Dark Fantasy Role Play

mroczne mięcho ku czci Melpomeny złożone w ofierze

  • .
    - Witaj! Poniżej znajdziesz pomysły na przygody, scenariusze rpg, generatory i opowiadania w klimatach fantasy - wszystko (poza poezją i scenariuszami do Gemini rpg) autorstwa Maestro, choć często inspirowane różnymi źródłami. Fani systemów Warhammer, Monastyr, Gemini, Midnight, Ravenloft, Dark Sun, Gra o tron (Pieśń Lodu i Ognia), Deadlands, Bestie i barbarzyńcy i innych światów RPG powinni znaleźć tu coś dla siebie. Szczególnie chciałbym pomóc początkującym Mistrzom Gry. Nie szukajcie tu rzeczy, które szybko się dezaktualizują. To ma być źródło konkretnych inspiracji do sesji gier fabularnych z niewielkim dodatkiem teorii rpg. Krwiste mięcho role playing.

'

No dobra, ślicznotki, zaczynamy!
Rzeknę wam dzisiaj, świeżo upieczonym sierżantom straży miejskiej Nuln, o tym, jak naprawdę wygląda i działa świat przestępczy. Dowiecie się, w jaki to sposób różne szumowiny zbierają się w bandy, jak się organizują i jak mają się ich wzajemne koneksje. Powiem wam to wszystko, kiedy tylko ten wałkoń pod ścianą raczy się wreszcie obudzić! Do ciebie mówię, chłopcze!!! Wybornie, panienka raczyła uchylić oczęta... Wczoraj się tęgo swawoliło, jak mniemam? A jak się spało? Smacznie? No to dokończ to gdzieś indziej, synu. Wyjdź. Nie ma żadnego "ale"! Precz mówię! Stawisz się u mnie później i opowiesz mi swoje sny. Ze szczegółami. Oby mi się spodobały...

A reszta - uwaga! Strażnicy od siedmiu boleści... Większość z was została od razu sierżantami, zgadłem? Tatusiowie opłacili kogo trzeba? Nie macie żadnego doświadczenia na ulicy, co? No to posłuchajcie kogoś, kto zjadł zęby na rynsztoku tego miasta i chce się z wami podzielić swoją wiedzą. Mnie takich rzeczy nikt nie gadał, nie uczył. Człowiek do wszystkiego dochodził sam. Ale teraz mamy nowe przykazy, świat się zmienia. Szkoda, że tylko na gorsze... Na początku wiedzieć musicie szczeniaki, że prawdziwy świat, a wasze o nim wyobrażenie, to dwie zupełnie różne rzeczy. Teraz, po podjęciu się tego zawodu, będziecie musieli radykalnie zmienić swoje poglądy w co najmniej kilku sprawach. Ale po kolei.

Tu, w Nuln, a pewnie i na prowincji (czyli, jak mówią niektórzy, w całej reszcie Imperium), przeciętny mieszczuch mniema, że wie wszystko o swoim mieście i rządzących nim prawach. Nie ma nic bardziej zabawnego, niż posłuchać, jak kiedyś taki gagatek, zwykle podpity, postanawia zaimponować jakiemuś wieśniakowi i zaczyna opisywać mu wszelkie blaski i cienie swego grodu. Rozmowa rychło zbacza na historie z dreszczykiem, czyli na ciemną stronę miasta. Dowiedzieć się można wówczas z najdrobniejszymi szczegółami o światku przestępczym, rzekłbyś: z pierwszej ręki.

