Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Midnight, Ravenloft, Dark Sun, Gra o tron (Pieśń Lodu i Ognia), Deadlands, Bestie i barbarzyńcy i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

- Powiedz im, żeby celowali niżej. Ogień na bród! – charczę do dobosza. Chłopak, wcielony w rolę adiutanta, ma może piętnaście lat i jego głos nie nabrał jeszcze męskiego brzmienia. Powtarza moją komendę piskliwym krzykiem, przykładając do ust małe, brudne dłonie o obgryzionych paznokciach. Wkłada w to całą swoją młodzieńczą duszę. Dwaj oficerowie artylerii potwierdzają przyjęcie rozkazu podniesieniem szpontonów, przekazują go dalej, do ogniomistrzów. Ci z kolei wrzaskiem przysposabiają do jego wykonania załogi każdej z trzech redut. My stoimy na środkowej. Nad głową trzepocze szaleńczo sztandar XVI pułku agaryjskiego, spalony proch kręci w nosie i szczypie w oczy. Z trudem przełykam ślinę. Gardło pali mnie żywym ogniem, na nic wino, którego cały bukłak właśnie osuszyłem. Przez wykrzyczane od rana rozkazy prawie nie mogę mówić. Ale to nie tylko zdarte gardło, nie tylko dym. Dusi mnie też moja rola. Rola zdrajcy.

Puszkarze majstrują przy działach, rychtują ładunki. Mija chwila i atonalny huk dziewięciu armat uderza w uszy. Ziemia pod nogami drży. W tym hałasie ginie dźwięk palby oddawanej przez formację muszkieterów poniżej nas, na przedpolu umocnień. Gęsty, czarny dym na chwilę zakrywa rozciągającą się przede mną szeroką panoramę – widok na Grzmiącą Rzekę. Piekielnie trafna nazwa, myślę. Wyjący wiatr rozwiewa ciemną chmurę, szarpie połami mojego płaszcza.

Dobosz coś do mnie mówi. Czarne od sadzy policzki, załzawione, błyszczące przejęciem oczy. Nachylam się.

- Nie synu, nie chcę wody – kładę mu rękę na ramieniu. Moje dłonie muszą się na czymś opierać, zaciskać, inaczej drżą. Wyprostowuję się wciskając kciuki za szeroki pas pendentu obciążonego pałaszem i buławą regimentarza. Dym całkiem już zniknął, ponownie zwracam oczy na naszego wroga, który moim wrogiem nie jest.

Kilkaset metrów w dole przed nami - bród na rzece. Wypełniony umierającymi deviria, w tym rzucie jest ich może z trzystu. Kolejne, szalone próby sforsowania Grzmiącej przez niewielkie oddziały wroga trwają od świtu. Wśród atakujących przeważają ludzie i krasnoludy, większość pieszo. Trzymamy ich na dystans, masakrujemy z daleka bronią palną. Ładunków nam jeszcze długo nie zabraknie. Teren po naszej stronie rzeki, wyrzeźbiony w szańce, reduty i transzeje, obsadzony weteranami, na pozór gwarantuje bezpieczeństwo.

Nasze dowództwo jest przekonane, że próba pokonania Grzmiącej w tym miejscu to tylko wybieg deviria, odwrócenie uwagi. Prawdziwa armia ma ponoć sforsować rzekę na północy, na setkach czółen i tratew. Zwiadowcy donieśli, że elfy wycięły tam wielki kawał puszczy. Noce rozświetlają ogniska i fenomeny świetlne - niechybny znak rytuałów magicznych. Przesłuchiwani jeńcy potwierdzili to. Na północ przesunięto wczoraj większość regimentów. Tutaj zostało nieco puszkarzy, pułk piechoty i dwie nowe roty rajtarii z Kary. Świeży rekruci, niedoświadczeni młodzi ludzie, wszyscy pod moją komendą.

Szturmy na bród w tym miejscu to rzeczywiście odwrócenie uwagi. Fortel, ale fortel podwójny. Z ludzi po tej stronie rzeki tylko ja o tym wiem. Jestem Edwen ven Falken, zdrajca.


