Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Midnight, Ravenloft, Dark Sun, Gra o tron (Pieśń Lodu i Ognia), Deadlands, Bestie i barbarzyńcy i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

.

Odbijająca silne światło Mannslieba biel górskiej przełęczy splugawiona była krwawymi śladami. Wiodły wśród skał, wzdłuż wydeptanej w płytkim śniegu ścieżki, wyraźnie widoczne w bezchmurną, gwiaździstą noc. Ślady kończyły się pomiędzy niewielkim, samotnym skupiskiem drzew, gdzie cztery zmarznięte postacie starały się rozpalić ogień. Zbliżała się północ i temperatura szybko spadała, a wśród wędrowców byli ranni. Para z ich oddechów gęstniała. Czarne Góry, jak zawsze obojętne na sprawy życia i śmierci, obserwowały wszystko w grobowej ciszy.

Zasłonięty od wiatru przez pozostałych, Otton po raz kolejny spróbował skostniałymi rękami skrzesać iskrę. Znów bez rezultatu. Zaklął szpetnie i z trudem pohamował ochotę ciśnięcia krzesiwa precz, gdzieś w otaczającą ich biel. Stojący nad nim wielki Nors - Gunnar Grimmson – bez wyraźnego wysiłku trzymający na rękach drobne ciało nieprzytomnego Alfreda, sam przy tym krwawiąc z naprędce opatrzonego uda, skrzywił się, ale nie skomentował. Za to ostatni z nich, niziołek obserwujący uważnie kierunek z jakiego tu przybyli, obrócił się z sapnięciem.

- Na wszystkie demony Chaosu, pospiesz się łamago! – warknął. Na włosach i brwiach niziołka świeciły się kryształki lodu. Klnąc, szczelniej okrył się wełnianą opończą i wrócił spojrzeniem do okrytej mrokiem bieli. Wypatrywał pościgu.

Tłumiąc irytację, Otton znów schylił się nad nędznie wyglądającą kupką drewienek i szepcząc modlitwę do Ranalda, Pana Fortuny, uderzył krzemieniami o siebie. Tym razem hubka zajęła się. Po chwili maleńki ogień podsycony kawałkami drewna oświetlił czerwone z zimna twarze skupionych wokół niego osób. Tylko zemdlony Alfred, szczupły młodzieniec z ułamaną strzałą wciąż sterczącą z biodra, był blady i zlany potem. Wielki Nors posadził go przed sobą jak dziecko i przytknął mu do ust manierkę z gorzałką. Trunek pociekł po brodzie nieprzytomnego. Niziołek, nazywany przez towarzyszy Willim, roztarł nad płomieniem skostniałe dłonie i zbliżył się do rannych.

- Obejrzymy cię teraz, stary – rzekł cicho do nieprzytomnego i spojrzał na Norsa. - Podtrzymaj go wielkoludzie, za chwilę zerknę też na twoją nogę.

Kiedy niziołek obmacywał bok leżącego, Otton dorzucił do ognia ostatnie mizerne gałązki i wyprostował się z jękiem. Czuł w nogach wszystkie te mile, które przebrnęli tej nocy, szczególnie wykańczający bieg od miejsca goblińskiej zasadzki aż do tych drzew.

- Zbiorę więcej opału i rozejrzę się – powiedział obserwując z niepokojem płytki oddech Alfreda. – Nie dajcie ognisku zgasnąć!

Poprawił lisią czapkę oraz przytwierdzony do pasa kord i opatulony wełnianym płaszczem wszedł między zimne cienie drzew. Mimo skórzanych rękawic prawie nie czuł dłoni. Po raz setny chyba przeklinał własną bezmyślność. Jesień nie jest najlepszą porą na przeprawę przez Czarne Góry, nawet uczęszczaną Przełęczą Czarnego Ognia. Gdyby im się tak nie spieszyło do domu, jak nazywali między sobą Imperium, zostali by w Księstwach do wiosny, albo chociaż dołączyli się do jakiegoś większego konwoju handlowego. Tymczasem utknęli tutaj, pośrodku niczego, z jakąś bandą zielonoskórych na karku. Głupota to grzech śmiertelny.

Bijąc się z myślami Otton machinalnie odłamywał z drzew mniejsze gałęzie, igliwie, nawet fragmenty kory. Wszystko mogło się przydać do podtrzymania tak potrzebnego ognia.

Z niedużym naręczem opału zbliżył się do krawędzi drzew i spojrzał w kierunku, z którego przyszli. Widoczność była bardzo dobra. Za sprawą śniegu i będącego w pełni Mannslieba, od bieli odcinał się wyraźnie każdy kształt, każdy głaz i zaspa. Skupisko drzew, w którym się ukryli, stało pośród dosyć płaskiego terenu, nikt niepostrzeżenie nie mógł się tu podkraść. Otton uważnie zlustrował otoczenie, ale nie dostrzegł żadnego śladu pościgu. To jednak nie oznaczało bezpieczeństwa. Ich trop był bardzo wyraźny, a ognisko, choć tak małe, niewątpliwie rzucało się w oczy z daleka. Zresztą nawet bez goblinów na karku, mogli umrzeć tu z zimna i wyczerpania. Alfi wyglądał naprawdę źle...