Usłyszycie na ten przykład, jakoby lokalne szumowiny w wielkie, wszechmogące konfraternie, bandyckie sprzysiężenia się gromadziły. Zwą je przeróżnie: gildiami złodziejskimi, podziemnymi cechami, bractwami, szajkami i jeszcze inaczej. Te organizacje są, rzecz oczywista, sekretne, ale w ludzkiej świadomości nieodmiennie się z hierarchią i strukturą legalnie działających cechów rzemieślniczych kojarzą. I tak wyróżnia się w owych bandyckich grupach takie nazwy "stanowisk", jak arcymistrz, mistrz, majster, fachman, czeladnik lubo terminator. Czasami nazwy stopni hierarchii, o jakich się słyszy są zgoła odmienne, doprawdy jakoby przez trubadurów umyślone. Stąd biorą się takie terminy, jak grodowi herszci, kradzieje księżycowi, wspinacze, macherzy, spryciule, kapturnicy, przysposabiani i co tam jeszcze wymyślić zdołacie.

Taki zadufany tudzież mający fantazję mieszczanin zapewne opowie głupcowi jeszcze o trudnych próbach i egzaminach, jakie przejść nieodzownie muszą wszyscy kandydaci na łotrów (czy to w rzucaniu nożem z zamkniętymi oczami, czy w okradaniu lalek obwieszonych zewsząd dzwoneczkami), o złodziejskim honorze, przestępczym sekretnym języku, doda coś o jakimś miejscowym, nieuchwytnym, zwykle niewidzialnym rabusiu wspomagającym biednych lub jeszcze lepiej: o mścicielu zamaskowanym, któren uśmierca li tylko bogatych ohydnie i okrutnych szlachciców. A może o siejącym jednako grozę i podziw przywódcy lokalnej gildii przestępczej, najpewniej żyjącym od stu lub więcej lat i posiadającym niezwykły dar rozkochiwania w sobie niewinnych niewiast?

Wszystko to banialuki splunięcia niewarte. Po pierwsze, żadna kobieta nie jest niewinna - wierzcie mi, wiem co mówię. Po drugie – prędzej nawet takich dam czeredę zwidzisz, niźli napotkasz honorowego łotra, który po "nauce fachu w pocie czoła" odznakę wyższego wtajemniczenia z rąk swego mistrza otrzyma. Zaprawdę powiadam wam - wygląda to wszystko zgoła odmiennie. Ale o zakład idę, że połowa, jeśli nie więcej z was, smarkacze, podziemny świat na taki właśnie romantyczno – mistyczny sposób sobie wyobraża. Wiecie, co jest najgorsze? Ano to, że póki ów przykładowy gawędziarz w upadłą dzielnicę się nie zapuści, lubo sam nie padnie łupem złodziei alboż nie zostanie przez nich nożem pchnięty, święcie w banialuki, które chwile wcześniej sam wymyślił i gadał, wierzy. Wy też się kiedyś takich klechd nasłuchaliście i gotowi jesteście je z pełną wiarą powtórzyć. Mam rację?! Wiem, że mam, cisza! Dlatego właśnie ja tu jestem teraz i wyjaśnić wam parę podstawowych prawd próbuję. Zakarbujcie je sobie raz na zawsze w swoich głowach!

Przestępcze podziemie żadnym sekretnym językiem się nie posługuje. To absurd jakowy. Chyba że nazwać tajemną mową ich slang chcecie; zbiór rynsztokowych epitetów, słów o poprzekręcanym znaczeniu albo skróconych, którym to towarzyszą czasami mniej lub bardziej nieprzyzwoite gesty. Przejechanie palcem po własnym gardle lub potarcie nosa czy ucha coś oznaczają, owszem. Słowa "dziupla", "jeleń" i "psy" także, ale ja tego językiem nie nazwę! A jeśli nawet, to my – straż miejska, doskonale tą ich "sekretną" mowę znamy! Wiecie przecie, że łotry posługują się ksywami (to też wyraz z ich "języka"); ale i za nimi nie kryją się jakieś znaczenia głębsze, wielu zbirów nie ma po prostu prawdziwych imion, od dziecka wołali im "Buła", "Zezol" alboż "Rudy". Biedotę w slumsach rzadko urzędnicy i rachmistrze spisują. W wielodzietnych rodzinach co drugiego syna "Kurt" się nazywa, na nic więcej nie starcza im rozumu. Zresztą ponad połowa takich bachorów jeszcze w kołysce przed oblicze Morra trafia. Nie myślcie więc, że na listach gończych za jakimś obwiesiem znajdziecie jego imię czy nazwisko. Musiałby być szlachcicem!

