Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Warlock!, Cień Władcy Demonów, D&D, Veasen czy Symbaroum i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

Koło się zamknęło. Szara Kompania przybyła na Północ stawiając pierwsze kroki wraz z wojskami Stannisa we Wschodniej Strażnicy i z tego samego zamku teraz odpływała. Skład i stan osobowy uległy przez ten czas wielu zmianom. Przeszło pięć miesięcy temu,  w bitwie z armią Dzikich Mance’a Raydera brało udział 340 szarych braci, przeżyło 125. Podczas zdobywania i utrzymania Winterfell oddział zmniejszył się do siedemdziesięciu kilku osób. Obecnie nominalnie pod Wystrzępionym Sztandarem służy blisko 400 mężczyzn, głównie Wolnych Ludzi, ale czy wszyscy sprostają wyzwaniom? Weteranów stanowiących rdzeń kompanii i pamiętających jeszcze kontrakty w Essos zostało trzydziestu. Niemal wszyscy są oficerami i podoficerami. Nieco większą ilość stanowią zbrojni z południa, pochodzący z rozbitej Armii Stannisa. Stu ludzi rekrutuje się spośród  północnych górskich klanów Wullów, Norrey’ów i Liddle’ów. Kilkunastu to dezerterzy z Nocnej Straży i oddziałów wiernych Boltonowi. Jest jeszcze kilku niedorostków i starców z Ostatniego Domostwa, przyjętych z litości i służących jako ciury obozowe. Cała reszta to Dzicy, czy też Wolni Ludzie, grupa niejednolita, bo pochodząca z czterech plemion straszliwie doświadczonych przez grozę Innych i głodny mrok za Murem. Wszyscy trafili teraz do Białego Portu. A oto jak się to stało.

Poprowadzona za Mur  wyprawa odrodzonego Białego Jona skończyła się połowicznym sukcesem. Zza Muru przyprowadzono po lodzie pewną grupę Wolnych Ludzi, ale zwabiono także upiory. Przybrzeżne wody Zatoki Fok i port Wschodniej Strażnicy były zamarznięte a statki, którymi kompania miała odpłynąć, tkwiły w lodzie. Na szczęście doświadczenie i pomysłowość bohaterów poradziły sobie z tym. Kadłuby uwolniono i uszczelniono, zaś lód został skruszony za pomocą Rogu Zimy. Dokonał tego Kell Rayder (grający na magicznym instrumencie już któryś raz z rzędu) w towarzystwie Muchy, który po wszystkim przypisał oczywiście sukces woli i mocy Hexogi.

Wschodnia Strażnica została obsadzona przez kilkunastu ludzi z Nocnej Straży, którzy po raz ostatni poprosili sir Eryka o wsparcie obrony Muru. Kapitan miał jednak inne plany. Sam postanowił udać się z nieliczną eskortą na Skagos, by zgłębić istotę swej bogini. Reszta sztabu, po długiej i burzliwej naradzie, w której głos, poza BG, zabrali również sir Davos Seaworth i Biały Jon, zdecydowała, że kompania ruszy statkami na południe, do Białego Portu – siedziby teoretycznie przychylnego i wypłacalnego lorda Wymana Manderly. Odrodzony Jon Snow, zwany Białym, wspierany(chyba silniej niż by sobie tego życzył) przez sir Iana Storma, wciąż chciał odzyskać Winterfell i tam stawić czoła najazdowi Innych. Pojął jednak, że sam tego nie uczyni, a stolicę Północy można równie dobrze zdobywać od strony południowej. Również sir Davos, pragnący pomszczenia na Boltonach swego króla i syna Devana, głosował za Białym Portem – dobrym miejscem dla ochrony Rickona Starka i Shireen Baratheon. Jon Hollard porzucił myśl o samotnym odwiedzeniu Braavos, co ucieszyło jego towarzyszy, zwłaszcza sir Eryka. Kapitan ze smutkiem przyjął za to decyzję sir Iana Storma o odłożeniu ślubowania służby Szaremu Sztandarowi.  

Kilka dni we Wschodniej Strażnicy upłynęło majstrom kompanii nader pracowicie. Szkutnicy krzątali się przy statkach, kruszono za pomocą kafarów lód, zaś dwie duże zamkowe kuźnie pracowały pełną parą. Dzięki zgromadzonej przez Nocną Straż stali, kowale kompanii zdążyli wykuć kilka sztuk broni z domieszką obsydianowego pyłu. Do Ostatniego Domostwa wybrał się w skórze ptaka Biały Jon z listem zawierającym propozycję ewakuacji dworzyszcza Umberów, zabrania nielicznych już mieszkańców na statki. Odrodzony w magicznym ogniu Jon już nie wierzył, że postawiony tysiące lat temu Mur wytrzyma inwazję Innych. Wznoszenie lodowej fortyfikacji rozpoczęło się wszak po poprzednim najeździe, u zarania Wielkiej Wiosny i Mur nigdy nie musiał zdać swojego najważniejszego egzaminu. Od setek lat mieszkańcy Westeros byli pewni, że chroni ich przed rajdami dzikich barbarzyńców.

Kiedy przyprowadzeni zza Muru dzicy w większości klęknęli przed Szarym Sztandarem (jakaż zmiana dokonała się w tych dumnych ludziach przez ostatnie tygodnie!) zdobywając dzięki temu miejsce na statkach, kompania odpłynęła. Pełznąca z północy po zamarzniętym morzu mroczna mgła, pełna kłów i szponów mrozu, rozwiała się wraz z rozbiciem lodu. Zapewne na krótko, ale szarzy bracia nie oglądali się za siebie. Duża łódź sir Eryka popłynęła na wschód, ku Skagos, trzy większe statki ruszyły wzdłuż wybrzeża na południe, po drodze zatrzymując się by przyjąć na pokład kilkudziesięciu uchodźców z Ostatniego Domostwa. Kell ponownie zobaczył swego ojca – Mance’a Raydera. Kasztelan Hother Umber, zwany Kurwistrachem, nie opuścił jednak domu swych przodków. W liście do sir Eryka poprosił o uwolnienie swego lorda i bratanka Greatjona z łap Freyów.