Wzdrygnął się i kompletując po drodze jeszcze trochę opału wrócił do przyjaciół. Gunnar, ze skupieniem na pokrytej rudą brodą twarzy, rozdmuchiwał dogasający ogień, sprawiając wrażenie niewzruszonego całą sytuacją. Chrząknął odbierając od Ottona naręcze drew.

- Czarodziej umiera – powiedział nie podnosząc głowy.

Czując nagły ucisk w pustym żołądku Otton klęknął obok niziołka. Willi trzymał na kolanach głowę Alfreda. Próbował poić rannego z ledwo parującego miedzianego kubka.

- Opatrzyłem go i podgrzałem garść ziół z gorzałką, ale... – zawahał się w odpowiedzi na pytające spojrzenie Ottona. Obok Alfiego, niespełna dwudziestoletniego adepta magii z Nuln, leżał wyciągnięty z rany grot strzały. Przypatrując mu się dokładniej Otton domyślił się jednego - grot był zatruty.

- Mówił coś? – spytał niziołka. Ten zwiesił głowę.
- Nic. Nie odzyskał przytomności ani na chwilę.

Obok przykucnął Gunnar. Wielki mężczyzna położył na moment ciężką dłoń na ramieniu Ottona.

- Nic nie poradzisz – powiedział z tym swoim gardłowym akcentem. Potem wyprostował się i wszedł pomiędzy drzewa.
- Zawsze jest jakiś sposób! – warknął po chwili Otton. – A czary Alfiego? Ingrediencje, z których korzystał? - Chwycił sakwę nieprzytomnego przyjaciela i jednym ruchem wyrzucił na śnieg całą jej zawartość. Dookoła rozsypały się buteleczki, zioła, pergaminy, jakieś zawiniątka i mieszki przewiązane rzemykami. Otton zaczął to wszystko przerzucać szukając czegoś użytecznego, znajomego. Jednak przedmioty przyjaciela nic mu nie mówiły. Willi chrząknął.

- Zostaw, to nic nie da – mruknął. – Lepiej stań na czatach jak Gunnar, gobliny mogą…
- Wypaliłeś chociaż ranę!? – warknął na niego Otton. Wstając na nogi kopnął bezużyteczne ingrediencje umierającego czarodzieja.
- To nic nie da – powtórzył dobitniej niziołek. – Trucizna jest w żyłach. Od początku nie miał żadnych szans, rozumiesz?

Otton nie rozumiał. Odwrócił się do niewielkiego ogniska i wpatrzył w zmniejszające się, niemrawe płomienie. Były coraz słabsze, jak oddech Alfreda – młodego, wesołego mężczyzny, którego Otton znał najdłużej z grupy, jeszcze z czasów pobytu w Nuln. Wędrowali razem od trzech lat. Razem wykaraskali się z niejednej kabały. A teraz... To nie mogło się tak skończyć! Nie tutaj i nie teraz!

Ponownie spojrzał na rannego, mając nadzieję, że Alfi wróci jeszcze do przytomności, otworzy oczy, że zdążą się pożegnać, powiedzieć… cokolwiek. Po raz ostatni, zanim Morr zabierze przyjaciela. Willi, szczękając z zimna zębami, zbadał oddech nieprzytomnego. Spojrzał na Ottona.

- Już – powiedział po prostu. Otton zaklął szpetnie. Bezradność i wściekłość nie pozwoliły mu się modlić. Powtórzył przekleństwo jeszcze raz i jeszcze, tłukąc zaciśniętą dłonią w pień drzewa. Nagle pojawił się obok Gunnar. Zerknął bez słowa na kompanów i dorzucił do ognia kilka gałązek mniejszych niż palce jego dłoni. Zbliżył do płomieni ostrze Katli – swojego topora i powoli okopcił je. Wyszeptał kilka słów w swoim języku.

- Obserwują nas – dodał głośniej w reikspielu. – Są za zaspą na lewo od nas. Dziesięciu, może tuzin. Czekają na nasz ruch, albo naszą śmierć z zimna. – Willi i Otto zrozumieli sens słów dopiero po chwili.
- Jesteś pewny? – spytał człowiek. – Patrzyłem wcześniej i…
- Widać źle patrzyłeś – przerwał Nors. – Widziałem ich. Oni nas raczej też – obnażył wilcze zęby w parodii uśmiechu. – Chyba nie będą do nas strzelać. Oddech Ulryka się wzmaga. Pomiędzy drzewami jesteśmy bezpieczni. Przez jakiś czas.
- To znaczy? – zapiszczał Willi. Ignorując ciało Alfreda zerwał się na nogi i doskoczył do Norsa rozglądając się dookoła – Co zrobimy?

Gunnar spojrzał na niziołka sięgającego mu do szerokiego skórzanego pasa. Choć po czarodzieju Norsmen był chyba najmłodszy z całej grupy, jak zawsze emanowała z niego surowa determinacja i pewność siebie. Pozostali chcieli usłyszeć krzepiące słowa. Słowa dające nadzieję.