Teraz sprawa tych "gildii". Przyznaję, bandyci w większości organizują się w bandy, tak w mieście jak i poza nim. A to z tego powodu, że tchórze to są i nikt z nich sam nie poważy się na żaden krok zuchwały, w swym procederze zawsze potrzebują oni wsparcia jakiegoś. Podziemie przestępcze zatem istnieje. Jest skomplikowane, zróżnicowane i nieformalne. Nijak nie można go jednakowoż przyrównywać do zawodowych korporacji, konfraterni w normalnym tego słowa znaczeniu! Bo bycie łotrem i niegodziwcem to nie fach, to sposób na żywot cały. Pojmujecie? Chodzi mi o to, że tak naprawdę owe wszystkie "cechowe" nazwy, zwykle wymyślane przez gawędziarzy, znaczą nic prawie. Nie posiadają bowiem bandy ni statutów, ni innych zapisów praw i obowiązków. Stopnie w hierarchii są czysto umowne, wciąż się zmieniają, a już na pewno nikt ich nie nazywa! Podziemny światek owszem, opiera się na pewnych wypraktykowanych zwyczajach, ale nie jest to żadna uświęcona tradycja, tylko rzeczowe przetrwania i ciągłej konkurencji wewnętrznej zasady. A nade wszystko, i wbijcie to sobie głęboko do łbów, podziemie opiera się na prawie kaduka.

Na szczycie hierarchii stoi więc zwykle najnikczemniejszy z nikczemnych, typ przebiegły i bezwzględny, częstokroć swą tożsamość ukrywający. Znana jest ona nielicznemu kręgowi wtajemniczonych, którzy w jego imieniu polecenia niżej przekazują. Czasami to kilka osób stanowi głowę tej, tak zwanej gildii, a ową siejącą przerażenie postać wymyślają one dla własnego bezpieczeństwa i respektu wzmocnienia. Tworzą mit. A pospólstwo im w tym bez świadomości pomaga. Trudno więc rzec, czy altdorfski Kaiser Soze to człek z krwi i kości, czy legenda jeno. W Nuln mamy z kolei słynną Czarną Dłoń, pięciu starców, którzy też zapewne są z palca wyssani.

Przestępcy to przestępcy i nie dawajcie wiary w hermetyczne podziały na bractwa złodziejskie, zabójców, przemytników czy żebraków. Bez względu na bardziej lub mniej wymyślną nazwę, to wszystko jedna wielka banda, ściśle ze sobą powiązana i zbiegająca się w wielu punktach, nie tylko u szczytu hierarchii. Złodziej może zabić, żebrak okradnie widząc okazję, szmugler czy szuler z braku pieniędzy zamieni się w oprycha. Jedni opłacają się drugim, ci wspierają tamtych, tamci pośredniczą jeszcze innym. To wielka sieć, na której jeden spasiony pająk albo cała ich wataha żeruje.

Przestępczość w każdym mieście nieco inne oblicze przybiera. Zależy to przede wszystkim od wielkości zbiorowości ludzkiej, jej historii, rozwoju handlu, nadto tego, kto i jak władzę sprawuje. W niektórych miastach przestępczość to margines, prawa są tam bezwzględnie egzekwowane i strach przed karą jest na tyle duży, że o występkach rzadko się słyszy. Co nie znaczy wcale, że ich nie ma. Częstokroć władzy po prostu zależy na tym, żeby jej poddani tak tylko myśleli.
Eee, zapomnijcie o tym, co teraz powiedziałem. To niezwiązane z tematem i niezdrowe. Rozumiemy się?!

