących w Westeros Pierwszych Ludzi, Olbrzymy i mityczne Dzieci Lasu, że zjednoczyli się oni by wybudować coś tak monumentalnego?  Cóż, Szara Kompania to nie filozofowie, tylko najemnicy. Zatrzymali się na nocleg w Kretowisku - dużej i nieporządnej osadzie kilka mil na południe od Czarnego Zamku. Mucha wypytywał miejscowych o najnowsze wieści z Muru i okolic, zgromadził wiele plotek, ale trudno było oddzielić prawdę od fałszu, zwłaszcza, że działy się rzeczy niecodzienne. Pewne było jedno: za Murem zapadła wieczna noc i panował mróz tak straszliwy, że zamarzało tam samo powietrze.



Następnego ranka, kiedy Szara była znów w drodze, dotarł do niej posłaniec od nowego lorda dowódcy Nocnej Straży, z zaproszeniem i prośbą pomocy. Obie rzeczy zostały przez bohaterów odrzucone, przynajmniej na razie. Kompania ruszyła na północy zachód, do Nocnego Fortu, gdzie miała znajdować się małżonka króla Stannisa i jego ludzie. Nocny Fort, niegdyś największy zamek Nocnej Straży, leżał w ruinie. Kiedy na Mur przybył Baratheon, rozpoczęto powolną odbudowę warowni, w której obecnie zamieszkiwała królowa Selyse z dworem. Uszczelniono i odnowiono kilka budynków, dziedziniec ogrodzono palisadą, postawiono stajnię. Wewnątrz mieszkało około 100 ludzi w tym kilku południowych rycerzy. Oraz lady Melisandre, Czerwona Kapłanka.


Szara Kompania rozbiła obozowisko na zewnątrz Nocnego Fortu, pod zagajnikiem. Bohaterowie widzieli nieopodal krążącego pośród drzew wielkiego białego wilkora, albinosa z czerwonymi ślepiami i świeżymi bliznami na ciele. Zwierzę odważnie zbliżyło się do ludzi, zjadło nawet kawał mięsa z rąk Kella, później jednak przepadło w zaroślach.


Do Nocnego Fortu, a później przed oblicze królowej Salyse i jej wuja oraz opiekuna sir Axella Florenta, wpuszczono jedynie sir Eryka, Kella, Muchę i Viriona. Bohaterowie oddali małą Shireen, którą matka powitała dość powściągliwie, a później bez ogródek wyjawili los Stannisa, składając u stóp królowej Światłonoścę i sztandar Baratheona. Straszliwe wieści zdruzgotały małżonkę zmarłego króla. Jej namiestnik i wuj Axell Florent, również będący w pełnym niedowierzania szoku, odprawił BG. Zanim jednak kompanioni opuścili Nocny Fort, spotkali się z lady Melisandre, nieobecną u boku królowej. Czerwona Kapłanka, jak zwykle w burzy ognistych włosów oraz zbyt cienkiej i wydekoltowanej szkarłatnej sukni, zaprosiła bohaterów na prywatną rozmowę w swej komnacie. Tam zaproponowała im pracę – nowy kontrakt. Zapłatą miały być szlachetne kamienie. Zaliczkę wyczarowała kobieta magiczną sztuczką. Wprost z ognia piecyka wyciągnęła dwa rozżarzone do białości węgle, ścisnęła je w ręku bez oznak bólu a kiedy otworzyła dłoń, jej ciało było nienaruszone. Na gładkiej dłoni leżały dwa krwawo-różowe klejnoty. Wręczyła je sir Erykowi. Bohaterowie nie chcieli w kontrakcie religijnych zapisów dotyczących Pana Światła, ale zgodzili się na potwierdzenie umowy krwią. Dokument został sporządzony i podpisany kilka godzin później. W międzyczasie Kell zagadnął zbrojnych z Nocnego Fortu o dzikich. Szukał Val i małego synka Mance’a Raydera. Słyszał kwilenie niemowlęcia. Rozmówcy zaprzeczyli jednak, by na zamku znajdował się ktoś z dzikusów.    

Kilka godzin po podpisaniu umowy bohaterowie zostali zaprowadzeni przez lady Melisandre, ich nowego pracodawcę, do lodowatej komnaty leżącej gdzieś miedzy fundamentami Muru. W mroku, na białym katafalku będącym wielkim, surowym blokiem lodu, leżało ciało młodego mężczyzny z wieloma ranami korpusu.

- Oto prawdziwy Azor Ahai – powiedziała cicho lady Melisandre wskazując na zamarznięte zwłoki - On nas poprowadzi naprzeciw Ciemności. W imieniu Pana Światła zatryumfuje nad Innym! Tej sprawie teraz służycie.