Wcześniej, na zadziwiająco spokojnym jak na tą porę roku morzu, bohaterowie dostrzegli dryfujący statek. Był to „Kos” należący do Nocnej Straży. Na pokładzie znajdowali się ledwo żywi dzicy ewakuowani z Hardhome. Swoich ożywionych zmarłych zamknęli pod pokładem. Po sztormie i utracie żeglarzy osłabieni i ranni ludzie nie byli w stanie przybić do brzegu. Kompania pomogła potrzebującym, a „Kosa” wzięła na hol, by rankiem rozprawić się z upiorami nawiedzającymi jego pokład. Przy okazji potwierdzono skuteczność nowej broni ze stali „obsydianowej”.
Pogoda wciąż dopisywała i rejsu czterech statków wypełnionych bardzo zróżnicowanymi ludźmi nic nie zakłóciło. Niewielka flotylla minęła Wdowią Strażnicę, potem wpłynęła na wody Ugryzionej Zatoki. Minęła Stary Zamek, archipelag Trzech Sióstr i skręciła ku Białemu Portowi leżącemu u ujścia szerokiej rzeki Biały Nóż. Do samego miasta popłynął na początku tylko jeden ze statków „Ciasne Koryto”, jak nazwali ją kompanioni. Na pokładzie byli, między innymi, wszyscy Bohaterowie Graczy (Virion, Hollard, Kell, Mucha, Storm) oraz sir Davos i Odrodzony Jon. Biały Port, najludniejsze miasto i najważniejszy port Północy (podobno piąte co do wielkości miasto w Westeros) stanowił dla przybyszów wielką odmianę. Po pierwsze zniknął mróz. Śnieg jeszcze tutaj nie dotarł. Mimo chłodnego wiatru kompanioni mieli wrażenie, że trafili do cudownej krainy ciepła, ładu i spokoju. Zadbane nabrzeże, imponujący podwójny port z falochronami i ufortyfikowanymi molami oraz wznosząca się nad tym wszystkim duża metropolia z bielonymi kamiennymi piętrowymi domami – to wszystko imponowało, zwłaszcza Dzikim, którzy myśleli, że trafili do stolicy świata zamieszkałej przez południowych królów. W porcie stały też wojenne galery. Jeden z okrętów pod znakiem trytona Manderlych eskortował „Ciasne Koryto” do wysokiej przystani, skąd było widać nabrzeże kupieckie wypełnione pstrą zbieraniną towarów z różnych stron świata. Bohaterowie zostali przepytani i eskortowani do jednej z gospód, padło na „Pękniętego Wieloryba”. Tam się zaczęło. Pierwszy złotem błysnął Mucha. Później zamówiono wszystko co ciepłe: od kilku kobiet dla Viriona, przez paszteciki, korzenne wino, kąpiel, łaźnię i nagrzane łoże. W oczekiwaniu na audiencję u lorda BG zamawiali pranie, cerowanie, kupili sobie nowe szaty, ostrzygli się i ogolili, a potem znów używali wszystkich przyjemności, które niesie cywilizacja. Życie w Białym Porcie tak bardzo kontrastowało z ich losem na Północy, że nie wychwycili wysokich cen i zaniepokojenia niektórych mieszkańców. Lord Manderly prowadził bowiem od niedawna wojnę z Freyami i Boltonami. Będąc w konflikcie z królewskim namiestnikiem północy występował przeciw Żelaznemu Tronowi.

Reszta statków została wpuszczona do portu i już wszyscy, pod czujnym okiem miejscowych zbrojnych, mogli odetchnąć. Sir Ian Storm dbał o najmłodszych uciekinierów z Północy, ale nie tracił też z oczu Białego Jona. Virion próbował ogarnąć nowych rekrutów, w przerwach oddając się cielesnym uciechom, które z kolei Mucha próbował godzić z obowiązkami kapłana Hexogi. Kell spędził trochę czasu z ojcem umiejętnie ukrywając, jakie wrażenie robi na nim wielkie miasto. Znalazł też nowego ptaka-chowańca, oczywiście mewę. Jon Hollard wrócił do swych medytacji i szkolenia nowych braci w szermierce. Dopiero po trzech dniach bohaterowie stanęli przed obliczem lorda Wymana Manderly, Lorda Zbyt Grubego By Dosiąść Konia. Wcześniej audiencji dostąpił sir Davos. Posłuchanie BG było krótkie i dosyć nieprzyjemne. Brak obycia najemników, niezastosowanie się do wytycznych maestera Theomore’a i ekspresyjność Muchy (nawet sir Ian nie błysnął etykietą a jedynie naśladował wycofanego Jona Snow) sprawiło, że szybko znaleźli się za drzwiami. Nie wyrzucono ich z Dworu Trytona tylko dlatego, że wstawił się za nimi Davos, a lord i jego kuzyn, dowódca gwardii pałacowej Marlon Mandery, pamiętali walkę szarych kompanionów z Freyami podczas Bitwy Na Jeziorze. Freyów zaś Spasiony Lord nienawidził całym sercem. Potrzebował też mieczy, choćby najemnych, do swej wojny. Sir Davos załagodził więc sytuację, potem na indywidualna audiencję został poproszony Odrodzony Jon. Ostatecznie drużyna dowiedziała się kilku rzeczy o bieżącej sytuacji politycznej w Westeros i przymierzyła się do kontraktu z Dworem Trytona.
 
Co działo się przez kilka miesięcy, podczas których kompania była odcięta od wieści ze świata?
 
W Dorzeczu nie ustał chaos po wojnie Młodego Wilka. Siły królewskie zdobyły wszystkie zamki, jednak walki partyzanckie wciąż trwały. Blackfish, ostatni z dowódców Robba Starka (i ostatni Tully na wolności) wciąż aktywnie działał kąsając stronników Lannisterów. Kraina była też pełna dezerterów i zbójów.

W jak zawsze spokojnej Dolinie rządził osierocony mały Robert Arryn pod okiem grupy doradców.

Nowym władcą Żelaznych Wysp był Euron Greyjoy. Krakeny regularnie atakowały bogate Reach, grabiąc, porywając i siejąc strach. Zagrożone było samo Stare Miasto!

Tymczasem Regent Królestwa, Kevan Lannister został jakiś czas temu skrytobójczo zamordowany, wcześniej upokorzono Cersei Lannister. Mała Rada rozpadła się. Wydawało się, że czas Lannisterów przeminął. W stolicy było niespokojnie. Armia Tyrellów utrzymywały jako taki ład, Mace Tyrell układał się z Wiarą wspierając swą córkę – królewską żonę i izolując młodego króla Tommena.