Czasami miasta stają się sceną walki dwóch lub więcej szajek. To miałem na myśli, osły, mówiąc o grupie pająków pasących się na jednej wielkiej sieci. Starsi, doświadczeni, a czasem nawet wyjątkowo młodzi, tylko bardziej bezwzględni i ambitni nikczemnicy, pragnący być przywódcami w jednym mieście, w końcu zawsze wchodzą sobie nawzajem w drogę. Wówczas to bezwzględna wojna wybucha i trwa aż do czasu zwycięstwa jednego z nich. Czasami słyszy się o jakichś porozumieniach takich hersztów, podziałach sfer wpływów, wspólnych melinach. Nie wierzcie w to! Jeśli nawet dojdzie do zawieszenia broni, prędzej czy później konflikt rozpęta się na nowo. I będzie bardziej jeszcze krwawy. Im nigdy nie jest dość. Słyszeliście powiedzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Niektórzy wam powiedzą, że dla miasta, z dwojga złego, lepsza jest sytuacja, kiedy przestępczość od dawna jedna grupa kontroluje, czujnie przy tym reagując na jakąkolwiek konkurencję. Tak też się zdarza. Niektórzy uważają, że tak jest również u nas, w Nuln. (Wspomniałem Czarną Rękę kierowaną przez Dłoń, prawda?) Wszelako czy taki układ jest lepszy? Dla kogóż? Dla bandytów? Może. Nie dla nas, powiadam wam.

Uff, ależ to gadanie męczące... Swoją drogą nie wiedziałem, że posiadam taki dar do przemówień. Trajkoczę jak przekupka. Pora przepłukać gardło. Widzę, że ktoś rozumny zatroszczył się o dzban piwa. Trochę oleju w tych łepetynach jednak macie. Cieszy mnie to. Ech... Wracając więc do rzeczy.

Powiem wam teraz, skąd się łotry te wszystkie biorą, co ich kształtuje. Ich wylęgarnią są dzielnice biedoty, slumsy. Już berbecie, często sieroty lub bękarty różnych szumowin i dziwek, są wykorzystywani jako złodziejskie czujki, szpiedzy i naganiacze, czyli służą do uwagi od działań rzezimieszków odwracania. Z nikczemnikami przystając, uczą się od nich fachu, nabierają pogardy dla prawa i porządku, dla ludzkiej pracy i człowieczego życia. Smarkaczom imponuje pogarda dla ładu, nieliczenie się z niczym i nikim. Są ślepi na konsekwencje. Liczy się tylko to, kto jest bardziej hardy, kto komu zaimponuje. Kiedy w końcu któryś pójdzie po rozum do głowy, jest już za późno. Trudno jest wyrwać się z dotychczasowych znajomości, kręgu, sposobu myślenia. Nikczemnicy zwykle umierają młodo - w lochach, na stryczku, czy kamieniołomach a jeszcze częściej od noża kompana, który połasił się na wspólny łup. Jedyną szansą na zmianę jest opuszczenie miasta – ucieczka, a na to niewielu się decyduje. Poza tym łotrowskie nawyki nie opuszczą człowieka już nigdy...

Światek przestępczy nie zdzierży też ludzi działających tylko na własne konto, "wolnych strzelców" albo przybyszów z zewnątrz. Tacy są zagrożeniem, a zagrożenia się eliminuje. Jednostka nie mająca "ochrony" w postaci organizacji nie pożyje długo. Co nie znaczy wcale, że przynależność do gangu jakieś wyjątkowe bezpieczeństwo zapewnia – wszak mówimy tu o bandytach. To nikczemnicy za nic mający przyjaźń i lojalność. Pamiętajcie, ich życie jest kłamstwem, występkiem.