W wielkim Winterfell, gdzie zapadła Długa Zima, być może ostatnia zima ludzi, wciąż gnieździli się najemnicy z Szarej Kompanii, górale z klanów Pogórza oraz dzicy. Wolni Ludzie zza Muru i klanowi wojownicy szczerze się nienawidzili. Dzicy stanowili największą grupę w twierdzy ale, wewnętrznie podzieleni, nie potrafili narzucić swej woli pozostałym. Król Stannis nie żył, podobnie jak Ramsey Bolton. Sir Eryk i Cristian Borg leżeli zmożeni trucizną i ranami. Zrozpaczona ale najedzona Shireen Baratheon znajdowała się pod opieką Szarej Kompanii, a kontrakt jej ojca z najemnikami właśnie wygasł.

Obecny dowódca Szarych, porucznik Kell „Niedźwiedź” Rayder, odbył kilka spotkań z młodą córką lorda Stannisa a także z głównym więźniem kompanii – Roosem Boltonem. Podczas ostatnich wizyt u lorda Pijawki Kellowi towarzyszył Łańcuch. Negocjowano wypuszczenie Namiestnika Północy i bezpieczny wymarsz Kompanii z Winterfell. Porucznik rozmawiał także ze swoim ojcem – Mancem Rayderem, myślał o nowej rodzinie: szwagierce Val i maleńkim przyrodnim braciszku, zostawionych gdzieś  na Murze. Od Torega Wysokiego i Sorena Rozbijacza Tarcz Mance dowiedział się o kulisach śmierci lorda dowódcy Jona Snow, zasztyletowanego przez własnych podkomendnych. Wolni Ludzie mówili o walkach i rozłamie, który nastąpił w Czarnym Zamku, o tym, że Tormund Zabójca Olbrzyma ruszył ze swoimi do Hardhome, o tysiącach wron i kruków nawiedzających Mur w dniu śmierci Snowa, o magicznych sztuczkach Czerwonej  Kapłanki i chaosie, z którego później zapewne skorzystał Bękart Boltona.

Kiedy Kell próbował samodzielnie rozstrzygnąć przyszłość Kompanii, Mucha gryzł się wspomnieniami o Petrze, swej pięknej, zdradzieckiej i martwej żonie. Zwołał i poprowadził w sepcie hexogalne nabożeństwo, podczas którego obwieścił, że jego miłość i ufność wobec Petry były jedynie grą, która miała ją sprawdzić. Kapłan przedstawił siebie nie jako zdradzonego, wzgardzonego małżonka, ale przebiegłego, cynicznego oficera, dla którego dobro Kompanii było wartością nadrzędną. Może Mucha próbował sam w to uwierzyć? Trudno powiedzieć, co pomyśleli szarzy bracia…

Virion miał tymczasem sporo roboty z zachowaniem porządku w Winterfell. Dzicy próbowali zdobyć żywność na własną rękę, doszło do bójek z góralami, ale twardziel z Żelaznych Wysp jak zawsze poradził sobie z sytuacją. Lojalny brat Maron zawsze go ubezpieczał. W związku z niedyspozycją Borga, Kell wyznaczył Viriona na tymczasowego chorążego Szarej Kompanii. Na tym samym spotkaniu sztabowym doszło do długiej i gorącej dyskusji o przyszłości najemników i kształcie porozumienia z lordem Boltonem. Kell wynegocjował list żelazny od Namiestnika Północy i zamierzał podpisać z nim kontrakt. Jednak przed zaciągiem na służbę Dreadford, „Niedźwiedź” chciał odwiedzić Mur, odstawić tam Shireen Baratheon, odzyskać zaległy żołd kompanii i załatwić swoje osobiste sprawy. Mucha i Virion chcieli jak najwięcej uzyskać od Boltona w formie okupu, o którym Kell nie chciał słyszeć. Kwestionowali też kierunek marszu Szarej. Negocjacje ze zdezorientowanym i podejrzliwym lordem skomplikowały się, bohaterowie niemal wzięli się za łby, emocje wybuchały. W pewnym momencie Kell postawił wszystko na ostrzu noża, chciał uzyskać votum zaufania dla swojego przywództwa. Zgromadzono więc szarych kompanionów w donżonie, gdzie Mucha bardzo oględnie przedstawił braciom problem, wskazując dwóch kandydatów na dowódcę – Viriona oraz dotychczasowego Kella. „Niedźwiedź” wygrałby głosowanie bez problemu, ale głos Hanzi’ego, kapłana Hexogi i szanowanego brata, odwołującego się do sakiewek, zrobił swoje. Kell przemówił krótko do ludzi, Virion odpuścił sobie mowę. W pierwszym głosowaniu doszło do remisu, drugie niewielką ilością głosów wskazało na „Niedźwiedzia”. Kell Rayder pozostał więc zastępcą niedysponowanego dowódcy, obronił swoją wizję i taktykę postępowania z Boltonem. Virion i Mucha, choć niezadowoleni, lojalnie podporządkowali się decyzji.