Najciekawsze wieści dochodziły z Krainy Burzy, co zaniepokoiło Davosa. Wylądowały tam wojska Złotej Kompanii (grupa dziesięciu tysięcy najemników, którzy nigdy w swej historii nie złamali kontraktu) ,  wspierającej niejakiego Młodego Gryfa, zgłaszającego pretensje do tronu Westeros. Młody mężczyzna podawał się za cudownie ocalałego Aegona Targaryena i wraz z wojskami oblegał (może już zdobył?) Koniec Burzy. 

Szara Kompania wypoczywała, reorganizując się, szkoląc i czekając na powrót dowódcy – sir Eryka. Łańcuch dopracowywał kontrakt z sekretarzami Dworu Trytona. Królowa Selyse i Shireen, podobnie jak Davos i Rickon Stark, byli gośćmi lorda Wymana. W Białym Porcie przebywał też Harwood Stout, jednoręki lord i wierny lennik zabitej lady Barbrey Dustin. Bohaterowie byli niepocieszeni, że ich sława – zdobywców Winterfell – nie rozeszła się szeroko po świecie. Co więcej, lord Stout utrzymywał przed swym sojusznikiem Wymanem Manderlym, że to on zdobył na chwilę stolicę północy. Na świecie nie było sprawiedliwości. Szara Kompania była głodna chwały! Pierwszą możliwością zaspokojenia tego uczucia  miało być zdobycie Fosy Cailin, ale o tym w następnej przygodzie.
 
---------------------
28. sesją kampanii zakończyliśmy pewien etap gry. Na chwilę (być może dłuższą, to zależy od Graczy) opuściliśmy mroczną, mroźną i ponurą Północ, trafiając ponownie w świat pełen spisków, intryg i wojny. Świat nieustającej gry o tron.



Oślepiona śnieżną zadymką, uderzana podmuchami lodowatego wiatru, zmarznięta ale nie złamana, Szara Kompania stanęła obozem wśród oszronionych, nagich drzew półtorej mili od Wschodniej Strażnicy.

Zadanie: opanowanie fortecy i powiadomienie Nocnej Straży za pomocą kruka pocztowego.

Spodziewane zagrożenie: nieznane; prawdopodobnie upiory oraz władający nimi Biali Wędrowcy.

Sir Eryk zlecił zmartwychwstałemu Białemu Jonowi zorientowanie się w kwestii pomocy Dzikim przebywającym za Murem. Do Wschodniej Strażnicy kapitan wysłał zaś przed świtem zwiad: porucznika Kella, zręczną Venę i trzech młodych górali z klanu Wullów. Kell poprzedził wycieczkę rozpoznaniem powietrznym w skórze ptaka, niestety silny wiatr od morza i gęste opady śniegu uniemożliwiły powodzenie tej akcji. Zwiadowcy ruszyli wzdłuż Muru i przepadli w zadymce zasłaniającej Wschodnią Strażnicę. Minął mroźny poranek, sine niebo rozświetliło się słabymi promieniami słońca. Jon Biały (dawniej Snow), również wykorzystujący talenty warga, zawiadomił kapitana, że za Murem wciąż są żywi Wolni Ludzie i należy ich uratować. Priorytetem kompanii była jednak Wschodnia Strażnica.

Tuż przed południowym nabożeństwem Hexogi sir Eryk zwołał naradę sztabu. Postanowiono wysłać na zwiad drugą grupę, w której znaleźli się Virion, fechtmistrz Jon Hollard, sir Ian Storm oraz sześciu weteranów kompanii. Hollard pożegnał się czule z Ythar, sir Ian zapewnił zaś Białego Jona o swym oddaniu. Zmartwychwstaniec wciąż sprawiał wrażenie rozkojarzonego, postanowił poszukać czardrzewa i "porozmawiać z bratem". Skogoski szaman i młody Rickon Stark (cichy ale wobec obcych agresywny chłopiec rozmawiający z jakąś niewidzialną istotą o imieniu "Kudłacz") prawie nie rozstawali się z ożywionym w ogniu "obiecanym wybrańcem".

Niespodziewanie sir Iana zaatakowała w obozie Heare, pragnąca pomścić swego mężczyznę. Musiała dowiedzieć się szczegółów śmierci Odira od ozdrowiałego Tormunda. Hollard zręcznie rozbroił rudowłosą kobietę a rycerz przeszkodził Virionowi zastosować typowe środki karne, a więc kułak i kopniak. Sir Ian próbował przeprosić i tłumaczyć się obezwładnionej Heare, ale rezultat nie był do końca zadowalający. Kobieta odeszła złorzecząc.

Nieco później sir Eryk naradzał się z Davosem Seaworthem, Łańcuchem i Dratwą. Powoli kształtował się plan odwiedzin (drogą morską) Białego Portu władanego przez Manderlych...  W przerwach Kalispera i Ythar próbowały odwieść dowódcę od pomysłu wypuszczenia Jona Hollarda na „wycieczkę” do Braavos. Valyriański miecz fechtmistrza i jego umiejętności były potrzebne kompanii jak nigdy dotąd.

Tymczasem dziewięciu zwiadowców ruszyło do Strażnicy trzymając się linii drzew i zachodząc zamek od południa. Był to jedyny posterunek Nocnej Straży posiadający fortyfikacje: baszty i zwieńczony zębami blank solidny mur. Początkowo wszystko zasłonięte było kurtyną śnieżnej zadymki, jakby skumulowanej nad nabrzeżem i zabudowaniami twierdzy. Wycie wichru szorującego po krawędzi wielkiego Muru, podmuchy gwiżdżące wśród wież Strażnicy i wściekłe odgłosy fal bijących o poszarpany kamienny brzeg, ucichły nagle kiedy prowadzeni przez Viriona zwiadowcy zbliżyli się do morza. Na głębokim śniegu nie było żadnych śladów. Wszędzie niepodzielnie panowała  nieruchoma martwota, monotonna biel plamiona szarością skał i murów, na których nie było widać żywego ducha... Drużyna ruszyła ostrożnie w kierunku niewielkiego portu, pewnie stąpając w niedźwiedzich łapach (góralskie rakiety) to świeżo odpadłym śniegu.