Wróćmy jednak do różnych odmian tych szumowin i ich wzajemnych powiązań.
Żebracy i rajfurzy opłacają się - uiszczają haracz - zbirom bardziej bezwzględnym, gotowym zabić bez większego pretekstu, niebezpieczniejszym, a więc tym samym stojącym jakby wyżej w hierarchii. To właśnie spośród takich morderców co jakiś czas wyrasta człowiek mający ambicję podporządkowania wszystkiego sobie. Ale wracam do żebraków. Jałmużnicy są doskonałymi informatorami i pomocnikami złodziei. Poza zabieganiem o datki, jest to ich drugie, nie mniej intratne zajęcie. Potrafią cierpliwie warować i całymi tygodniami obserwować dom lub człowieka, który ma się stać ofiarą napadu czy kradzieży.

Samych złodziei jest bez liku, każdy łotr tak zaczyna swoją "karierę". Specjalizują się oni w różnych rodzajach kradzieży. Począwszy więc od banalnego okradania pijanych, przez rzezanie mieszków wieśniakom i trudniejsze nieco doliniarstwo na mieszczanach, przez "karczmarzy" obrabiających przyjezdnych w gospodach podczas snu, naciągaczy i oszustów, włamywaczy, aż do oprychów napadających w ciemnych zaułkach. Osobną kategorią są tu hieny cmentarne i złodzieje zwłok, ten temat zostawię jednak na inną okazję. Rzekną wam tylko, że choć bezczeszczenie nekropolii jest karane śmiercią, znajdują się ludzie wykonujący takie potworne profesje. Walcząc z nimi, musicie być ostrożni. Człowiek, który nie ma nic do stracenia, jest groźny jak wilk w klatce.
Złodzieje się więc specjalizują, ale w związku z tym nie zakładają oddzielnych cechów! A ta ich specjalizacja ma związek raczej z doświadczeniem, często z wiekiem. Młodsi, szybsi, bardziej cwani okradają na rynkach ludzi. Bardziej zdziadziali działają cichaczem lub podstępem.

Wszyscy złodzieje powiązani są z paserami, którzy pobierają pewien procent z łupów i zajmują się zbyciem zrabowanego towaru. To oni często bardziej skomplikowane kradzieże i włamania organizują. Są sprytni. Często w młodości sami złodziejstwem się parali.

Od paserów blisko już do przemytników i fałszerzy – ci ostatni to często ludzie wykształceni, którzy dostęp mają do przeróżnych narzędzi a także kontakt z oszustami i naciągaczami. Fałszerze nie kalają się brudną robotą, to fachowcy pracę w cichych i bezpiecznych miejscach lubiący. Najczęściej nielegalne interesy są ich drugim zajęciem, oficjalnie zaś są spokojnymi, nie rzucającymi się w oczy obywatelami.

Przemyt kwitnie tam, gdzie są towary lub usługi zakazane, to jasne. Czasami paser i przemytnik to ta sama osoba. Wszak łupy trzeba gdzieś upłynnić, czasami jest to inne miasto albo nawet zagranica. Ktoś te towary, często charakterystyczne, jedyne w swoim rodzaju, przetransportować musi, a im mniej pośredników, tym większy profit. Za przemyt grożą surowe kary, ale że zysk jest duży, przemytnicy nie wahają się mordować. Towary zakazane, objęte szmuglem, są bardzo różne. Mogą to być niewolnicy, narkotyki, artefakty magiczne, nawet broń. Niewolnicy to zwykle cudzoziemcy, nie tylko mężczyźni, ale zniewolone kobiety, dzieci przymuszane do ohydnych rzeczy w domach uciech. Gdzieniegdzie zakazana jest prostytucja, gry hazardowe albo walki gladiatorskie. Wówczas te "usługi" stają się bardzo dochodowe, choć ryzykowne. Z ich organizacji bardzo dobrze żyje i nie jest to zajęcie tylko dla przemytników czy łowców niewolników.