Dobosz szarpie mnie za rękaw. Od tyłu na naszą redutę wdrapuje się spiesznie kurier. Niżej widzę jego padniętego, pokrytego pianą konia. Zwierzę zostało zajeżdżone. Odczuwam za nim żal, dziwny w tych okolicznościach, w świetle tego co ma się zdarzyć za moją sprawą. Posłaniec rozpoznaje mnie po buławie i podwójnej szpili w kapeluszu, salutuje. Otwiera usta, ale w tej chwili armaty znów dają ognia. Powstrzymuję niecierpliwego, krzywiącego się człowieka i zerkam na bród. Chyży nurt zmywa większość trupów, niektóre ciała pozostają jednak w płytkiej wodzie. Przynajmniej na chwilę. Zachłanna rzeka wkrótce porywa i je. Jakby było jej jeszcze mało. Na przeciwległym brzegu Grzmiącej, aż do linii lasu, leży wiele ciał deviria – kartacze i muszkietowe kule zebrały krwawe żniwo. W sercu, obok podziwu dla wielkiej ofiary jaką złożyli poganie by ich plan się powiódł, czuję też pogardę dla dowódców, którzy skazali na to swoich podkomendnych. Jestem żołnierzem i nie wierzę w ochotników.

Dym się rozwiewa. Na brodzie i terenie za nim nie ma już żywej duszy. Każę młodemu adiutantowi wstrzymać ogień i zwołać do mnie dowódców wszystkich oddziałów.

Kiedy chłopak odbiega, odwracam się do kuriera. Wskazuję mu ceber z resztką wody stojący niedaleko. Kiwa skwapliwie, ale przed ugaszeniem pragnienia przekazuje rozkazy. Ustnie, bo pilne. Spodziewam się ich, czekam na nie.

- Pułkowniku, ofensywa deviria na północy ruszyła! – goniec wskazuje za siebie, jakbym mógł stąd dojrzeć oddalony o kilkanaście mil front – Nieprzebrane mrowie, a ile jeszcze wylegnie z lasu tylko Jedyny wie – kontynuuje sapiąc. – Marszałek Radosarian każe Wam zostawić na brodzie jeno niezbędną obsadę, wedle własnej oceny, zaś cała reszta ma natychmiast wyruszyć w dół rzeki. Trzeba pośpiechu, tam teraz każdy człowiek ważny!

Mężczyzna pokazuje mi na potwierdzanie swych słów sygnet z marszałkowską pieczęcią. Kiwam głową. Kiedy kurier łapczywie pije, ja ponownie zerkam na bród i udaję, że się zastanawiam. Cóż, znam swoją rolę, kurtyna już w górze, a przede mną najważniejsza scena. Pstrykam palcami w kapelusz. Kiedy dołączają do mnie pozostali oficerowie, stajemy w kole. Informuję ich krótko o rozkazach dowództwa i o tym, że mam zamiar zostawić przy brodzie tylko dwie kompanie piechoty ze wsparciem artyleryjskim; armaty i tak nie zdążą na północ. Potakują. Spieszno im do bitwy, do chwały. Tylko rotmistrz karyjskiej rajtarii, wielkie nadęte bydlę, nabiera tchu by coś powiedzieć, zaprotestować. Uprzedzam go:

- Oczywiście najpierw należy mieć pewność, że i tu deviria nie szykują kolejnego ataku jakimś większym oddziałem. Nie wyobrażam sobie tego, ale... Osobiście poprowadzę niewielki patrol na drugi brzeg. Wy panowie nie zwlekając, szykujcie swe oddziały do wymarszu. Każda chwila jest droga. Jeśli za Grzmiącą niczego nie zwęszymy, ruszajcie co koń wyskoczy na północ, do marszałka Radosariana. Wasza tam obecność może zadecydować o wyniku bitwy. Do dzieła!

Wszyscy kiwają głowami, nawet rotmistrz z Kary, a potem rozbiegają się. Moje dłonie w rękawicach drżą coraz bardziej, wszystko musi zostać idealnie rozegrane.