Nagle spod białego puchu wystrzeliła blada dłoń i pochwyciła żelaznym uściskiem nogę Jona Hollarda! Kość wytrzymała, a pewna ręka fechmistrza valyriańską stalą odrąbała paskudny potrzask. Chwilę później spod śniegu wyłoniły się sylwetki kolejnych napastników. Niebieskookie upiory w różnym stanie, powstrzymanego mrozem, rozkładu rzuciły się na kompanionów. Rozgorzał krótki, nierówny bój. Najemnicy dysponowali obsydianowymi ostrzami, dwoma mieczami ze smoczej stali i pewniej czuli się na śniegu. Martwiaki zostały szybko rozgromione. Następnie drużyna zbliżyła się do murów Strażnicy i w dwóch osłaniających się grupach zeszła ostrożnie do portu. Panowało tu przenikliwe, bolesne zimno. Wiatr zamarł, przy nabrzeżu stało pięć statków, wyglądających na niedbale  i w pośpiechu opuszczone. Żagle kilku, wciąż rozwinięte, dziwnie znieruchomiały, jakby zamarzły. Powierzchnia wody również znieruchomiała i zeszkliła się. Brama zamku prowadząca do portu była zapraszająco rozwarta, ziała zimnem i ostrymi cieniami. Virion wyczuwał w tym pułapkę i zarządził odwrót. Kiedy znów byli pod murem fortecy, Hollard posłyszał coś nad głową, spojrzał w górę. Spomiędzy blanków spadały upiory, jak kamienie zepchnięte z murów. Krzywy Dan miał pecha i uderzenie jednego z ciał złamało mu kark. Pozostali odskoczyli, a potem, posłuszni komendzie, dopadli do martwiaków i zniszczyli je.  Kolejna fala "skoczków" byłą już w powietrzu. Ktoś z kompanionów się potknął, wsparł go ramieniem sir Ian. Drużyna szybko wycofała się w kierunku lasu. Zrazu nikt jej nie ścigał.  Dopiero po chwili, z otwartej bramy zachodniej, na białe błonia wysypało się kilkanaście sylwetek. Piątka jeźdźców na martwych koniach i brnący w śniegu piesi. Upiory. Bohaterowie utrzymywali dystans, a potem kilkakrotnie ostrzelali ścigających obsydianowymi grotami. Znów przydały się "niedźwiedzie łapy" i właściwe poruszanie na głębokim śniegu, ćwiczone od czasów marszu przez Wilczy Las.


Zwiadowcy wrócili do obozu o zmierzchu. Virion zdał raport, a przy kolacji sztab dumał nad kolejnymi działaniami. Sir Eryk niepokoił się o porucznika i resztę zaginionych. Zamarznięte morze komplikowało plany morskiej wyprawy. Ostatecznie zdecydowano się na atak na Wschodnią Strażnicę o bladym świcie. Decyzję przyspieszy powietrzny zwiad Jona Snow wcielonego w kruka. Zmartwychwstaniec potwierdził, że Kell i Vena żyją zabarykadowani na najwyższym poziomie baszty "Berta". Niemniej straszliwe zimno panujące w całym zamku groziło uwięzionym rychłą śmiercią.

Jon Snow mówił znów o Winterfell, chciał odbić warownię. Twierdził, że jest w kontakcie ze swym bratem obecnym w świętych drzewach. Groził, że Bolton sprzymierzy się z Białymi Wędrowcami a Winterfell jest niezbędne w obronie Westeros, kiedy Mur padnie a Zima Zim ruszy na południe. Emocje buzowały.

Zmęczeni bohaterowie w końcu poszli spać. W swoim namiocie Jon Hollard długo i namiętnie kochał się z Ythar, nie przeczuwając, że jest to pożegnanie z ukochaną kobietą.

O północy nadeszła bowiem śmierć. Cały obóz ogarnęło lodowate tchnienie zimna Innych. Ludzie zapadali w coraz głębszy sen, niepostrzeżenie przechodząc do krainy śmierci, by następnie otworzyć oczy ziejące zimnym błękitem. Na szczęście nieliczni, jak sir Ian Storm, Biały Jon i Kalispera, tknięci przeczuciem, obudzili się na czas i zaalarmowali (dobudzili) towarzyszy. Nie zawsze zdążyli. Niektórzy ze śpiących obok byli już upiorami.

Hollarda obudziły z niespokojnego snu lodowate palce Yhtar błądzą po jego ciele. Uda kobiety zacisnęły się na żebrach fechtmistrza. Nie była to pieszczota tylko zimne okrucieństwo. Oczy Ythar płonęły upiornym błękitem! Jon prawie się nie wahał, sięgnął po miecz i ciął z krzykiem. Upiór zginął, ale pełna grozy noc dopiero się zaczynała.

Na zewnątrz w obozowisku panował chaos i paraliżujące, upiorne zimno, ale ludzie nie panikowali. Dało o sobie znać doświadczenie, dyscyplina i wysokie morale. Krzyczano komendy, chwytano za broń, tarcze i pochodnie, dorzucano do ognisk. Najemnicy biegali nie tylko z potrzeby pośpiechu. Stanąć znaczyło: zamarznąć. Tu i ówdzie zmagano się z martwymi towarzyszami o niebieskich oczach. Na szczęście takich było niewielu, większość ocknęła się na czas, by nie oddać się zimnu.

Po chwili objawił się główny wróg. W ciemności zamajaczył wielki, rozświetlony niebieską łuną kształt z diamentowego lodu, nad którym wirowały symetryczne stożki śnieżnej zamieci - coś na podobieństwo skrzydeł gigantycznego owada. Czy był to żywiołak? Demon? Lodowy smok albo lewiatan? Twór miał kilka odnóży i ramion, był pełen ostrych kątów i opalizujących błękitnie płaszczyzn; fraktalny kościec i lodowe „łuski” przetykane soplami przenikały się wzajem, wielka bestia kroczyła w zgrzytliwych dźwiękach kruszonego szkła z siłą mamutów.