Ściąganiem długów i haraczy od właścicieli wszelkich lokali zajmują się reketierzy. Nie mówię o kilku tępych oprychach najętych do zdemolowania czyjegoś kramu czy warsztatu. Mam na myśli ludzi groźniejszych, którzy przychodzą do delikwenta najwyżej dwa razy. Pierwszy po to, by powiadomić o konieczności płacenia, drugi, by ostatecznie dług wyegzekwować, co często kończy się tragicznie. Reketierzy to najczęściej recydywiści bądź ludzie poszukiwani, nie mający wiele do stracenia. Są groźni. Trzęsą podziemiem i stoją najbliżej szczytów władzy, często sami pociągają za sznurki. Oni nie zawahają się zabić sierżanta straży, pamiętajcie, młokosy!

Ale są jeszcze gorsi dranie. To ci, którzy kumają się z Chaosem. Tfu!
Przestępców porządnych, honorowych nie ma, mówiłem już. Szlachetny rozbójnik to bujda! Jednak większość z nich nie chce mieć nic z Chaosem wspólnego. Czy dlatego, że na dnie ich serc zostało odrobinę przyzwoitości? Wątpię szczerze. Najczęściej tą przyczyna jest strach. Atoli zdarzają się głupcy lub najgorsi nikczemnicy, których Chaos skusi. Czasami nawet rzecz ma się tak (Sigmarze chroń!), że przestępczość w danym mieście zdominowana przez kultystów właśnie zostaje, czcicieli Khorna na przykład. I tak bywać może!
Walcząc z Chaosem, straż musi zwrócić się do specjalistów: inkwizycji, kapłanów lub licencjonowanych magów. Bez takiego to wsparcia nikt nie powinien stawać przeciwko szaleńcom odurzonych narkotykami, nekromantom lub innym potwornościom. Nic na własną rękę nie róbcie, jeśli wam życie miłe! Zbyt dużo bohaterów gryzie ziemię. Wy macie być skuteczni, nie brawurowi! Nie za to wam płacą.

Z magią (oby nie tą najgroźniejszą) prędzej czy później i tak się zetkniecie. Jeśli zwariowany bogacz wyposaży swe domostwo lubo skarbiec w czarodziejskie zabezpieczenia, pewnym jest, że zawzięty złodziej sposobu poszuka by tą ochronę jakoś przełamać. I uczyni to najpewniej inną magią. Ale to wyjątkowe sytuacje, rzadkie przypadki. Jasnym jest jednak, że na amulety znajdą się kontramulety. Na magiczne alarmy znajdą się eee... Niwelatory. Tak to się chyba nazywa w klasycznym.

Co tam mruczycie, Koch? Głośniej człowieku, nie bójże się!
Kto zajmuje się wytwarzaniem takich rzeczy dla przestępców? Dobre pytanie, synu! I trudne. Czarodzieje? Jeśli tak, to chyba jacyś renegaci nie bojący się konsekwencji. Jeżeli banda będzie miała dojście do maga, który potrafi prokurować dziwne i często makabryczne artefakty, to należy zacząć się bać i, powtarzam, zwrócić się niezwłocznie po pomoc do odpowiednich osób.

Zmieńmy lepiej temat.
Poza gangami nie należy zapominać o takich lubujących się w burdach i sianiu zamętu organizacjach, jak pewne cechy z prawdziwego zdarzenia, przede wszystkim zaś dokerzy i żacy. Dokerzy to prości robotnicy, ostro reagujący na często zmieniające się regulacje prawne w portach, które częstokroć są gospodarczymi sercami miast. Ich ruchawki są nagłe, łatwe do przewidzenia i opanowania większymi oddziałami straży. Ale żacy... Żacy to utrapienie wszystkich większych, uniwersyteckich miast. Rozwydrzona młodzież skupiona w bractwa, całymi dniami szukająca okazji do uciech, popijaw, hazardu; robiąca raban, dokazująca, podpalająca i demolująca gospody i szynki. Anarchistyczna i za nic mająca prawo i porządek! Ich awantury, często bardzo krwawe (dodaję dla tych, którzy sądzą że z racji pochodzenia czy wykształcenia żacy nie są skłonni do brutalności i przelewania krwi) są prawdziwym utrapieniem straży. Na dodatek często tak się zdarza, iż burdy w zamtuzach okazują się być nagle politycznymi lub religijnymi wystąpieniami, tego - jak sami siebie nazywają "pokrzywdzonego kwiatu młodzieży". I koniec końców to nam się dostaje od władz miast, których synowie tak się zabawiają. Taki parszywy los...