Tymczasem z południa nadjechał oddział blisko pięciuset konnych pod proporcami Barrowton – zaprzysiężeni ludzie lady Dustin. Nowoprzybyli dołączyli do obozujących pod Winterfell zbrojnych Boltona, dowodzonych przez kasztelana Dreadfort. Bohaterowie wznowili rozmowy z więzionym lordem, który podpisał list żelazny gwarantujący bezpieczeństwo Szarej Kompanii, z perspektywą najęcia kompanionów w niedalekiej przyszłości, kiedy (jeśli) wrócą zza Muru.

Szara Kompania zaczęła pakować manatki. Cztery zdobyte niedawno konie wykorzystano jako zwierzęta pociągowe w dwóch naprawionych furgonach. Przenoszono na nie żywność, obsydianowe ostrza, przygotowano do transportu ciężko rannych. Wówczas wśród bohaterów wybuchł kolejny spór. Kell, tym razem popierany przez Muchę, chciał zabrać ze sobą na Mur „Róg Zimy” Joramuna. Sprzeciwiał się temu Virion, przywołując wcześniejsze obawy nieprzytomnego sir Eryka. Tym razem BG postanowili rozstrzygnąć sprawę poprzez… pojedynek na pięści! Pewny siebie Virion ostro rachował kości porucznika, ale na końcu dał się zaskoczyć niespodziewaną kontrą Kella, który rozpaczliwym ciosem głową znokautował chorążego. Starożytny instrument został więc odgrzebany i wyciągnięty z krypt Starków.

Około południa następnego dnia wystrzępiony sztandar Szarej Kompanii wymaszerował z Winterfell, lord Bolton został przekazany w ręce swych ludzi. Cała sytuacja zaskoczyła górali i dzikich, którzy w przeważającej większości zostali w twierdzy. Klanowi wojownicy z pogórza, z żalem i wściekłością żegnali najemników, byli wszak pewni, że wspólnie doczekają tu powrotu swych ziomków wraz z rodzinami. Czuli się oszukani. Z drugiej strony Namiestnik Północy nie zdawał sobie sprawy, że w Winterfell nie tylko Szara Kompania rozdaje karty. Konieczność zdobywania zamku zapewne bardzo popsuła mu szyki i humor…

Siedemdziesięciu siedmiu braci i kilka sióstr, pieszo, wraz z dwu wozowym taborem, zostało zaczepionych przez konnych z Barrowton. Nie do końca pogodzili się oni z niejasną informacją o śmierci lady Dustin. Mucha zaoferował południowcom oddanie Harwooda Stouta, co uczyniono kilka mil dalej - za Szarą Kompanią przez jakiś czas wędrował trzydziestoosobowy konny oddział wasali Dustinów, który przejął oszołomionego narkotykiem (osiągnięcie Kalispery) Stouta. Nie wiadomo, co jeźdźcy uczynili później…


Kompania maszerowała. Na krytym furgonie jechali ściśnięci: nieprzytomni sir Eryk i Borg, Mance Rayder i płacząca Shireen, obłąkany Jon Hollard i milczący Hother „Kurwistrach” Umber. Obok szli okutani ciepło zbrojni, z plecakami i tobołami kiwającymi się na drzewcach długiej broni. Nikt nie śpiewał. Wiało.

Wędrując na północ, w kierunku Królewskiego Traktu wiodącego na Mur, kompanioni dostrzegli niepokojące kształty wyłaniające się z Wilczego Lasu nieopodal Winterfell. Byli tam liczni ludzie w towarzystwie… olbrzymów i innych wielkich kształtów; czyżby mamutów? Kell podejrzewał, że wcześniej na niebie widział zwiadowczego krogulca, być może niosącego na skrzydłach ducha warga. Czyżby Winterfell miało spotkać kolejne oblężenie? Tym razem bez udziału bohaterów.

Szara Kompania ruszyła z powrotem na Mur, znów ku Północy. Tam, gdzie ział piekielny mróz, gęstniała ciemność i gromadzili się Inni. Tam, gdzie miały się zdecydować losy świata.