Jeszcze tylko przydzielam młodego dobosza do oddziałów posiłkowych dla Radosariana. Chłopak patrzy na mnie z żalem, stracił szansę pozostania przy boku dowódcy, jego awans był bardzo krótki. Odchodzi nachmurzony. Nie wie, że właśnie uratowałem mu życie, że w ten sposób próbuję zadośćuczynić straszliwemu grzechowi. Przez chwilę ogarniają mnie wątpliwości, zagubienie, ale mus jest silniejszy. Wołam o konia.



***



Woda zmieszana z krwią chlapie wokół strzemion. Zbyt szybko i niedokładnie przypięty kirys wrzyna mi się w bok. Wjeżdżamy w Grzmiącą. Choć to bród, nurt jest bystry, zdradliwy, wszystkie ciała prócz jednego zmyte. Dwudziestu ludzi wokół mnie to garstka ledwie. Pomysł tego rekonesansu mają pewnie za szalony, ale na pewno nie są nim zaskoczeni. Na froncie przyzwyczajasz się do takich rzeczy, bardzo szybko. Tak czy inaczej, twarze pod hełmami są zastygłe w napięciu. Boją się. Powinni, za chwilę wszyscy będą martwi.

Konie wynoszą nas w końcu na drugi brzeg. Wokoło trupy deviria: ludzie, orki, karły. Kilka małych koników. Zwierzęta zmasakrowane, ciała wymieszane, zbryzgane krwią. Widzę teraz, że w większości to starsi przedstawiciele swoich gatunków – siwi i kalecy, mniej przydatni. Niektórzy ściskają jeszcze broń, chyba równie wiekową jak oni sami. Śmierć, wokół tylko śmierć. Lancami dobijamy tych, którzy się jeszcze ruszają. Narasta we mnie napięcie. Koń chyba to wyczuwa, też robi się niespokojny.

Bez słowa, ruchem buławy, rozwijam formację w szeroką tyralierę. Podjeżdżamy powoli pod drzewa. Słońce stoi wysoko, mija właśnie południe. Konie idą coraz wolniej, zanurzamy się w cień lasu. Moi ludzie kulą się w sobie, wyczekują świstu strzał. Tu i ówdzie widać ślady po pociskach artyleryjskich, połamane gałęzie, potrzaskane, osmalone pnie. Nigdzie nie widać przeciwnika, nie czuć go. W lesie znów świergoczą ptaki, jak gdyby nic się tu nie stało. Knieja delikatnie szumi. Mami spokojem.

- Panowie, wjedźmy głębiej. Las tu jeszcze rzadki. Oczy mieć otwarte! – wołam. Głos mi się łamie. Słyszę w nim strach. Czy się uda? Wokół soczysta zieleń, pojedyncze smugi światła rozcinające gałęzie nad nami, prychanie koni. Czuję jakąś dziwną woń, wierzchowce chyba też. Zioła? Powinienem dać rozkaz zejścia z siodeł, coraz trudniej lawirować między zaroślami. Powinienem, ale tylko prostuję się w siodle.

Pierzastych pocisków nie słychać. W każdego z jeźdźców wbija się po kilka strzał. Dla pewności. Żaden z żołnierzy nie zdążył dać ognia, dobyć pistoletów z olster, krzyknąć choćby. Spod darni, zza pni, spomiędzy gałęzi i paproci wynurzają się elfy, chwytają osuwające się ciała i sprawnie uspokajają konie. Deviria są półnagie, ciała pokrywają im wzory z henny, tatuaże i blizny rytualne. Ciemnozielone i brązowe przepaski biodrowe i kamizele zlewają się z roślinnością. Wierzchowce są dziwnie otumanione, potulne, może przez ten zapach.

Dociera do mnie, że wokoło nie ma już żadnego żywego człowieka. Ile czasu minęło? Kilka uderzeń serca? Powoli biorę głęboki wdech i wypuszczam powietrze. Los zabitych jest mi dziwnie obojętny. Czuję, że coś mi zabrano. Odebrano możliwość odczuwania współczucia wobec bliźnich.