Sir Eryk rozkazywał i wdziewał z pomocą giermka zbroję, Virion skrzyknął najtwardszych weteranów i sformował linię tarcz na drodze lodowego stwora. Przed szturmem na bestię najemnicy zostali ostrzelani gradem lodowych igieł wystrzelonych z siłą bełtów arkubalisty. Wiele sopli przebiło tarcze, ciała, serca. A potem ci, którzy przeżyli zaatakowali. Z prawej flanki szarżowali Hollard i Hennic uzbrojony w sztandar kompanii. Drzewiec jest lancą ze smoczej kości, działa na Innych podobnie jak obsydian. Fechmistrz i włócznik ramię w ramię doskoczyli do wroga i unikając lodowych dzirytów oraz wirujących ostrzy pokrywających nogi stworzenia, zaatakowali. Na lewym skrzydle walczył sir Ian Storm, osłaniający tarczą i własnym ciałem wybrańca – Białego Jona. Mężczyźni przetrwali bez poważnych ran grad lodowych igieł i dołączyli do starcia. Nieco dalej wielki kapłan Mucha próbował użyć Rogu Zimy, ale przy pierwszej odważnej próbie stracił przytomność.

Silny, celny cios Hennicka lancą sprawił, że lodowy konstrukt zawibrował i pękł na dwoje. Nie zdezintegrował się jednak, jedynie podzielił na dwa mniejsze, nie mniej zacięte twory. Do walki dołączyło więcej braci z kompanii, jednak obsydian kruszył się na lodowych pancerzach bestii. Jedna z nich zionęła chłodem tak wielkim, że kilku mężczyzn padło bez przytomności. Zostali od razu przyszpileni sztychami sopli do ziemi, lodowe odnóża zmiażdżyły im twarze. Stało by się tak również z Hollardem, ale Hennic wyciągnął osłabionego fechtmistrza spod lodowych brzytew, ocucił go na uboczu. Jon dostrzegł wówczas, że dornijski włócznik wykrwawia się z głębokich ran. Już nikt nie był w stanie mu pomóc. Wyszeptano pożegnania, zamarzła samotna łza. Valar morghulis me'maleris.

Tymczasem sir Eryk, Virion oraz sir Ian wraz z towarzyszami unicestwili dwa lodowe twory, które rozsypały się jak kryształowe naczynia ciśnięte na kamienna posadzkę. Kiedy konstrukty zniknęły, pojawił się Biały Wędrowiec. Dosiadał ich, czy był ich częścią? Nie wiadomo. Zwinnie zaatakował mierząc (rozmyślnie?) w zmartwychwstałego Jona. Jednak drogę zastąpił mu sir Ian, który po skruszeniu lodowego miecza przeciwnika (nic nie równa się valyriańskiej stali!) wraził swe ostrze w pierś Białego Wędrowca unicestwiając go. Reszta kompanii odpierała hordę niebieskookich upiorów – kilkudziesięciu martwaków, które cofały się na wschód zamiast atakować. Być może Inni chcieli wciągnąć kompanię w pułapkę, ale sir Eryk nie zastanawiał się nad tym. Najemnicy przeszli do frontalnego szturmu kierując się ku Wschodniej Strażnicy. Po drodze pokonali lodowe zasieki i ukrytych pod śniegiem umarlaków. Potem wpadli w otwarte wrota zamku i zaczęli ciężki bój z setkami upiorów, w ciemnościach i paraliżującym zimnie. W fortecy bohaterowie dostrzegli jeszcze jednego Białego Wędrowca. I stało się niebywałe - Inny rzucił się do ucieczki!

          Przebiegł przez cały zamek, dotarł do głównego pomostu w porcie. Tu się zatrzymał i odwrócił. Zamarznięta, niebieska, śmiercionośna zjawa. Za nią majaczyły w ciemności maszty i żagle statków zastygłych w lodzie. Inny cisnął w podchodzących bohaterów gradem igieł (swych paznokci?!), spojrzeniem zmrozi ich dusze, każdy oddech był przeszywającym bólem w piersi. To jednak było za mało, by powstrzymać wściekłych, kipiących zemstą i adrenaliną bohaterów. Mimo ran, kontuzji i zmęczenia, Sir Ian, Virion i Hollard zaatakowali równocześnie nieludzkiego przeciwnika! Inny kręcił się jak fryga, wirował ze swymi wąskimi mieczami zbyt szybko by oko śmiertelnika mogło nadążyć, błyskawicznie uderzał ostrzami. Nie przełamał jednak obrony bohaterów, a potem ugiął się pod ich ciosami. W końcu eksplodował w niebieskiej chmurze diamentowego pyłu…




Minęło kilka godzin. Wschodnią Strażnicę oczyszczono z upiorów. Uratowano zamarzających zwiadowców – Kella i Venę. 

W międzyczasie nadszedł kolejny siny świt. Niebo przybrało kolor wzdętego, gnijącego ciała. Światło padające na zryty, pokrwawiony śnieg wydawało się być brudne, oleiste. Kompania w ciszy lizała rany, zabezpieczała zdobytą fortecę i liczyła martwych. Przeciągano trupy na stosy oblewane oliwą. Żywi mieli w ustach zakrzepłą krew zmieszaną z żółcią żołądków. Skostniałe ręce drżały, czernieły odmrożone palce i nosy, rany jątrzyły.

Sir Eryk wydał rozkazy, wysłał kruka do Czarnego Zamku. Kell rozgrzewał się przy ogniu i winie, Virion buszował w zbrojowni i kuźni Wschodniej Strażnicy. Chciał mieć skuteczną broń na Innych. Za podpowiedzią sir Iana, Mark Myszor miał spróbować dodać do wykuwanej broni obsydianowego pyłu. To była jednak pieśń przyszłości. Teraz wszyscy zachodzili w głowę, czy Zatoka Fok odmarznie, czy statki popłyną? Lód mógł przecież poważnie uszkodzić ich kadłuby…

Ostatnie sceny tej przygody?

Jon Hollard wraz z towarzyszącym mu Will'em Łapiduchem w milczeniu podpala pogrzebowy stos Ythar i Hennicka. Takich upiornych palenisk jest wiele. Czarny dym wiruje niespokojnie w mroźnym powietrzu, wyraźnie widoczny na tle białej ściany pobliskiego Muru. Mucha wycina skrawki odzieży poległych aby wszyć je w Szary Sztandar, z którego strzępów niewiele już zostało. Cóż, bracia giną ale kompania trwa. Gdzie teraz zaprowadzi ją przeznaczenie?