Na sam koniec słowo o przekupstwie. Wiecie, co wam za to grozi! Jeżeli w danym mieście przedstawiciele prawa są słabi lub skorumpowani łajdacy nie mają oporów, by wikłać się w najgorsze bezeceństwa. Dlatego kary dla przekupnych strażników, zwłaszcza sierżantów są tak surowe! Choć tu, w Nuln, hrabina nie żałuje pieniędzy na utrzymanie bezpieczeństwa w mieście i nasze zarobki są przyzwoite, to w innych miejscach Imperium sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Opłacana przez bandytów prowincjonalna straż przymyka tam oko na różne występki, nie zapuszcza się w pewne dzielnice. Czasami przedstawiciele prawa sami godni są miana łotrów i złodziei – wymuszając haracze w cywilu, po godzinach pracy lub wręcz oficjalnie. Szkoda gadać...

No, to na razie tyle, co wam rzec chciałem. Przed wami jeszcze kilka takich pogadanek. Choć one są pewnie niewiele warte. Wszystkiego nauczy was ulica. Wprzódy zaczniecie służbę przy bramach miejskich. Potem odsłużycie komendę na dziennych patrolach w spokojnych, przyzwoitych dzielnicach. Następnie przyjdzie czas na ronty nocne. W końcu pilnować porządku do slumsów traficie. Dalej – kto wie? Przyjdzie pora na pierwsze awanse i pierwsze pogrzeby, może zapomogę dla tych z was, którzy zostaną kalekami. Taaa, to niełatwa robota. Będziecie musieli podejmować szybkie decyzje, często rozstrzygające o życiu i śmierci, także waszej. A zawsze miejcie przy tym na uwadze dobro Nuln!

Przy bramach się nagadacie, zwłaszcza w dni targowe i święta. Należy wszak ostrzec przybywających z daleka, jakich dzielnic mają unikać, czego się wystrzegać i co jest karane grzywną, pręgierzem i lochem. Wieśniacy, szczególnie ci odwiedzający miasta tylko kilka razy w życiu, są tępi i łatwowierni jak owce. Łatwe to są ofiary dla rzezimieszków, oprychów i oszustów wszelakich. Awanturnicy, najmici z prowincji i pielgrzymi są z kolei skorzy bardzo do awantur i zwad. Takich "napływowych" ludzi trzeba zawsze mieć na oku i ostro reagować nawet na ich najmniejsze wykroczenia. Niech się włóczędzy nauczą moresu! Osobiście nie cierpię grupek tak zwanych "poszukiwaczy przygód", szwędających się po moim mieście i szukających kłopotów.

Pamiętajcie, że to na was, na sierżantach straży miejskiej i na waszych podkomendnych, obowiązek zapewnienie bezpieczeństwa miastu Nuln spoczywa. To najwspanialsza metropolia Imperium, jej perła i duma. Nie może zostać zbrukana rękami kanalii. Dniem i nocą straż toczy na ulicach miasta nieustanną wojnę z łajdakami, starając się wyplenić to robactwo. Wszystkich szczurów wybić się nie da, mnożą się zbyt szybko - mawiają szczurołapy. Podobnie jest ze szczurami miejskimi, gnidami żerującymi na praworządnych obywatelach. Wszystkich ich nie wyłapiemy. Chociaż na pewno te najmocniej gryzące, mam rację?

Nie słyszę! Mam, rację?!
No, tak lepiej.
Dosyć na dzisiaj. Żegnam teraz. Rozejść się!

Categories:
Reakcje: 

0 Response for the "Wykład kapitana Moldke - Warhammer"