Nie do wiary, ale chyba się udało. Kilka elfów patrzy na mnie. Odkładają dymiące kadzielnice, jakieś piszczałki. Spokój lasu był tylko sztuczką, magią. Pośród drzew panuje śmiertelna cisza. Deviria bezszelestnie rozdziewają trupy, przytrzymują konie, śpieszą się. Maski ich twarzy... Trudno znieść spojrzenia tych nieludzkich oczu, które odbijają wyrzuty sumienia. Nic nie mówię, nie zsiadam nawet, wszystko zostało ustalone zawczasu, prawda? Tylko dlaczego tego nie pamiętam? To nieważne, czuję nieodparty mus. Odwracam więc konia w stronę rzeki i czekam.

Po chwili wyjeżdżam z lasu na czele dwudziestki. Elfy doskonale imitują kawalerzystów, nawet z mojej perspektywy. Magia? Jeden z nich podjeżdża do mnie i podaje chorągiew. Prawda, sygnał. Staję w strzemionach i unoszę dwa razy drzewiec, odchylając go na koniec w bok. „Wroga nie napotkano, ruszajcie” kłamię w ten sposób. Oddaję sztandar i macham wymownie kapeluszem. Ruszcie się wreszcie, mamroczę wyschniętymi wargami.

Od naszych pozycji za szańcami odrywa się powoli długa kolumna jazdy. Pędzą na północ, coraz szybciej, zostawiając za sobą kurzawę. Towarzyszące mi elfy zatrzymują się przed brodem, przy ciałach swych martwych towarzyszy, pomiędzy lejami po armatnich kulach. Kilka deviria schodzi z koni, udają, że przeszukują trupy. Kręcę się dookoła nich, próbuję zyskać na czasie, zwieść tych, którymi ślubowałem dowodzić.

Posiłki dla Radosariana oddalają się. Jednak jeden wystrzał może je zawrócić. Loteria...

Na mój znak dwudziestka formuje kolumnę i powoli wjeżdżamy w bród. Serce jeszcze przyspiesza, za chwilę mnie zadusi. Mam jeszcze jedno zadanie: armaty. Elfy muszą rozgonić muszkieterów i zdobyć tych kilka stanowisk artyleryjskich na redutach. Dać chwilę czasu na pokonanie rzeki chmarom pobratymców, którzy powinni czekać już przy krawędzi lasu. Skąd to wiem? Dobre pytanie, ale to nie czas aby na nie odpowiadać...

Kopyta opuszczają Grzmiącą. Rękawicą ocieram pot z czoła, biorę kilka głębszych oddechów. Jeszcze chwila...

Jedziemy niby w przesmyk między szańcami, ale jakoś tak bliżej muszkieterów. Są rozluźnieni, choć ciągle w szyku.

- Zagasić lonty! – krzyczę. Strzelali od rana, sznurki mają już krótkie. Mimo dziwnego rozkazu wykonują go bez szemrania, ich kapitan potwierdził rozkaz, ale rusza ku mnie, chce wyjaśnień. Delikatnie przyspieszam konia, zakręcam nim i spinam do biegu. Za mną dostaje ostrogami dwadzieścia innych wierzchowców. Wjeżdżam w kapitana muszkieterów, tratuję go. Wpadamy między zaskoczone twarze strzelców. Konie rżą, potrącają krzyczących, zdezorientowanych ludzi. Zaczyna się zabijanie.

Mokry krwią pałasz w lewym ręku i nie wystrzelony jeszcze pistolet w drugim, nie przeszkadzają mi zimno kalkulować. W ferworze walki jestem dziwnie spokojny. Jeszcze nie huknął żaden strzał, muszkieterzy wciąż umierają zaskoczeni. Choć jest ich sześć razy więcej niż nas, ich formacja pęka. Wzywają na pomoc świętych. My przemy przed siebie, niezbyt widoczni ze stromego szańca dowodzenia. Elfy w większości zeskoczyły już z koni, za nic mają przewagę wysokości, wierzchowce są dla nich zbyt powolne. Przeszkadzają zręcznie zabijać, odbierają cenny czas.
Ja też ześlizguje się z siodła, wyję, tnę w czyjąś twarz, gaszę na zawsze przerażone oczy. Zbijam jakiś pałasz, który zagradza mi drogę, dźgam, sieczę. Zabijam. Dosięga mnie płytkie cięcie, prawie go nie zauważam, jakby ciało nie należało już do mnie, albo jakby żadna broń mnie się nie imała. Jak we śnie. Jak w piekle.