Jon Snow dostaje zgodę, by zamarzniętym morzem obejść Mur i sprowadzić tylu Wolnych Ludzi, ilu się da. Wyrusza z nim Jon Hollard, sir Ian Storm, ozdrowiały Tormund Zabójca Olbrzyma i kilku innych. Po chwili dogania ich Haere. Tuż po bitwie na zamku odnalazła Storma i w ciemnym kącie, bez słowa, dała wyraz swej dzikiej namiętności. Ma teraz nowego mężczyznę i musi go pilnować. Niewielka grupka szybko znika z oczu, wtopiona w biel przykrytą cieniem mroku zza Muru… 

I jeszcze refleksja Jona Hollarda, pióra prowadzącego go gracza Jacha:

Blizny zasklepiają otwarte ciało, kra zwiera morskie zatoki. Zima nadeszła. Jon Hollard przestał już zwracać uwagę na przenikający aż do szpiku kości chłód. Ten, który oblekł jego serce jest znacznie gorszy. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie po śmierci Ythar i Hennica. Dręczą go wspomnienia niby nakłuwające od wewnątrz, krążące tętnicami sopelki lodu.

Ogień połyskujący na zakrwawionych ostrzach rzeźników Boltona. Wrzeszczący Mikael. Czym ten chłopak zawinił? Damon-Tańcz-Dla-Mnie rzucający psom na pożarcie zerwane z Hollarda Przymierze z Bogiem Śmierci. Jon już tyle razy widział śmierć oszukaną, wyszydzoną. Widział jak sługusi Oskórowanego Człowieka przemieniają ją w ciągnący się dniami groteskowy spektakl, w niczym nie przypominający spokoju przejścia w sen wieczny u boku Bezimiennego Boga.

Widział ten nie zdradzający żadnej ludzkiej myśli lazurowy blask oczu Ythar, najwierniejszej kobiety, która wyrwała go ze szponów śmierci za życia, z okowów szaleństwa. W najgorszym koszmarze nie śniło mu się, że własnym mieczem będzie musiał przerwać jej lodową, niebieskooką pantomimę życia, akt najgłębszej pogardy wobec majestatu śmierci. Człowiek obrócony w marionetkę Innego, przez wieczność zatrzymany na progach Domu Bezimiennego Boga. Czy Ythar doznała łaski śmierci? Czy Inny obrócił w lód jej duszę, tak jak jej ciało?

Chociaż Hennic Drought miał piękną śmierć. Pełną znaczenia. Oddał życie za Szarą Kompanię. A może za Hollarda, którego wydobył spod mroźnych ostrzy lodowego demona?
Może Hollard już całkiem stracił wiarę w śmierć, a może to śmierć Dornijczyka w rozlewającym się morzu zła pozostała tym, czym powinno być przejście w objęcia Bezimiennego Boga?
Włócznik na kilka dni zanim poległ, przekonywał Hollarda do pozostania w Westeros, bo na wagę złota będzie wprawy szermierz z valyriańską stalą w ręku.

Czy Jon przyjmie jego słowa jako testament, który powinien wypełnić? W końcu przybył do Westeros kierując się wolą wyjaśnienia zaginięcia (a więc znów zawieszenia między życiem a śmiercią) jedynego krewnego - kuzyna Dontosa. Może więc zdecyduje się udać na Południe, w stronę Królewskiej Przystani? Z kolei służąc u boku Stannisa, całym sercem był przekonany, że najbardziej palącą potrzebą jest obrona Krainy Człowieka przed najazdem Innych i Umarłych.

Mówi bardzo mało. Na każde pytanie o to, co zamierza zrobić, odpowiada:
- Mężczyzna musi wrócić.
Nie mówi już dokąd. Do Braavos? Do Winterfell? Może jeszcze gdzie indziej, a może nie o podróż mu wcale chodzi?
Jakąś wskazówką zdają się jego ostatnie kroki, gdy nie mówiąc słowa dobywa miecza i wyrusza u boku ser Iana Storma i Jona Białego Smoka, by przemierzyć skutą jeszcze na kamień Zatokę Fok i wyciągnąć niedobitki Wolnych Ludzi z potrzasku błękitnookiej nie-śmierci.

Zaskakująco sporo zaś potrafią powiedzieć jego własne oczy. Jeśli tylko ma się odwagę w nie spojrzeć.



Szara Kompania maszeruje wzdłuż Muru na wschód, pośród śniegu i mrozu. Ponad dwustu ludzi, trzy wozy i kilkanaście koni. Pośród najemników są Dzicy, zbrojni z południa i północy, górale z klanu Wullów i Norreyów, ludzie z Braavos, Pentos i Myr, zbieranina z Siedmiu Królestw, Wysp Letnich i Żelaznych. Dawni piraci, cyrkowcy, złodzieje, strażnicy miejscy, farmerzy, stręczyciele, rzemieślnicy, kłusownicy i mordercy. Cały sztab, a ostatnio zwłaszcza podporucznik Virion, musieli się namęczyć, by niechęć lub nienawiść pomiędzy różnymi grupami kompanionów przekuć w braterstwo broni. Pomogło w tym zagrożenie nadchodzące zza Muru, wspólny wróg. Inni. Biali Wędrowcy i ich upiory.

Najemnicy maszerują do Wschodniej Strażnicy - zamku Nocnej Straży nad Zatoką Fok. Mają zadanie, za które dostaną statki i możliwość opuszczenia Północy. Nad ich głowami, zatknięty na ciemnej lancy ze smoczej kości, trzepocze Szary Sztandar. Chorągiew wygląda z daleka jak szmata, podobnie nędznie jak ludzie pod nią maszerujący. Ale to ci sami, którzy zdobyli Winterfell i przynieśli zza Muru serce upadłej gwiazdy. Ci, którzy przeżyli już kilku królów.

Od niedawna w ich szeregach jest zmartwychwstaniec, odrodzony w ogniu Biały Smok, warg, w poprzednim życiu nazywany Jonem Snow.  Jeśli wierzyć Melisandre, która myliła się i kłamała zbyt często, ożywiony Jon to obiecany wybraniec, inkarnacja Azora Ahai, czempion Pana Światła. Tylko on może przeciwstawić się Ciemności i Zimnu, a jeśli upadnie, upadnie z nim cały świat. Tak mówią mity, podania z Essos i Dorne, opowieści starych niań i szepty czardrzew…


Cofnijmy się jednak w czasie kilka dni. Przymknijcie oczy i przypomnijcie sobie jak…


Zimową północ w Nocnym Forcie rozświetlają płomienie. Skaczą u podnóża wysokiego jak zamkowa wieża stosu drewna ułożonego pośrodku dziedzińca. Sterta płonących pni stanowi klatkę dla dwóch nieruchomych ciał: białego wilkora i człowieka w czerni. Już zasłania je dym, ogarnia wspinający się coraz wyżej ogień. Rosnący żar spycha sylwetki zgromadzonych wokoło najemników w tył, pomiędzy skaczące cienie, w tonące w gęstym mroku ruiny. W zaczerwienionych, twardych twarzach ludzi błyszczą oczy: zmęczone, zmrużone, jakby trawione gorączką, zahipnotyzowane płomieniami.