- Musimy zaatakować – usłyszeli w zamian. – Inaczej zamarzniemy albo przyjdą tu, kiedy opadniemy z sił.

Willi melodramatycznie rozdziawił usta i chwycił się za kędzierzawe włosy. Otton bez słowa zdjął płaszcz i powoli przykrył nim ciało martwego przyjaciela. Potem wyprostował się i poprawił ciepłą czapę.

- Pośpieszmy się więc – powiedział powoli z zastygłą, jakby martwą twarzą. – Zanim zmarznę. Tylko jak to sobie wyobrażasz? Nie jesteśmy z Willim tak biegli w robieniu mieczem jak ty. Nasze karczemne awantury to jedno, ale to... – pokręcił głową. Nagle wzruszył ramionami – Zróbmy to szybko.

Gunnar kiwnął głową i zmienił pozycję ciała.

- Posłuchajcie, uczynimy tak… – zaczął. Przerwał mu krzyk niziołka wskazującego palcem coś pomiędzy drzewami.

- Nadchodzą!

Mannslieb na chwilę zasłonił swoją twarz, biel zmroczniała i ten właśnie moment gobliny wybrały na atak. Szybkie, okutane skórami sylwetki wpadły milcząco pomiędzy drzewa. Gdzieś o pień trzasnęła strzała. Gunnar i Willi krzyknęli, każdy z inną mocą, jakby próbując dać ujście adrenalinie wypełniającej im żyły i dobywszy broni rzucili się na przeciwników. Kord Ottona przymarzł do metalowej obudowy pochwy i tych kilka sekund omal nie kosztowało go utraty życia. Kiedy wyszarpnął już ostrze, ledwo odbił pchnięcie włóczni wymierzonej w jego brzuch. Skoczył do przodu skracając dystans i uderzeniem lewej pięści zwalił przeciwnika z nóg. Dopiero teraz krzyknął i wykorzystując pień drzewa wdał się w bój z dwoma innymi goblinami. Spod spiczastych, futrzanych czap zielonoskórych wyglądały małe, świecące nienawiścią oczy.

Bogowie sprzyjali Ottonowi. Kosztem płytkiej rany na udzie ciął w gardło jednego z napastników. Stracił przy tym równowagę, czego jednak nie zdołał wykorzystać drugi goblin, posługujący się oblepionym brudem buzdyganem i okrągłą drewnianą tarczą. Otton zwarł się z nim, zaczął siłować. Przewrócili się i przetoczyli rozsypując dogasające ognisko. Smród, posapywania i stękania po chwili przerodziły się w charczenie. Otton zadusił goblina i spróbował wstać szukając wzrokiem swojej broni. Kiedy ją wreszcie podniósł, wyrosła przed nim sylwetka kolejnego zielonoskórego.

Dwa długie noże goblina zbrukane były krwią – życiem Gunnara albo Williego. Mimo wściekłości Otton nie miał siły atakować. Cofnął się ledwo unikając zakrwawionych ostrzy. Przeciwnik wykonał zwód i rzucił się do przodu. Jeden z jego noży wbił się w przedramię Ottona, drugi szczęknął o kord człowieka. Otton poczuł, że słabnie, cofnął się i potknął. Dookoła posypały się iskry ze zagaszonego ogniska. Goblin ryknął tryumfalnie i skoczył do przodu. W tym momencie pod jego stopami coś z hukiem błysnęło. Zielonoskóry zamarł na krótki moment wystarczający do wbicia mu w gardło sztychu. Otton wyciągnął z trupa ostrze kordu i odepchnął w tył chylące się ku niemu, broczące krwią ciało.

Spazmatycznie, krótkimi oddechami łapał mroźne powietrze. Morrslieb znów rozświetlił okolicę bladym jak kość światłem. Wokoło zapadła cisza. Nieopodal, otoczony kilkoma nieruchomymi ciałami goblinów, siedział oparty o drzewo Gunnar. Skrzywiony trzymał się za bok. Niziołka nie było nigdzie widać. Nie zareagował na słabe wołanie Ottona. Wszyscy zielonoskórzy leżeli martwi, niektórzy może uciekli. W tej chwili nie miało to znaczenia.

Otton siedział wpatrzony w biel, drżąc na całym ciele. Zęby szczękały, w głowie się kręciło. Zwyciężyli. Strach gdzieś się ulotnił, zastąpiło go śmiertelne zmęczenie. Żył, to prawda, ale jak długo jeszcze? Odpowiedź na to pytanie z każdym uderzeniem serca była Ottonowi coraz bardziej obojętna. Położył się na ziemi i spojrzał w gwiazdy. Odklejały się od nocnego nieba i powoli opadały w dół, pomiędzy drzewa.

Po chwili płatki śniegu zgęstniały, coraz szybciej zasypując bez różnicy, ludzi i gobliny, żywych i martwych.


- Maestro, wrzesień - listopad 2007
.

Categories:
Reakcje: 

0 Response for the ""Nieoczekiwany przystanek na przełęczy Czarnego Ognia" - Warhammer"