Wbiegam na redutę wzmocnioną zaostrzonymi palami. Oddech ze świstem wydobywa mi się spomiędzy zaciśniętych zębów. Za plecami huczą pierwsze wystrzały. Przed sobą widzę puszkarzy, zdezorientowanych, klnących, ale szykujących już działa, ogniomistrze warczą komendy. Muszą widzieć deviria wyłaniające się z lasu po drugiej stronie rzeki.

- Hola! – krzyczę. Poznają mnie, zerkają niepewnie po sobie. Unoszę obie ręce, jak marionetka szarpana sznurkami. W najbliższego artylerzystę wypalam z pistoletu, drugiego nadziewam na pałasz aż po jelec. Jest ciężki, pada na bok a ja z nim. Reszta puszkarzy klnie, łapią broń i długie wyciory by się bronić.
- Zdrada! – wyją. Za ich plecami materializują się elfy, przebrane za kawalerzystów. Dwa, trzy, pięć. W mgnieniu oka dopadają puszkarzy. Zabijają, nie - mordują będzie lepszym słowem, w całkowitym milczeniu, jakby rozumieli się bez słów, stanowili jeden umysł w wielu osobach. Krople krwi syczą na stygnących lufach dział.

Dźwigam się na nogi, nie wiem skąd mam na to siłę. Dorzynamy obsadę baterii armat, deviria są już na pozostałych dwóch redutach. Wokół niosą się krzyki ludzi. Pikinierzy i muszkieterzy z drugiej kompanii zmieniają formację na terenie za szańcami, część z nich wchodzi w przejście prowadzące do przedpola. Jakiś oddział z pikami wdrapuje się na nasyp. Oficerowie nie potracili głowy, jeszcze wszystko mogą powstrzymać. Zerkam przez ramię, na Grzmiącą. Przechodzi mnie dreszcz, coś jak euforia wymieszana z przerażeniem. Oto na brodzie rzeki roją się już deviria, całe setki. Kolejni wyłaniają się z lasu i z ziemi, z nor nagle odkrytych na całym brzegu. Myślicie marszałku, że to u was zebrali się wszyscy poganie zza Grzmiacej? Mylicie się srodze, oni są tutaj. Dokonało się, moja rola prawie skończona…

- Odwrócić falkon! – krzyczę jeszcze do elfów wskazując mniejsze działo polowe, chwilę wcześniej nabite przez martwych już ludzi. Kiedy opuszczam rękę lufa armaty skierowana jest już w stronę kilkunastu pikinierów, którzy właśnie pojawiają się na nasypie. Pozwalam im jeszcze przebiec kilka kroków i wciskam w zapłon żarzący się lont. Powietrze rozrywa huk. Falkon nie był załadowany siekańcami, kula przelatuje przez ludzi i leci dalej ale efekt jest wystarczający. W dym po wystrzale skaczą trzy elfy. Mnie nagle opuszczają siły. Zataczam się i opieram o duży kosz na ładunki.


Teraz wszystko się rozstrzygnie, ale już bez mojego udziału. Deviria muszą zdobyć i utrzymać przyczółek - umocnienia na których stoję. Nawet jeśli posiłki dla Radosariana zawrócą, będzie za późno, jest ich zbyt mało. Deviria obsadzą szańce, zajmą transzeje. Za jakiś czas będą tu ich tysiące, większość z bronią palną, zdobytą na trupach. Kiedy wreszcie dotrze tu Radosarian, napotka zapewne warowny obóz chroniony magią.

Zaczynam przygarbiony schodzić z nasypu, obok jakieś ciała. Martwych i tych, którzy za chwilę do nich dołączą. Na co przeznaczą pozostały im czas? Jęki, szloch, przekleństwa, nawoływanie matek, modlitwa, wybór jest duży. Mija mnie koń pozbawiony jeźdźca. Huk wystrzałów, zwycięski okrzyk deviria.