Kobieta w czerwieni stoi znacznie bliżej ognia, nie zwraca uwagi na gorąco. Zaciska spierzchnięte usta. W wyciągniętych przed siebie rękach trzyma duży kamień  - serce upadłej gwiazdy spoza Muru. Kiedy płomienie rosną, kapłanka powoli rusza w ich stronę. Ręce jej drżą, usta szepczą modlitwę. Wydaje się, że kobieta złoży kamień u stóp stosu, ale ona wstępuję w trzaskający ogień, przeciska głębiej między kopcącymi kłodami, znika w pulsującym świetle.

Po chwili płomienie buchają ze zdwojoną mocą, w jednej chwili zajmuje się cały stos, jego różową poświatę odbija lodowa ściana Muru. Nagle przez hałas pożogi przebija się kobiecy krzyk! Wrzask rozpaczy a może bólu? Rozdzierający, długi, straszny. Choć wydaje się to niemożliwe, ogień bucha jeszcze wyżej, jakby chciał przewyższyć stojący nieopodal pradawny Mur. Grzmot płomieni zagłusza krzyk. Biel przechodzi w błękit i zieleń. Nie sposób już patrzeć w ogień, światło oślepia z mocą zapomnianego letniego słońca. Żar jest nieznośny, dookoła parują śnieg i lód, powietrze zdaje się parzyć. Nagle ta olbrzymia sterta płonącego drewna zapada się w siebie z trzaskiem i sykiem, sypiąc dookoła wielkimi zielonymi iskrami! Ogień nienaturalnie szybko pożera wielkie pnie jodeł, spopiela drewno w mgnieniu oka, zdaje się być zdolny do topienia skał. W ciągu kilku minut wielki stos wypala się, gaśnie, niemal znika - jakby był tylko snem, a nie efektem kilkugodzinnej ciężkiej pracy ponad setki mężczyzn. Ciemność i chłód szybko odzyskują terytorium. Kompanioni stoją w ciepłym błocie, w kałużach, które teraz szybko ścina lód…

Wszystko stało się nadzwyczaj szybko, ledwie minęła północ. Teraz jest już po wszystkim i zmęczenie daje o sobie znać. Samobójstwo, a może poświęcenie kapłanki wszystkich zaskoczyło. Zwłok lady Melisandre nie widać pośród stygnących resztek paleniska, w tej temperaturze zapewne zwęgliły się nawet kości… Pogorzelisko wciąż jest zbyt gorące, by w nie wejść. Sir Ianowi wydaje się, że w jego centrum jest kształt przywodzący na myśl zwiniętą ludzką sylwetkę. Nie daje to spokoju rycerzowi. Wkrótce zmęczeni całonocną pracą BG idą spać, przy resztkach stosu zostaje straż i Kalispera piekąca kawał mięsa. Niemal niezauważenie w Nocnym Forcie pojawia się Jon Hollard wraz z wierną Ythar i jakimś towarzyszem. Wartujący kompanioni cieszą się z powrotu fechtmistrza, choć trudno im ukryć zaskoczenie. Dopiero jutro dotrze do nich, że Hollard jest już innym człowiekiem...
Rankiem sir Ian uważnie bada wystygły stos. Jest już pewny, że nie miał przewidzeń – ktoś porusza się pod zwęglonymi bierwionami. Czarna od sadzy i popiołu sylwetka powoli się prostuje. Tymczasem sir Eryk ciepło wita Hollarda, zbiera się cały sztab. Na zewnątrz rośnie zamieszanie, kilkanaście osób jest przy pogorzelisku, zaś Thull - szaman Skagów - obwieszcza krzykiem, że Mur runie! Mucha widzi w lodowej ścianie dziwny kolor, jakby błękitnawy zaciek, Kell i Hollard dostrzegają coś podobnego w najbliższym odcinku Muru, ale to kapłan Hexogi wznieca alarm, niemal panikę.  Pomimo wątpliwości Kella, sir Eryk nakazuje natychmiastowe opuszczenie Nocnego Fortu. W międzyczasie spod popiołu paleniska ukazuje się naga, blada, właściwie biała jak kość, pokryta czarnymi plamami sylwetka o twarzy przypominającej… Jona Snow, martwego lorda dowódcę Wron, choć podobieństwu przeczą czerwone oczy... albinosa?


Kilkanaście minut później wszyscy opuszczają Nocny Fort. Kompania rozbija obóz na jodłowym karczowisku czterysta kroków dalej. Mur wciąż stoi, nie wali się, wydaje się nienaruszony. Drżący, zdezorientowany, choć już odziany człowiek – dziwny albinos, który ocknął się wśród resztek stosu, o czym wie jeszcze niewielu najemników (uwagę większości skupił nagły poranny alarm), warczy jak zwierz (wilk?), pochłania wielkie ilości jedzenia i wina, toczy dookoła półprzytomnym spojrzeniem. Cały sztab duma, co teraz czynić? Sir Ian Storm niemal nie odstępuje albinosa, widzi w nim boskiego pomazańca, któremu chce służyć. Kompania przygotowuje się do wymarszu. Zmartwychwstaniec o białej, jakby łuskowatej skórze, obejmuje nagle małego Rikona Starka, strasząc przy tym skagowskiego szamana. Jakiś czas później albinos wskakuje na jeden z wozów i woła do ludzi. Przedstawia się jako Stark, „krew wilkora i smoka” (mówi też kilka innych niezrozumiałych rzeczy) chce pomsty na Boltonach, odzyskania Winterfell i ratunku dla swej siostry Aryi. Bohaterowie odczytują to jako próbę przejęcia dowodzenia nad kompanią. Kalispera zręcznie ośmiesza Jona, który szybko zaczyna tracić pewność co do wypowiadanych słów. Może nie są jego; brzmią, jakby pochodziły od kapłanki. Czy w jej umyśle Snow również był, podobnie jak w ciele sir Eryka?