I jeszcze coś… Do harmidru dołącza nowy dźwięk! Narastające dudnienie. Z północy idzie jazda. To posiłki dla Radosariana musiały zawrócić. Ale jest już za późno. Drżenie ziemi jednak narasta, kopyt jest znacznie więcej. Przynajmniej kilka tysięcy konnych!
Klnąc obiegam redutę, pędzę do przejścia pomiędzy szańcami. Mija mnie oddział deviria: potężne kudłate orki - na czworakach jak zwierzęta, potem elfy, a na końcu zarośnięci ludzie. Nie zwracają na mnie uwagi. Czyżby zdrada w jakiś sposób mnie naznaczyła?
Jestem już na przedpolu. Zryta murawa dygoce, jakby szarżowała ciężka jazda. Jadą wzdłuż rzeki z północy. Już ich widzę: sztandary dziesiątek rot, proporce dragonów, pancernych kirasjerów i rajtarii. To chyba cała konnica Radosariana! Niepodobna! Skąd oni tu? Przecież goniec wszystko potwierdził! Nie może być!

Zalewa mnie dziwne uczucie - radość przemieszana ze wściekłością, żal z ulgą walczące w jednym, szaleńczo kołaczącym sercu.



****



Podnoszę się, półprzytomny wyczołguję spod jakiegoś ciała. Ominęła mnie bitwa, której pozostałości są wszędzie wokół. Brodzę we krwi. Ziemia napiła się jej tyle, że więcej już nie wchłonie. Dookoła jak okiem sięgnąć leżą trupy, wypełniają rzekę, pokrywają jej oba brzegi. Oblepiają stoki szańców, zalegają w umocnieniach. Ciała na ciałach. Ludzie, zwierzęta, deviria. Splatani, podziurawieni, niekompletni. Smród musi dławić, ale do mnie nie dociera woń krwi, prochu i zawartości kiszek. Oto jak pachnie pole bitwy. „Chwała zwycięzców, rozpacz zwyciężonych, nie obchodzi żadnego z poległych”, mawiał znany kordyjski strateg Gardobardi.
Modlę się o wiatr, który godzinę, a może dwie temu, tak hulał. Powietrze jednak stoi w miejscu, zepsute, jakby i ono dokonało żywota na tym polu.

Ślizgam się na czymś, co niedawno było ludzkimi wnętrznościami. Powoli milkną pojedyncze strzały. Kwiczą śmiertelnie ranne konie, żołnierze nie mają siły ich dobić, grupkami włóczą się po polu, zataczają w stronę zaimprowizowanych szpitali. Wielu siada tam gdzie stało, inni chodzą ogłupiali potykając się o trupy towarzyszy i wrogów. Jak po każdej bitwie zewsząd dochodzą jęki, płacz, mamrotanie, histeryczne śmiechy, modlitwy kapelanów dodających otuchy umierającym i błogosławiących poległych karian.

W głowie mam dziwną pustkę. Co tu się właśnie wydarzyło? Wszystko stracone, czy wszystko uratowane? Nie rozpoznaję u siebie ani radości ani smutku. Może umarłem i jako duch błąkam się bez wspomnień po tym polu cierpienia? Kim jestem i co zrobiłem? Przypomnieć, muszę konieczne to sobie przypomnieć!

Zabijałem. Dlaczego zabijałem własnych ludzi? Zdrajca, teraz pamiętam. Zdrajca ludzkości, zdrajca wiary...

Kolana uginają się pode mną ale stoję. Znów czuję własne ciało. Zdrętwiałe, drżące. Żółć podchodzi do gardła. Ukrywam twarz w dłoniach. Rękawice pachną słodko w porównaniu do smrodu panującego dookoła. Nie wiem ile czasu mija.


Nagle dostrzegam zbliżającą się grupę konnych. Wysokie szarże z wielkimi kapeluszami obrosłymi w pióra, ponad którymi powiewa chorągiew marszałka. Wskazują mnie palcami. Dwaj spoceni gwardziści podbiegają, chwytają za ramiona. Przytrzymują czy podtrzymują? Dziwnie się czuję, chyba za chwilę zemdleję. Oficerowie są już przy mnie, ich konie prychają. Na twarzach odbija się zmęczenia walką, pot i bród. Oto sam marszałek Radosarian w otoczeniu przybocznych. Któryś szepcze mu do ucha.

- Pułkowniku ven Falken - zaczyna marszałek. Pociągła twarz ze smutnymi podkrążonymi oczami i wąsami jak skrzydła martwego ptaka. Zachrypnięty głos. - Rad jestem, że żyjecie.

Otwieram szeroko oczy. Chwali mnie? Czyżby nie wiedział? A może kpi? Nie wie, jeszcze nie wie...

- Edwenie ven Falken - mówi ciszej, po ojcowsku. Robi krok naprzód. - Słyszysz mnie? Rozumiesz?

Zdziwienie musi odbijać się na mojej twarzy. W myślach szacuję swoje szanse. Jeśli wyciągnę tamtemu oficerowi rapier... Nie, są za blisko, a ja jestem za słaby. Nie wyrwę się gwardzistom. Nie ucieknę, nie chcę. Nie mogę.

- Spokojnie synu, ten zamęt w głowie minie. Prawda? - dodaje ostrym tonem już nie do mnie. Patrzy na jakiegoś niskiego człowieka w czerni. Spod peleryny wystaje czarnemu krzyż inkwizycji. Symbol przyciąga i jednocześnie odpycha mój wzrok.
Robi mi się słabo. Osuwam się w ramionach żołnierzy gwardii.
- Zabierzcie go i miejcie na oku - słyszę głos Radosariana.
- On należy do Inkwizycji panie marszałku. Spiskował z deviria. Nie może być wybaczenia!
- Został opętany wbrew swej woli, sami tak twierdziliście. A my wykorzystaliśmy to przecież, przejrzeliśmy ich grę. Choć krwawo, to jednak zwyciężyliśmy.
- Panie marszałku! - klecha nie daje za wygraną. - On postradał duszę, jest naczyniem Kusiciela, trzeba go zabić!
- Nie wielebny! - słyszę jeszcze głos Radosariana. Jest pełny jadu. - Zwrócicie dusze temu żołnierzowi. Użyliśmy go tak samo jak przeciwnik. Piekło nie odbierze mi żadnego człowieka więcej!

Niebo nade mną wiruje. Ścierwojady kołują wysoko, jest ich coraz więcej. Czarne kreski, coraz mniej wyraźne na ciemniejącym niebie. Polują na moje oczy, więc zaciskam mocno powieki, aż do bólu. Głowa leci mi do tyłu, a ja za nią, w kojącą ciemność.
- Edwenie ven Falken, z tą chwilą przestajesz być oficerem, ale wierzę, że dalszą służbą odkupisz swą winę? Tak będzie? Człowiecze?


Nie mam sił by odpowiedzieć. Zrobiłem już dość, zabiłem setki towarzyszy. Czy środkiem była tu magia? To nieistotne, nie ocali mnie żadna przyczyna. Liczy się czyn, skutek. Jego groza odbiera mi zmysły. Inkwizytor ma rację, trzeba to skończyć. Tymczasem głos nade mną wydaje wyrok, który jest mi już obojętny.
- Nie widzicie wielebny? On już został ukarany. Wykorzystany i porzucony. A przecież to także za niego tu walczyliśmy, za jego nieśmiertelną duszę. Zabierzcie go i opatrzcie!


Unoszą mnie z pola. Kusiciel tryumfuje. Teraz wiem, o co szła stawka. Oto jeden człowiek zaparł się Jedynego, powiódł bliźnich na zatracenie. Czy dla Boga upadek pojedynczego człowieka znaczy więcej niż krew setek innych ludzi, krew która wsiąkła w Jego imię w błotniste brzegi Grzmiącej Rzeki? Nie chcę znać odpowiedzi. Nie chcę już niczego. Niech mój los będzie Wam przestrogą. Ostrzeżeniem, że duszę można postradać bez powodu, ot tak, po prostu. I czasami nie można od tego uciec, trzeba z tym żyć.

- Maestro, listopad 2008 - styczeń 2009

Categories:
Reakcje: 

0 Response for the "OPĘTANIEC - Monastyr"