Kapitan wygłasza kontr przemowę, przypomina o zasadach rządzących kompanią, nakazuje wymarsz po południowym polowym nabożeństwie Hexogi. Jon Snow - Biały Smok wydaje się być coraz bardziej zagubiony. Przypomina sobie swój miecz – Długi Pazur, ale później stwierdza, że to nie o to ostrze chodzi. Światłonośca Stannisa nie robi na zmartwychwstańcu wrażenia, ale kiedy Mucha przypomina o rodowym mieczu Dayne’ów (mających w herbie spadającą gwiazdę) – Świcie – ożywiony Jon Snow reaguje. Sir Eryk postanawia wyruszyć do Czarnego Zamku, wynegocjować statki, przy okazji odzyskać Długi Pazur. Między Kellem a zmartwychwstańcem dochodzi do krótkiej scysji: warg poznaje warga, a Snow, świadomie lub nie, próbuje zawładnąć porucznikiem. Sir Ian rozdziela mężczyzn w ostatniej chwili.

Później, w południe, odbywa się nabożeństwo Hexogi. Mucha wprowadza nowy element – rytuał spowiedzi. Kalispera kpi na różne sposoby z obrządku, profanuje spowiedź, ale cierpliwość towarzyszy wobec kobiety zdaje się nie mieć końca. Być może wynika to z faktu, ze uratowała im wszystkim życie w Winterfell? Tymczasem Mikael robi coraz większe postępy w fechtunku. Ćwiczy z Jonem Hollardem, który zdradza Hennicowi zamiar powrotu do Braavos i odnowienia swych, zdartych podczas tortur, tatuaży w Domu Czerni i Bieli. Ythar niepokoi się o ukochanego - miała nadzieję, że obecność przyjaciół uleczy rany duszy fechtmistrza...


Mucha rozmawia z Thullem, skagoskim szamanem, coraz bardziej zapatrzonym w Jona Snow, czy raczej Białego Jona. Thull dzieli się mitologią ze swojej wyspy, opowiada o powstaniu świata i pierwszej Długiej Nocy:

Lód i Ogień prowadzą odwieczny bój... Waśń ta zaczęła się zanim jeszcze pierwszy człowiek - Tornak - został ulepiony z śliny, włosów i paznokci Pierwszych Bogów. Ogień i Lód starsze są bowiem od świata całego, nawet od Pierwszych Bogów, tak, nawet od Nich... Ogień i Lód to wrogowie człowieka, zazdrośni o niego i siebie nawzajem... Zazdrośni jak Pierwsi Bogowie, którzy też walczyli między sobą, rzadko żyjąc w pokoju. Kiedy na niebie były jeszcze dwa księżyce, a świat nie był pęknięty, Prabogowie nie znieśli tego, że Mirrag, większy z księżyców, jest od nich piękniejszy, tak cudny, że ludzie jemu zaczęli składać hołd należny Pierwszym... Bogowie w swym gniewie zgnietli więc Mirraga, skruszyli jak człowiek kruszy pacynę śniegu w prawicy. Ale Mirrag był domem Ognia i płomienie zemsty spadły na świat. Góry płonęły, dymiły i topiły się, słońce posłuszne Ogniowi zgasło, ziemia się trzesła, a gwiazdy wirowały w tańcu śmierci. Ogień bowiem nie mógł zranić Pierwszych Bogów, ale mógł okrutnie dotknąć ich dzieło - ludzi- i tak uczynił. Wówczas jednak Lód dojrzał okazję zawładnięcie światem. Pokrył go bielą i śmiercią, a potem.. Stworzył swoje życie, bez ciepła, zrodzone w mroku... Równowaga została złamana. I wiele, wiele pokoleń temu nastała pierwsza Długa Noc i Wielka Zima, Ciemność zmagała się ze Światłem, a obie moce miały ludzi za nic, tak jak człowiek nie ogląda się na robactwo w kącie izby. I było tak, że tam gdzie największy Ogień i najzimniejszy Lód, tam magia się lęgła, świat przybierał dziwaczne formy. Z Ognia powstały smoki, z Lodu lewiatany. Raz tedy Ogień, raz Lód włada światem, szarpiąc go pazurami, ale pamiętają o tym jeno Pasterze Opowieści. Oto wielka pieśń świata, koło czasu... Mur runie, powiadam, choć może ściana wytrzyma. Widziałem, jak uroki zaklęte w lodzie stopiły się tam, gdzie dotknął ich ogień stosu. Ogień Praognia. Dlaczego, pytasz? Nie ma światła bez ciemności, cienia bez blasku. Nie ma odwagi bez lęku, zwycięstwa bez wroga...


Szara Kompania w niecałe dwa dni dociera do Czarnego Zamku i rozbija obóz w pobliżu jego zabudowań. Na spotkanie z 999 lordem dowódcą – Denysem Mallisterem i jego doradcami, udaje się cały sztab kompanii (poza pilnującym obozu Virionem) a także sir Ian Storm. Rycerz wciąż nie dopełnił ślubowania, jednak sir Eryk trzyma go blisko; być może widzi w nim bratnią duszę, kogoś ze swojego stanu, podobnie patrzącego na świat? W ponurym, podupadłym zamku bohaterowie długo rozmawiają z dowództwem Wron. Wiekowemu Mallisterowi brak jest zdecydowania. Mimo to prosi Kompanię o wypełnienie "małego zlecenia" w zamian za statki umożliwiające opuszczenie północy. Chodzi o odbicie Wschodniej Strażnicy, z której kilka dni temu nadleciał kruk w wieścią o ataku upiorów. Wysłani do Strażnicy zwiadowcy nigdy nie wrócili. Podobno Cotter Pyke z Nocnej Straży wrócił ze swego rejsu do Hardhome. Czyżby przywiózł ożywieńców ze sobą? Wrony mają zbyt mało ludzi by same zająć się sytuacją. W Czarnym Zamku jest ich niewiele ponad dwustu. Bohaterowie godzą się na układ żądając jako zaliczki Długiego Pazura. Przyparty do muru lord dowódca wydaje najemnikom miecz z valyriańskiej stali. Później sir Ian osobiście wręcza go Białemu Jonowi. Obaj zamierzają wstąpić w szeregi Szarej Kompanii, która po zdobyciu Wschodniej Strażnicy ruszy na południe drogą morską. Taki przynajmniej jest plan...